POWIĘKSZENIE

 

pow

Skąd wziął się pomysł na zorganizowanie konkursu krytycznofilmowego „Powiększenie”?

Konkurs był dla Filmwebu naturalną koleją rzeczy, kolejną cegiełką budującą publicystyczną markę portalu. Zaczęło się od strony FWM (znanej wcześniej jako Filmweb24), później zaś, wraz z gromadzeniem autorów i kolejnych tekstów, postanowiliśmy poszukać ludzi, z którymi będziemy pracować od początku, którzy zaczynając swoją dziennikarską karierę, będą grać w naszych barwach. Rynek jest nasycony, zdolnym autorom naprawdę trudno jest zaistnieć, bo media – zwłaszcza te zajmujące się kulturą – padają jak muchy. Kiedyś dziennikarze wpuszczali narybek do tego stawu, uchylali drzwi, sam tak zaczynałem w miesięczniku „Film”. Teraz mamy czasy self-made manów i olbrzymiej konkurencji – trzeba znaleźć na siebie pomysł i wcielić go w życie, zanim odwróci się wiatr.  Nie każdy utalentowany autor się na kogoś takiego nadaje. Chcieliśmy dać im szansę poprzez konkurs, a przy okazji zbudować wokół Filmwebu grupę młodych, zdolnych ludzi. To jest wzajemna korzyść.

Już za kilka dni minie termin nadsyłania prac na czwartą edycję konkursu krytycznofilmowego “Powiększenie”. Ile prac otrzymali Państwo do tej pory?

Na dotychczasowe trzy edycje wpłynęło ponad 1100 prac. To dużo. Zwykle ludzie odkładają takie rzeczy na ostatnie dni, albo nawet godziny, więc z końcem lipca prace zaczynają spływać w przerastającym nas tempie. Podczas pierwszej edycji nasi informatycy mieli trochę pracy, skrzynki się zapychały. Niewiele się w tej materii zmieniło – zainteresowanie jest spore, co nas bardzo cieszy.

Czy planują Państwo rozbudować następne edycje konkursu? Na przykład o kategorie według gatunków filmowych etc.?

Uczestnicy przysyłają recenzję filmu oraz połączony z nią kontekstowo artykuł, esej, felieton lub jakąś formę pośrednią. Ten model działa o tyle dobrze, że pozwala przyjrzeć się autorom z różnych stron. Podkreślaliśmy to wielokrotnie: praca w medium filmowym, a zwłaszcza internetowym, wymaga wszechstronności. Wymaga poruszania się po różnych obszarach krytyki filmowej, stosowania różnych form literackich, stosowania ich sprawnie i – co ma ogromne znaczenie – szybko. Potrafią to nasi laureaci – jak Radek Osiński, który rok po zwycięstwie w Powiększeniu zgarnął nagrodę im. Mętraka, Marcin Stachowicz albo Przemek Pieniążek. I powinien potrafić to każdy, kto myśli poważnie o zajmowaniu się dziennikarstwem bądź krytyką filmową. Inaczej – mówiąc wprost – nie będzie na chleb. 

Jakie wskazówki może Pan przekazać uczestnikom konkursu, którzy chcą w przyszłości tworzyć profesjonalne teksty krytycznofilmowe?

Chyba tylko jedną: próbować różnych rzeczy. Nie ograniczać się do jednego rodzaju kina, jednego  stylu, jednego sposobu myślenia o krytyce filmowej. Nie zamykać się w jednym języku, nie przykładać jednej matrycy, nie poruszać tylko w jednym kierunku. Nuda, przewidywalność – dwa rzeczowniki, na które we współczesnej kulturze medialnej nie ma miejsca. Zwłaszcza internet szybko takie kwestie weryfikuje.

Jakie cechy powinna mieć idealna recenzja filmowa?

Nie wiem. Nikt nie stara się jej przecież napisać. Moim zdaniem najważniejszy jest styl – czasem nawet kosztem intelektualnej zborności tekstu, kosztem wielu rzeczy. Jeśli styl jest świetny, tekst tak naprawdę może być „obok”, może ocierać się tylko o kino, albo o konkretne filmy. Myślę o recenzji jako o formie literackiej. Internet, paradoksalnie, odebrał recenzjom status tekstów użytkowych – za dużo mamy „agregatów” z ocenami, portali, w których najważniejszą walutą jest wypis z większego tekstu, fora tematyczne także zrobiły swoje. Wobec tego czymś trzeba czytelnika przyciągnąć – bo jednak pisze się dla niego. Pomaga myślenie o takiej relacji jak o relacji dwóch kumpli, z których jeden ma to szczęście, że może wcześniej pewne rzeczy oglądać.

Czy młodzi ludzie podchodzą krytycznie do współczesnego, polskiego kina, czy też robią rodzimym  produkcjom laurki?

Różnie z tym bywa. Generalnie parę box-office’owych sukcesów w stylu „Sali samobójców” i „Jesteś Bogiem” podniosło morale – zwłaszcza wśród młodzieży. Lektura zestawów z „Powiększenia” to potwierdza. Jak ktoś ciska gromy, to albo na szacownych klasyków, którzy od 20 lat nie zrobili dobrego filmu, albo przekornie postanawia wdeptać w glebę obraz, który ma ogólnie niezłe notowania, vide kino Smarzowskiego. Póki są z tego teksty na poziomie, nie możemy narzekać.

Jak ocenia Pan ogólną wiedzę młodych ludzi nt. Kina?

Jestem po poznańskim filmoznawstwie. To było pięć lat wakacji – może poza pierwszymi trzema miesiącami, zanim huk upadających autorytetów zaczął nieść się echem po korytarzach. Poznałem tam jednak grupę młodych ludzi, którzy nauczyli mnie więcej o kinie niż wyczytałbym z akademickiego kanonu. Jestem zdania, że taki model edukacji jest niepotrzebny komuś, kto chce zajmować się krytyką filmową, że tylko przeszkadza. Kariera akademicka – ok, niech będzie, ale nie krytyka. To nie jest architektura, to nie fizyka rakietowa. Wystarczy trochę oleju w głowie i lekkie pióro. Wypadałoby też lubić kino – wtedy wiedza przychodzi sama.

 

Rozmawiała Inez Ali.

 

 

 

 

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera