Przemysław Wojcieszek: Kino nie jest zabawą dla słabych

Przemek Wojcieszek to w polskim kinie odpowiednik chuligana wybijającego szyby luksusowej restauracji, w której akurat odbywa się raucik branżowych bonzów. Zawsze stawia wszystkie sprawy radykalnie, a kolejnymi filmami skutecznie zabija klina ciężko kumającej krytyce. Nie inaczej było w przypadku ostatniej produkcji, „Jak całkowicie zniknąć”, ale Wojcieszek ma w zanadrzu jeszcze jeden, znacznie odważniejszy projekt.

 

Należysz do tych Polaków, którzy z niepokojem obserwują noto­wania kursu franka szwajcarskiego?

Pierdolę kurs franka szwajcarskiego (śmiech).

Z frankowiczami łączy cię jednak konieczność spłacania kre­dytu, a nawet trzech, które zaciągnąłeś, aby realizować swoje projekty. Czy wraz z takim zobowiązaniem zmienia się jakoś perspektywa twórcy?

Jeżeli z jakiegoś powodu nie śpię po nocach, to albo z powodu pełni księżyca albo dlatego, że coś mnie swędzi. Na pewno nie zastanawiam się czy dobrze się stało, że kręcę filmy za pożyczo­ne pieniądze. Problem nie dotyczy jedynie posłusznych kurewek, które dostają kasę od sympatycznego pana urzędnika, uprzednio zrobiwszy mu dobrze. Pozostali muszą przywyknąć do długów albo w ogóle odpuścić. Kino to nie jest zabawa dla słabych kole­siów. Trzeba być twardym i nie myśleć zbyt dużo o finansach, bo te przesłaniają tylko kwestie artystyczne.

Co sprawia, że na pewnym etapie twórca o charakterystycznym stylu decyduje się na eksperyment?

Nie wiem czy Jak całkowicie zniknąć jest eksperymentem, ale wiem, że trzeba się rozwijać. Miarą wartości sztuki jest umiejętność re­alizacji rzeczy nowych, stanowiących wyzwanie także dla samego twórcy. Nie siedzę też bynajmniej przy biurku, zastanawiając się jak skomplikować sobie zadanie. Robię to, co mnie kręci i staram się, by było zgodne z kierunkiem moich poszukiwań. Póki co do­brze na tym wychodzę – żyję i działam. A ludzie, którzy powielają wypracowaną formułę są zwyczajnie kiepscy.

Przyznaję, że lubię czytać wywiady z tobą, dużo w nich takiej punkowej przekory…

Tak, tylko ja na Skype mam awatar ze zdjęciem Abby, a u ciebie jest jakiś partyzant (śmiech). To Subcomandante Marcos?

Tak, to on.

Nie wiedziałem, że ma taki zajebisty headset (śmiech). No dobra, przerwałem ci. Dajesz.

Czy takie radykalne stawianie sprawy na zasadzie „fuck you, hate me” nie prowadzi do tego, że zaczynasz tworzyć filmy wy­łącznie dla samego siebie?

Może tak, może nie… Trudno udzielić prostej odpowiedzi. Jeżeli pytasz dlaczego nie chcę, aby moje filmy oklaskiwano na festi­walu w Gdyni, to dlatego, że jest to festiwal rzadkiej kupy zwanej polskim kinem środka. To nie jest tak, że totalnie pierdolę wszyst­ko i wszystkich, po prostu mam lepszą alternatywę. Przedwczoraj wróciłem z festiwalu w Austrii, na którym pokazywałem Jak cał­kowicie zniknąć ku zachwytowi widowni. Za kilka dni ruszam na kolejną imprezę, potem kolejną i jeszcze następną… Widza moż­na szukać nie tylko w krajowym mainstreamie, a nie o to chodzi, aby wszyscy cię kochali od Mokotowa aż po Bródno. W efekcie być może nakręciłem film raczej dla Austriaków czy Niemców, niż dla Polaków, ale liczy się przede wszystkim to, aby produkt był dobry. Najfajniejsze jest robienie czegoś, w co się wierzy i obserwacja jak inni zaczynają się z tym identyfikować. Nie potępiam więc wszyst­kiego w czambuł, aczkolwiek mam świadomość, że polska kultura jest bardzo prowincjonalna.

Akcja Jak całkowicie zniknąć rozgrywa się przez jedną noc, na pla­nie tymczasem praca trwała przez miesiąc?

Tak.

Jak wyglądała sama realizacja? Czy sporo scen podyktowanych było naturalnym flow pracy?

Od dłuższego czasu czułem potrzebę rozpierdolenia typowego modelu realizacji filmu. Nie chcę już brać scenariusza, ekipy ak­torów, kierowcy i pana, który im wszystkim będzie gotował. To jest zło, to trzeba zniszczyć, powiesić, oblać benzyną i podpalić. Podobnie jak twój idol z awatara jestem gorącym zwolennikiem prostych i radykalnych rozwią­zań, choć może nie strzelam do nikogo. Jeśli zapraszam do współpracy aktorki – jak mia­ło to miejsce w przypadku Jak całkowicie zniknąć – to one są w centrum wszystkiego, a ja staram się zminimalizować liczbę osób, które ze mną idą. Na szczęście umożliwia to technologia. Dosłownie wczo­raj kupiłem sobie nowy aparat i z Canona, którym nakręciłem ostatni film, przesiadłem się na rzecz dwa razy mniejszą. Mieści się w dłoni, a ma tak za­jebiste parametry, że aż trudno w to uwierzyć. I to jest piękne!

Jesteś gadżeciarzem?

Jaram się technologią, ale nie jak jakiś pojebany operator filmowy, który zamawia sobie tira wyładowanego oświetle­niem. Kiedy zaczynałem kręcić piętnaście lat temu, potrzebowa­łem ekipy trzydziestu chłopa i tony sprzętu. Dzisiaj mam samo­obsługowy aparat, odpalam go i robię film wyglądający sto razy lepiej niż moje pierwsze produkcje. Potem wrzucam go na laptopa i montuję, jednocześnie rozmawiając z tobą na Skype. Kręci mnie to, że sprzęt staje się coraz bardziej samodzielny, dzięki czemu mogę skupić się wyłącznie na aktorach. Finalizuję teraz zresztą kolejny projekt, jeszcze bardziej radykalny. Będzie to swoisty jednoosobowy film – rzecz ekstremalna, widziałem do tej pory zaledwie kilka takich projektów. Po prostu kino doszło do punktu, w którym jest literaturą. Masz faceta albo laskę, którzy biorą do ręki narzędzie i piszą. Ktoś tworzy powieść przy pomocy laptopa, maszyny do pisania albo gęsiego pióra unurzanego w kałamarzu, a ja na podobnej zasadzie kręcę dziś filmy. Skrajnie radykalny sposób opowiadania!

Zawsze sporo inspiracji czerpałeś z muzyki. Jak było w przypadku Jak cał­kowicie zniknąć?

Sam tytuł jest już pewną wskazówką. Czasem w moich filmach jest muzy­ki więcej, czasem mniej, a w tym akurat jest jej na maksa dużo. Mieliśmy dużo dźwięków nagranych z miasta, ale generalnie był to groch z kapustą. Mogłem rzecz jasna wykupić wszystkie te klubowe tracki za niewielkie pie­niądze, niemniej zależało mi, by całość układała się w konkretną opowieść również w sensie muzycznym. Tutaj nieocenione okazało się wsparcie Julii Marcell. Bardzo zależało mi na współpracy z nią, ponieważ robi fajne rze­czy i jest totalnie kumata. To w ogóle jest ciekawe, że muzycy generalnie są na poziomie, podczas gdy filmowcy to idioci. Julia ogarnęła 1500 różnych gatunków w sposób fenomenalny, przez co wszystko świetnie brzmi. Tam, gdzie jest trans i bit, jest też potężny bas i w dużych salach kinowych brzmi to zajebiście. Ja w ogóle dobrze dogaduję się z muzykami, może dlatego, że mam totalnie fanowskie podejście. Na maksa szanuję muzyków, może dlatego, że sam kiedyś próbowałem grać i nic z tego nie wynikało(śmiech).

Z innej beczki: krytyka filmowa jest w ogóle potrzebna? Tym bardziej cie­kawi mnie twoja opinia, ponieważ nie przepadasz za recenzentami.

Ale dlaczego tak uważasz? Ja wręcz łaknę krytyki filmowej, to tylko ludzie, którzy piszą, że im się coś podobało lub nie latają mi koło chuja. Dobrą szko­łą okazało się dla mnie doświadczenie teatralne. Twórcy teatralni mają kry­tykę gdzieś, bo tak czy inaczej robią swoje. W kinie z kolei robi się film raz na tysiąc lat i wszyscy są zesrani na myśl o złej recenzji, po której pozostanie im tylko skoczyć z mostu. Poza tym nikt dziś nie pisze, jak kino jest odbierane. To, czy komuś podobała się scena nr 17, a znowuż scena nr 24 była bezna­dziejna jest średnio ciekawe. Nie mam nic do recenzentów – nie piję z nimi alkoholu, po prostu więcej od nich oczekuję. Zwłaszcza w takim śmiesznym kraju jak Polska, lokującym się w dupie kosmosu, krytyka powinna być am­bitna i raczej kreować trendy, niż powielać wszystko, co idzie z Zachodu.

A śledzisz odbiór w internecie, w tym także wszelkie hejty? Niektórzy twórcy zaczynają nawet polemizować z co ostrzejszymi opiniami.

Bez jaj, nie polemizuję z anonimowymi opiniami w necie. Gdybym zaczął to robić, to bym chyba zwariował. Nie podniecam się też czytając youtube’owe recki. Szkoda na to czasu.

Możesz zdradzić coś na temat tego „jednoosobowego filmu”, o którym wspomniałeś?

Film nosi roboczy tytuł Berlin Diaries, jest dziennikiem sensu stricto i po­wstawał między grudniem zeszłego roku a kwietniem bieżącego. Zdarzało mi się w nim występować, co było ciekawym doświadczeniem. Rzecz zaje­biście ekshibicjonistyczna, nikt u nas nie zrobił niczego podobnego. Mam nadzieję, że za dwa-trzy miesiące będzie mieć premierę.

Dystrybucja będzie równie niekonwencjonalna?

Ideałem jest dystrybucja internetowa, ale u nas jest ona strasznie dziura­wa. W USA cały ten artystyczny niezal siedzi w necie. Zmieniły się narzę­dzia, a wraz z nim język, odbiór i społeczna rola filmu. Wiadomo, że ina­czej oglądało się Gwiezdne Wojny w kinie w 1977 roku, a inaczej ogląda się dzisiaj Breaking Bad na laptopie. Dziś kino to europejski relikt. Ale ponie­waż w Polsce brakuje internetowych platform o dużej sile przebicia, będę pewnie pokazywał Berlin Diaries głównie na festiwalach. Gdyby udało się w Polsce zorganizować dobrą dystrybucję w sieci, to byłoby to największe wydarzenie filmowe!

 

rozmawiał | Sebastian Rerak

ilustracje | Michał Dąbrowski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera