Poznajcie Jadwigę, 80-letnią pensjonariuszkę domu opieki. Fragment powieści „Zaraz będzie po wszystkim” Grzegorza Uzdańskiego

Ilustracja przedstawiająca dom

Jadzia ma 80 lat i jest pensjonariuszką domu opieki. Miejsca, w którym rytm strzępków życia wyznaczają jedynie posiłki, obchody personelu, wizyty nielicznych już przyjaciół i krewnych oraz oglądanie seriali, nie ma zbyt wielu rozrywek oprócz myślenia.

A temu Jadzia oddaje się z całą zawziętością. Swoje losy – przedstawione niechronologicznie – narratorka odsłania przed nami za sprawą retrospekcji. Bohaterka relacjonuje strzępki swojego dzieciństwa przypadającego na drugą wojną światową, dorastania, dawnych, niespełnionych miłości, życia codziennego, pracy w redakcji, wychowania córki i wreszcie trudnych relacji z mężem. W historię Jadzi wplecione są dwie inne opowieści: młodego sanitariusza Tomka i czterdziestoletniej pielęgniarki Agaty.

Zaraz będzie po wszystkim to delikatna, kameralna i świetnie napisana nieduża opowieść o samotności na wielu poziomach, opowiadająca o najciemniejszych zakamarkach ludzkich dusz. Stworzony przez Grzegorza Uzdańskiego słodko-gorzki portret pensjonariuszy i pracowników domu starców jest przejmujący, dojmująco smutny, złośliwy, ale i miejscami ironicznie zabawny.

Książka jest już dostępna w księgarniach i została wydana nakładem Wydawnictwa W.A.B. Na zachętę mamy dla Was fragment powieści, który mamy nadzieję, zachęci do dalszej lektury!

Jadzia, co to za spanie w dzień? Wstajemy do mycia!
– Już.
– Zaraz cię weźmiemy, Tylko najpierw tu Tereskę.

No tak, najpierw cyrk, jak zwykle z tą apa-api. Jakieś dzikie słowo, nie mogę zapamiętać naprawdę, tyle razy mi przypominały i ciągle mylę. Leży jak kukła, jak zwykle, nic innego nie robi. Podjeżdża podnośnik, kupili za unijne pieniądze, układają na pasach, ona coś jęczy, coś jej się nie podoba, no jasne, mi by się też nie podobało. Pół godziny z głowy. Znowu źle ułożyły. Jedna młoda, to jeszcze nie umie, ale Baśka i Agata to się już powinny nauczyć. Co one jej tam robią, że tak jęczy. Coś ją piecze pewnie. Odleżyny, jak ktoś ciągle w łóżku jak kukła to żaden sudocrem nie pomoże. Jeszcze jedna przyszła, do pomocy. No wreszcie. Teraz maszyna ja podnosi, na tych pasach. No tak, coś się zablokowało. Taki ten podnośnik, jak wszystko tutaj. Co ona tak jęczy, bardziej niż zwykle. Zła jakaś. No już, poprawiły, wyjeżdżają. Jakby mnie tak kiedyś. Nigdy. Mogłabym się modlić o to. Gdybym jak tamta głucha była.

A ta wariatka jak zawsze się złości. Mycie się nie podoba. Uuuuuuu. Nieeeeeeeeuuuuuuu. Nic zrozumieć nie można z tego bełkotu. Zawsze ten cyrk, jak mycie jest. Powinny ją zostawić. Dopiero byłby wrzask, jakby jej tam wszystko zaropiało.

– No już, idziemy, pani się przestanie awanturować.
Poszły, teraz już będę ja.

Niewygodnie mi na plecach. Ale dziesięć minut można. Wrócą, wezmą. Jolka zdejmuje powłoczkę z kołdry wariatki, rzuca na środek sali. Z kołdry Teresy zdjęła wcześniej. U mnie też jest takie naciągane prześcieradło, ten straszny różowy, kto wymyślił taki kolor, chyba ślepy. Agata mówiła, że zakład będzie powoli w ogóle przechodził na tych api-jakichś. Innych nowych nie będą przyjmować. Od nowego roku. Nic dziwnego, z takimi łatwiej, nie pyskują. Wszystko im można wcisnąć, nie kłócą się. Aniele Boży, stróżu mój. Była tu taka rok temu, głucha i religijna. Wrzeszczała tego Anioła bez końca, zwariować było można. Jak jej mówiłam, żeby trochę ciszej, bo tu nie procesja, to nigdy nie słyszała. Cwana gapa. Potem ją zabrali, całe szczęście. Jak Michał z O mój rozmarynie. Głosu to on nie miał, mówiłam mu, przestań, tu mieszkania są akustyczne, wstyd przed sąsiadami, a ja też już nie mogę, zwłaszcza że zawsze to samo. A on, że się przyzwyczaił i nawet nie słyszy, że śpiewa. No to gratuluję, ale JA niestety słyszę. Obraził się oczywiście.

– Jedziemy.

Żeby mnie nie poparzyła.

– Tylko mnie nie poparz, kochana.

Ostatnio polały mnie za gorącą.
Wjeżdżamy. Żeby nie poparzyła.

– No, prawa ręka do góry i ściągamy.

Całą mnie widzi. Nieważne.

– Wjeżdżamy pod prysznic.

Jak mnie teraz wypuści, to wózek się wywróci i spadnę.
Udało się.

– Tylko nie daj za gorącej.
– Nie dam, nie dam, pani się nie denerwuje.
Oparzy mnie.
– Spokojnie. Taka może być.
Ciepła. Leje się woda.
– Tylko mi głowy nie zmocz.
Pryska. Ale tylko trochę. Włosy przy szyi, końcówki.
– Uważaj.
Tych włosów zresztą tyle co nic. A takie miałam gęste.
Już.
– Namydlimy plecy.

Miło. Delikatnie to robi. Lepiej niż tamte. Baśka to tak myje, jakby wannę szorowała. A ta delikatnie. Raz jednego wywaliły, też wciągały go na wózku pod prysznic, i im wyleciał. Całe szczęście, że był gruby. Nie połamał się. Nie to, co ja. Same kości i zmarszczki, straszne. Wszystko widzi, musi dotykać. To już naprawdę lepiej te wszystkie skretyniałe mają, jedna z drugą nic nie rozumie, to się nie zawstydzi też, a ja się wstydzę

– Daj mi to mydło.

Nie musi mnie tam mydlić, tyle jeszcze umiem.

– Już?
– Tak.
– To jeszcze nogi.

Nie mogę się tam schylić. Pokazywali w telewizji, sto lat i ta, jak jej tam, joga, czy inna jakaś gimnastyka dziwna. Trzeba było ćwiczyć, może by mnie tu teraz nie było. Ale lata temu nie mieli, tylko jakieś sekty, jacyś guru za miastem, a żeby tak jak teraz, że mnóstwo tej jogi nawet w domach kultury podobno, to nie. Między palcami. Że ona się nie brzydzi. Ja bym się brzydziła. Ma te rękawiczki. Nieprzyjemne w dotyku, ta guma. Lepka, zimna. Już.

– Tylko nie daj za gorącej.
– Nie dam, nie dam.
– Dobrze?
No przesadziła.
– Trochę cieplejszą.
– O tak.

Teraz miło. Jak ja wyglądam, że też musi. Ciepła. Już. Skończyła. Zimno mi. Owiń ręcznikiem. I od góry. Jedziemy. Dobrze, że dzisiaj bez głowy. I tak zimno na tym korytarzu.

– No to się ubieramy. Wciągamy rękawy. Prawa ręka najpierw.
– Kochana, co to jest?
– Sweter.
– To nie jest mój sweter. To jakaś podarta szmata.
– Co pani, pani Jadziu, w ogóle, bardzo dobry sweter, ciepły.
– Nie chcę tych szmat z magazynu, mówiłam tyle razy. Gdzie jest mój?
– Który?
– Ten lila. Był w szafie.

Mój ulubiony, ostatni z ulubionych.
– Nie ma, musieli gdzie indziej dać po praniu.
– Ukradli. Ja się nie dam okradać.
– Ale wiesz, Jadziu, że te rzeczy się mieszają. Wszyscy noszą, tylko ty marudzisz.
– Może te wariatki noszą, co im wszystko jedno, nawet jak je wsadzicie w worek, to nie zauważą, ale mi, kochana, jeszcze nie jest wszystko jedno i nie dam wsadzić w worek.
– To nie jest żaden worek, tylko dobry sweter.
– Idź do magazynu i zobacz, może tam leży, jak jeszcze nie ukradli.
– Jadziu, my mamy innych pacjentów do ubierania i nie mamy czasu latać do magazynu teraz.
– Ja tego nie założę.
– Dobra, ja pójdę. Poczekaj.

No i poszła, a my czekamy z Jolką, oczywiście wściekłą. Wściekaj się, ja się nie boję. Wraca Ania.
– Nie ma.
– Cholerne złodziejstwo.
– Ale kogo pani oskarża? Kto ukradł? Może my?

Oooo. Nagle pani jestem.

– Nie wiem, kto, wiem, że ktoś kradnie.
– Nikt nie kradnie. Gdzieś się zgubiło.
– U kogoś się zgubiło. Chcę klucz do szafy.
– To nie jest tylko twoja szafa. Poza tym, u nas szaf nie zamykamy.
– Dobra, nie ma tego twojego, to wkładamy ten.
– Bo się przeziębisz po myciu. Chcesz dostać zapalenia płuc?
– Ja potem jeszcze przy okazji poszukam.

Ania milsza, bo krócej tu jest.

– Ręka do góry.
– Au! Uważaj, głupia.

Specjalnie szarpnęła. Ale wredna.

– No, już. I było się tak denerwować?
– Chcę mój lila sweter,
– Spokojnie, jak będzie chwilka, to poszukam.
Jasne, poszuka, tak jak wtedy żakietu poszukała.
– Dasz mi grzebień?
– Już.
– Chcesz na korytarz?
– Nie.

I tyle mogę, mogę sobie krzyczeć, a swetra i tak nie oddadzą. Może poproszę, jak Tomek przyjdzie, żeby w praniu poszukał. Kiedyś mi go już znalazł tak, to może drugi raz się uda. Mój ulubiony. Kiedyś był naprawdę piękny, taki lila kolor, trochę jak bzy, tylko jaśniejszy, i taki miły w dotyku, nic nie gryzł, chociaż wełna, ale cieniutka, teraz się już trochę zmechacił, ale po tylu latach to nic dziwnego. Ostatni, który mi z ulubionych został, i też ukradli. Może Tomek znajdzie.

Komentarze

Zapisz się do Newslettera