Porto to miasto, które zachwyca i wkurza. Dlaczego? Bartek Kieżun o swojej podróży do Porto z książki „Portugalia do zjedzenia”

Widok na miasto położone nad morzem i mural z sową ze skrzydłami w garniturze

Bartek Kieżun po sukcesie książki Italia do zjedzenia postanowił wybrać się do Portugalii, by stworzyć książkę, która będzie łączyć sztukę kulinarną i przewodnik po jednym z najczęściej odwiedzanych europejskich krajów.

Książka Portugalia do zjedzenia została wydana nakładem Wydawnictwa Buchmann i jest dostępna do kupienia tutaj. Znajdują się w niej zarówno fantastyczne przepisy, jak i pasjonujące opowieści o historii i sztuce, które sprawiają, że bacalhau (suszony dorsz), francesinha (dekadencki tost z mięsem) i pieczone sardynki smakują jeszcze lepiej.

W ubiegłym tygodniu publikowaliśmy fragment książki poświęcony Lizbonie: Czym Lizbona zachwyciła Bartka Kieżuna? Oto zapis niezwykłej podróży z książki „Portugalia do zjedzenia”. Dzisiaj zapraszamy do lektury opowieści Bartka o Porto!

Porto jest dziwne. Bardzo je lubię i bardzo mnie wkurza. To drugie wynika pewnie ze strachu, że miasto, które postawiło na turystykę, pewnego dnia zostanie przez nią zjedzone.

Zdaję sobie sprawę z tego, że sam też jestem turystą, więc żeby nie narzekać, powiem tylko, że Porto bywa piękne, nawet kiedy leje i jest mgła. Bywa też wówczas okropne — no ale to już detal. Ma za sobą długie lata (historii). Założone zostało w V wieku, tyle że nie wiadomo przez kogo. Podejrzewa się, oczywiście, Rzymian, ale mogą w to być również zamieszani Celtowie. Dla Rzymian miasto było ważne, dlatego że było portem, i dlatego że leżało na trasie między dwoma metropoliami, które wówczas nosiły piękne nazwy: Bracara Augusta — dzisiejsza Braga, i Olissipo, czyli Lizbona… To, co dziś czyni miasto słynnym, to oczywiście tamtejsze wzmacniane wino, ale ja polubiłem się z Porto niezależnie od niego albo raczej zupełnie bez związku. Początki nie były łatwe. Chyba najzwyczajniej na świecie nie byłem na to miasto gotowy. W misternym planowaniu wyjazdu zgubiłem bowiem jeden dzień między terminem oddania wypożyczonego auta a datą wynajęcia mieszkania. Żeby więc nie spać pod gołym niebem, a przy okazji zrealizować wakacyjny plan zwiedzenia, musieliśmy wycisnąć z naszego forda fiesty, ile się dało. Dlatego do Porto wpadłem bez tchu.

Chwilę mi zajęło, zanim zrozumiałem, że je lubię. A oto powody:

  • Po pierwsze, ma świetny street art — przyznam szczerze, przez jeden dzień łaziłem tamtejszymi ulicami głównie po to, by obserwować, jak doskonale radzą sobie lokalni twórcy.
  • Po drugie, ma wspaniały most Ponte Luíz I (Ponte de D. Luís), z którego rozciąga się fenomenalny widok, i to z obu poziomów. Budowa trwała zaledwie 5 lat i wcale nie zaprojektował go Gustave Eiffel, jak głosi plotka, a jeden z jego współpracowników, Théophile Seyrig. Pewnie, wzorował się na dziele utalentowanego Gustave’a — moście Maria Pia, który spina dwa brzegi Douro kawałek dalej. Uwielbiam oba!
  • Po trzecie, idealna wielkość — Porto nie jest duże, co sprawia, że prawie wszędzie można się dostać na piechotę, choć w naszym wypadku to odkrycie przyszło pod koniec pobytu, kiedy przestaliśmy używać map Google i zaczęliśmy korzystać z nabytej przez parę dni orientacji. Okazało się wówczas, że mieszkamy rzut beretem od naszej ulubionej knajpy i wcale nie idzie się do niej pół godziny.

Ulubiona knajpa w Porto nazywa się Aduela (Rua das Oliveiras 36). Trafiliśmy do tego miejsca wieczorem. Muzyka była idealna, wino też, a z obecności dzikich tłumów wnioskuję, że nie tylko nam się tak wydawało. Odradzam dyskusję z barmanem, które wino należy zamówić, bo jest humorzasty, ale ma chłopak gust i do wina, i do muzyki, więc mu wolno. Nie wiem, jak z jedzeniem, bo po francesinha, przedziwnej kanapce z poczwórnym serem, utopionej w sosie, nie miałem już miejsca na nic. Ale nawet gdyby było średnio, i tak jest to moje ukochane miejsce w Porto — a upewniałem się w tym przez kilka wieczorów, więc wiem, co mówię. Będę teraz nieco sentymentalny, ale zdaje się, że tak bardzo polubiłem Aduelę, bo mi szalenie przypomina Miejsce — knajpę, którą prowadziłem w Krakowie przez 10 lat.

W Porto też po raz pierwszy skosztowałem czegoś, co nazywa się alheira assada no forno, czyli pieczonej w piecu dziwacznej kiełbasy. Dziwacznej, bo w sporej części wypełnionej chlebem. Stoi za nią piękna historia, więc musiałem spróbować, bo nic mnie tak nie kręci jak kulinarne opowieści. Jej powstanie wiąże się z nowymi chrześcijanami — jak mówiono w Portugalii o zmuszanych do konwersji na katolicyzm Żydów. Cristaos-novos w ukryciu byli wierni swojej pierwszej religii, która zabraniała im spożywania wieprzowiny. Dlatego, bazując na chlebie i mięsie kurczaka, zrobili kiełbasę, która kolorem i kształtem przypominała zwykłą wieprzową. Na jej widok inkwizycyjni spece zostawiali nieszczęśników w spokoju i wszyscy byli zadowoleni. Mniej więcej oczywiście, bo historia portugalskiej inkwizycji jest długa i krwawa. Pod królewskim berłem i z błogosławieństwem papieskim działało sześć trybunałów, które orzekały o winie. Trybunały były płci męskiej i założę się, że mocno przypominały dzisiejszych przekonanych o swoich racjach polityków, którzy też chcą decydować o wszystkim, a zwłaszcza o sprawach, które ich nie dotyczą. W trybunale każdy był przegrany już na starcie, wyznawcom judaizmu, czarownicom i wszystkim innym, którzy odstawali od społeczeństwa, winę udowadniano bez zbędnych ceregieli. Motywacja była prosta. Po pierwsze kontrola społeczna (obrzydliwe!), a po drugie każdemu winnemu (czegokolwiek) zabierano cały majątek (jeszcze bardziej obrzydliwe!), a potem, w najlepszym wypadku, nakazywano opuścić granice Portugalii. Inkwizycja świetnie ratowała budżet królestwa przez długie lata i jako taka była po prostu niezbędna. Działała do 1821 roku.

Dziś alheirę można kupić tylko w Portugalii i jedzą ją wszyscy: żydzi i katolicy; ateiści i buddyści; kobiety i mężczyźni — i to bez względu na orientację seksualną. Bywa przyrządzana z różnych rodzajów mięsa, w tym wieprzowiny, a następnie wędzona. Najczęściej podaje się ją z frytkami i jajkiem sadzonym, ale świetnie smakuje także z sałatką z pomarańczy. I co najważniejsze, alheira doskonale znosi loty samolotem, o czym wiem dobrze, bo ją do tego zmusiłem! Zatem, jeśli wpadnie w wasze ręce, nie wahajcie się ani przez chwilę i upieczcie ją w domu.

ALHEIRA ASSADA no FORNO | ALHEIRA Z PIECA

Składniki dla 2 osób:

  • 2 kiełbasy alheira
  • 1 główka czosnku
  • Parę gałązek tymianku
  • Oliwa extra vergine

Sałatka:

  • 2 pomarańcze
  • 1 czerwona cebula
  • Łyżka maku
  • Oliwa extra vergine
  • Kilka gałązek kolendry
  • Sól, pieprz

Alheirę układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Czosnek przekrawamy na pół i kładziemy obok, dorzucamy tymianek. Skrapiamy kiełbasę oliwą z oliwek i przed włożeniem do pieca nakłuwamy w kilku miejscach, bo pęcznieje podczas smażenia. Pieczemy około 15 minut. Pomarańcze obieramy i kroimy w nieduże kawałki. Wkładamy do miseczki. Cebulę siekamy w piórka i rzucamy na pomarańcze. Kolendrę siekamy najdrobniej, jak się da, i łączymy ją z oliwą. Solimy i doprawiamy pieprzem. Polewamy sosem pomarańcze, a na koniec posypujemy całość makiem. Podajemy z upieczoną alheirą!

Komentarze
Porto to miasto, które zachwyca i wkurza. Dlaczego? Bartek Kieżun o swojej podróży do Porto z książki „Portugalia do zjedzenia”
Oceń artykuł