Jak przeżyłam Światowy Dzień bez Facebooka

Światowy Dzień bez Facebooka postanowiłam uczcić niewchodzeniem na niego. Brzmi jak wyzwanie? Podjęłam je. Wymsknęło wam się z ust “Ooo, podziwiam ją”? Pewnie nie, ale przyznam, że była to pewna zmiana w trybie mojego dnia, jak i również ciekawe doświadczenie. Trzymałam się pewnej maksymy, która pozwala nieco inaczej spojrzeń na sposób spędzenia dnia: “W taki dzień jak ten Marco Polo wyruszył do Chin. Jakie są twoje plany na dzisiaj?”.

chłopak skacze do wody

23:59
O tej godzinie nastąpiło moje ostatnie wejście na Facebooka. Od tej pory musiałam żyć z myślą, że przez następne 24 godziny nie będę mogła scrollować tablicy ani odczytywać wiadomości i lubić ludziom postów w nadziei, że kiedyś te lajki do mnie wrócą. Dobrze, wszystkie powiadomienia odczytane, a zaraz i tak planowałam zebrać się do spania. No może jeszcze tylko obejrzę jeden odcinek American Horror Story (do tego nie potrzeba fejsa, prawda?).

dziewczyna w kapeluszu

9:20
Wstałam. Ikonek Facebooka i Messengera na moim telefonie brak. Dobrze, że pierwsza rzecz, którą robię po przebudzeniu, a raczej w celu przebudzenia to wejście na Instagrama, a nie Facebooka. Szybka obczajka nowości, polubienie kilku zdjęć z fit śniadankami i pora na moje trochę mniej fit. Właśnie naszła mnie pewna myśl. Nie sprawdziłam wczoraj, kto ma dzisiaj urodziny! Proszę, żeby nie był to nikt z moich bliskich znajomych. Powinnam co prawda mieć je zachowane głęboko w pamięci, ale nie jest to taka łatwa sprawa w dzisiejszych czasach, a co za tym idzie w natłoku informacji, którymi jesteśmy zasypywani. Moja mama powiedziałaby: “Sprawdź przecież w kalendarzu, w którym notujesz sobie urodziny”. No właśnie, problem w tym, że takim urodzinowym kalendarzem jest u mnie Facebook. Z resztą jak pewnie większości osób pokolenia Y.

pobudka budzik

12:30
Minęła właśnie godzina wykładu, na całe szczęście okazał się on ciekawy, więc sprawdzanie fejsa było zbędne. Można odetchnąć z ulgą. Jeszcze tylko połowa doby.

studentka blondynka w okularach

14:00
Trzygodzinne okienko zwykle spędzam w BUWie: na pufie spoglądając na ludzi bądź produktywnie nadrabiając wszystkie rzeczy, które powinnam była zrobić wcześniej. Studenci siedzący przede mną obłożeni stosami książek (najczęściej związanymi z prawem) trzymają markery w dłoniach dla niepoznaki, a co możemy dostrzec w tle na ich laptopach? Facebooka. Oho! Pora tam zajrzeć, przecież tyle mogło mnie ominąć. Wyjmuję telefon, ale lista moich aplikacji wygląda dość ubogo. No tak, Facebook i Messenger nie widnieją wśród tych kilku, które posiadam. Trudno, chyba będę musiała wrócić do smutnego obowiązku nauki.

w bibliotece

16:00
Jedząc lunch, przeglądanie tablicy na fejsie zastąpiłam przyglądaniem się przechodniom (miejsce przy szybie niczym z amerykańskich filmów z widokiem na zaludnioną ulicę). Pani jedząca chipsy w samochodzie, ludzie przebiegający na migającym zielonym świetle i kobiety robiące sobie zdjęcia z serii „Ja z budynkiem”. W miejscu, w którym spędziłam najmilszą część dnia, bo wiązała się ona ze smacznym jedzeniem, leciała z głośników Brodka. Zwykle nie zwracam uwagi na muzykę, gdy jestem wpatrzona w telefon, a tym razem było inaczej.

pizza i joe

18:30
Wracam z zajęć, tradycyjnie – metrem. Pan obok mnie czyta rozłożoną gazetę, która praktycznie leży na moich kolanach. Nie pozostaje mi nic innego, jak poczytać razem z nim. Facebook przecież odpada, a ekrany w metrze wyświetlają po raz kolejny słówko dnia z serii „English with George”. Skoro nie mogę sprawdzić bieżących informacji z życia polityczno-społecznego z linków wyskakujących na fejsie, wejdę sobie na stronę gazeta.pl, dawno tam nie byłam. Kolejna nowość z mego dzisiejszego dnia.

metro brak miejsca

21:00
Po zjedzeniu zasiadłam przed telewizorem. Wieczorne wiadomości i te sprawy. Ominęłam niestety odcinek serialu Dziewczyny, by zastać jedynie napisy końcowe. Trudno, widocznie nie było mi dane. Poczytam sobie biografię Jamesa Deana, tego nigdy za wiele. Chwila, co trzeba przygotować na jutrzejsze zajęcia? Coś tam pisali na grupie na Facebooku, ale co to było…? Napiszę sms do koleżanki z roku, może ona podzieli się ze mną tą niedostępną informacją. Właśnie, wiadomość sms, a nie przez komunikator Facebooka! Nie pamiętam kiedy takową ostatni raz wysłałam, ale prawdopodobnie była ona do mamy (no dobra może trochę przesadzam).

selena gomez i jej telefon

0:00
Wchodzę na fejsa. Liczba powiadomień przerosła moje oczekiwania. Było ich 34 oraz 6 wiadomości. Nie myślcie sobie, że jestem taka popularna. Większość to jakieś powiadomienia dotyczące postów dodawanych na strony wydarzeń, w których biorę udział lub jakieś samorządowe sprawy. W każdym razie trochę tego było. Po takim dniu pełnym nowości czas się położyć.

Przemyślenia? – zapytacie pewnie. Całkiem dobrze robi taki reset i możliwość korzystania z dnia w nieco inny sposób. Zdecydowanie będę robiła tak częściej, bo udało mi się zrobić wiele rzeczy, o których nawet nie wspomniałam. Może definitywnie usunę Facebooka? Żartowałam, to niemożliwe. Nie chcę przecież stracić swojej wirtualnej tożsamości. A może bym wiele zyskała? Pozostawiam tutaj trzy kropki służące kontemplacji i żegnam się…

screen facebook

tekst | Kasia Sinet

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera