Producentów poznaję po zębach – wywiad z Barbarą Białowąs

Reżyserka Barbara Białowąs, zbliżenie na twarz.

Mijający rok w młodym polskim kinie należał do niej. Z Gdyni wróciła z wyróżnieniem za ambitny i bardzo udany portret trzech pokoleń współczesnej Polski, a z Koszalina – z Małym Jantarem za najlepszą fabułę w Konkursie Filmów Krótkometrażowych. A to dopiero początek. Jeśli chcecie trzymać rękę na filmowym pulsie, musicie wiedzieć, kim jest Barbara Białowąs.

Jak oceniasz produkcje, które pojawiły się w polskim kinie w ostatnim roku? Czy patrząc na nagrodzone w Gdyni obrazy, możemy mówić o przełamaniu jakiegoś fatum? Krzysztof Krauze, przewodniczący jury, zachwycał się poziomem konkursowych filmów. Rewers Lankosza, Dom zły Smarzowskiego, Wojna polsko-ruska Żuławskiego…

Myślę, że nad polskim kinem nie wisi żadne fatum. Od lat produkujemy rewelacyjne filmy, ale brak spektakularnych sukcesów międzynarodowych powoduje, że polski widz rości sobie niczym nieuzasadnione prawo do stwierdzania, że jest źle. A najczęściej tych filmów nawet nie ogląda, bo polska krytyka skutecznie go do tego zniechęca. Ja uważam, że jest dobrze, zawodzą nasi dystrybutorzy, którym – z bardzo różnych powodów – nie zależy na sprzedaży filmu za granicą. Trzy lata temu na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych wszyscy też mówili, że to wyjątkowy rok, że polskie kino się odrodziło. A jak potem zabrakło prestiżowych zagranicznych nagród, ci sami ludzie narzekali, że nasza kinematografia to jednak gniot.

W jednym z felietonów Bronisław Wildstein napisał: W kinie zespół starych reżyserów, których polityczno-biznesowe układy sięgają PRL-u, zablokował szanse młodym, którym z rzadka udaje się przebić. Można się obawiać, że Polski Instytut Sztuki Filmowej będzie służył utrwaleniu obecnego, chorego kształtu polskiego kina. Jak to skomentujesz?

Zawód artysty jest o tyle specyficzny, że nie ma określonego wieku emerytalnego. Jeśli starsi twórcy ciągle mają coś do powiedzenia, nie widzę powodu, żeby spychać ich na margines. Wyobrażasz sobie, że nagle zakazujemy Wajdzie kręcić filmy i nie powstaje doskonały Tatarak? W normalnym kraju sztukę robią różne pokolenia artystów. I zyskuje na tym nie tylko ona sama, ale też jej odbiorcy, bo jest różnorodność. A dziwne układy i kumoterstwo nie powinny na to wpływać. Wolny rynek prędzej czy później wyeliminuje takie przypadki. Taką mam przynajmniej nadzieję…

Mloda kobieta ubrana w kobaltowa sukiene na niebieskiej sciance znapisem big love

W Rewersie Lankosza zagrała Agata Buzek, która pięć lat temu wystąpiła w twojej etiudzie Ewka, skacz!. Jak oceniasz jej aktorski rozwój?

Nawet nie ośmielam się tego robić. Kiedy Agata grała w Ewce…, to ja mogłam się od niej uczyć, a nie odwrotnie. Ona już wtedy miała olbrzymie doświadczenie zawodowe, ja byłam studentką zachwyconą jej umiejętnościami. A to, co pokazała w Rewersie, jest po prostu mistrzostwem świata. Gratuluję jej, totalnie. Uwielbiam aktorki, które nie boją się dla roli zbrzydzić – jak zrobiła to właśnie Agata. Bo często jest tak, że w teorii dziewczyny mają wielkie chęci, ale jak przychodzi co do czego, pojawiają się problemy. Moim zdaniem to oznacza, że minęły się z powołaniem.

Zostańmy jeszcze przez chwilę przy twoich starszych projektach. W ramach programu Rosja – Polska. Nowe spojrzenie nakręciłaś Moskiewską żonę. Zamierzasz w przyszłości wrócić do dokumentu?

Uwielbiam pracę nad dokumentem. To zupełnie inna robota niż przy fabule. Jednak jakoś tak się w branży przyjęło, że to fabuła jest tym high level w pracy reżyserskiej, więc wielu twórców często porzuca dokument. W tej chwili podobnie jest w moim przypadku, ale marzę, chcę i na pewno zrobię film dokumentalny, bo dobrze się w tej formie czuję i mam już parę pomysłów.

Na razie pracujesz nad swoim nowym pełnometrażowym debiutem. Możesz zdradzić jakieś szczegóły?

Mogę powiedzieć tylko, że scenariusz jest inspirowany prawdziwymi wydarzeniami z lat 90. i dotyczy brutalnego morderstwa. Ma to być film sensacyjno-psychologiczny, mocne kino dla osób silnych psychicznie. Ta historia tkwiła we mnie kilka lat, ale dopiero teraz czuję, że potrafię ją opowiedzieć językiem filmu. Zrobiłam już dokładny research, czytałam akta sprawy. Więcej na razie nie zdradzę.

mloda kobieta pozuje przed widocznym obiektywem aparatu na tle kolorowego grafitti

To opowiedz o festiwalu w Cannes. Uczestniczyłaś tam w warsztatach, które miały na celu pomóc w nawiązaniu współpracy z producentami i twórcami filmowymi z innych krajów.

Wybrałam się tam z czystej ciekawości, chociaż miałam konkretny projekt, bo taki był wymóg. Wymieniałam się stosem wizytówek, sto razy powiedziałam i usłyszałam: good luck i wyciągnęłam wnioski na… kolejne tego typu spotkania. Następnym razem będę mądrzejsza o tę wiedzę. A już na pewno ze stu metrów rozpoznam producenta z USA i Europy, bo różnią się oni wszystkim. A już najbardziej kolorem zębów.

Po intensywnej pracy nad Moją nową drogą postanowiłaś wrócić do rodzinnego Opola. Jak ci się żyje z dala od epicentrum filmowych wydarzeń?

Teraz kiedy pracuję nad scenariuszem pełnometrażowego debiutu, nie ma najmniejszego znaczenia, gdzie mieszkam, bo pisać można wszędzie. Ważne, by mieć miejsce, gdzie można się skoncentrować. Oczywiście, wolałabym siedzieć w Honolulu, bo cieplej i bardziej egzotycznie. A w Warszawie pewnie ominie mnie parę bankietów, ale przeżyję.

Na brak zajęć w Opolu nie możesz jednak narzekać. Pod koniec września twój kryminał, Czarny pies, zadebiutował na falach Radia Opole. Jak się czujesz w roli radio pisarki?

Specyfika pracy nad słuchowiskiem była mega ciekawą przygodą. Tekst powstał specjalnie na zamówienie radia, a ja musiałam się wcielić w opolską Agathę Christie. Samo reżyserowanie aktorów było też inne, bo musiałam bazować wyłącznie na ich głosie. Brak obrazu uświadomił mi, że moim żywiołem zdecydowanie jest film.

Czarnego psa czytają między innymi Roma Gąsiorowska i Weronika Rosati, a cały projekt opieką literacką otoczył Wojciech Kuczok. Mocna obsada jak na debiut.

Roma Gąsiorowska grała u mnie w Mojej nowej drodze i chciałam kontynuować współpracę z nią. Rolę postmodernistycznej opolskiej femme fatale napisałam specjalnie z myślą o niej. Chciałam zobaczyć ją w zupełnie innym wcieleniu niż dotychczas. I chyba udało nam się stworzyć dziwny popkulturowy miks takich ikon, jak Marlena Dietrich, Lauren Bacall i Rita Hayworth, a na dodatek wrzucić tę postać w opolskie realia 2009 roku. Takie fikcyjne szaleństwo. Dodatkowo Roma w Czarnym psie pięknie zaśpiewała kilka standardów – jak na prawdziwą femme fatale przystało. Z kolei rola agentki specjalnej, Sonii, też powstała właśnie z myślą o Weronice Rosati, i to z przekorną myślą, aby Weronika zagrała postać totalnie niepasującą do jej warunków fizycznych. W Czarnym psie jest twardą feministką, bokserką sprawnie posługującą się bronią palną. Obie dziewczyny nieźle się odnalazły w kryminale radiowym, podobnie zresztą jak grający warszawskiego detektywa, nieznany szerzej opolski aktor, Łukasz Bugowski. Prawda jest jednak taka, że nic by z tego nie wyszło, gdyby nie Wojtek Kuczok. Jego aktywność zdecydowanie wykraczała poza zwykłą opiekę literacką. On po prostu spowodował, że mój tekst zaczął brzmieć jak prawdziwy kryminał z dreszczykiem i surrealistyczną grą słowną.

A próbowałaś może zainteresować Czarnym psem jakieś wydawnictwo?

Radio ma zrobić z tego audiobook, a jeśli chodzi o inne pola dystrybucji, trudno mi powiedzieć – tekst był pisany specjalnie dla Radia Opole i to oni nim rozporządzają. Ale nawet nie wiem, czy sprawdziłby się jako tradycyjna książka, wymagałby pewnie sporych przeróbek. Dzikie przygody warszawskiego detektywa Karola Kani w Opolu już na zawsze chyba pozostaną historią do słuchania.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera