Podróż autostopem kiedyś i dzisiaj. Czy jest się czego bać?

Mężczyzna z walizką idący wzdłuż drogi

W ten sposób możesz, bracie przejechać Europę. Gdzie szosy biała nić, tam śmiało, bracie, wyjdź. I nie martw się, co będzie potem – śpiewała Karin Stanek w swoim przeboju Jedziemy Autostopem. Od czasów, gdy ten utwór był hitem, minęło pół wieku i zmieniło się właściwie wszystko – drogi, samochody i samo nastawienie zarówno kierowców, jak i pasażerów. Kto dziś jeździ stopem?

AUTOSTOPEM Z KRYMINALISTĄ

Wśród starych autostopowych wyg dominuje przekonanie, że kiedyś było lepiej. Kierowcy ufniej podchodzili do osób okupujących przydroża i stopa łapało się bardzo szybko. – Pamiętam, że razem z moim ówczesnym mężem oraz naszym kilkuletnim dzieckiem wybraliśmy się stopem w podróż z Krakowa do Władysławowa – mówi mi dziś prawie pięćdziesięcioletnia Anna ze stolicy królów Polski.

Mimo że Anna do partyjnych nigdy nie należała, chętnie korzystała z przywilejów, jakie dawała Karta Autostopowicza. – Zbierało się w niej podpisy kierowców, co świadczyło o tym, że nie jestem żadną złodziejką czy włóczęgą. A najbardziej przyjaznym kierowcom władza sprawiała prezenty – tłumaczy Anna.

Dziś autostopowicze nie mają ani Karty, ani zaufania kierowców. Częste napady skutecznie zniechęcają osoby w autach do podwożenia nieznajomych. Mimo to duch autostopowicza nie umarł. Wręcz przeciwnie, w dzisiejszym świecie, gdzie na nowo wracamy do ideałów lat 60. i 70., dbamy o ekologię i równomierny rozwój, autostop wydaje się nie tylko tanim i pełnym przygód środkiem komunikacji, ale też alternatywą dla nieekologicznych kolei czy autobusów. Duch autostopowicza przeżył czasy transformacji i dalej kusi młodych.

Michał autostopem przemierzył pół Europy. – Ostatnio jechałem nim dwa lata temu z Warszawy do Tuczna, gdzie odbywał się Festiwal Misietupodoba organizowany przez poznańskie ASP – opowiada. Daje też wskazówki: – Wyjeżdżając z dużego miasta najlepiej wybrać docelowy kierunek podróży i łapać pierwszego stopa z drogi wylotowej. Nie liczcie na to, że uda wam się znaleźć podwózkę w centrum. Michał jechał w grupie trzyosobowej.

– To maksimum, w jakim można podróżować razem. Po pierwsze, gdy kierowca jedzie przynajmniej z jednym pasażerem, to do auta zmieszczą się maksymalnie trzy osoby. Pamiętajmy też, że większy tłum może wzbudzić nieufność zatrzymujących się – dodaje.

Najciekawszą rzeczą w autostopie są przygody, których można doświadczyć na szosie. – W drodze do Tuczna zabrał nas gdzieś za Toruniem tirowiec. Człowiek prosty, ale bardzo miły. W pewnym momencie zaczął nam opowiadać o swoim życiu i okazało się, że przed laty siedział w więzieniu za zepchnięcie z góry, a pochodził z Bieszczad, osoby na wózku inwalidzkim, co skończyło się dla niepełnosprawnego długą hospitalizacją. Po tej opowieści mieliśmy ochotę czym prędzej wyskoczyć z tira – opowiada Michał. Szczęśliwie kierowca nie miał wobec nich złych zamiarów, a żegnając się, podarował im jeszcze butelkę whiskey, której i tak nie mógł pić ze względu na zawód. Michał swoją wyprawę zmieścił w ciągu jednego dnia, choć nie zawsze kierowcy są tak łaskawi dla autostopowiczów.

Leszek, czterdziestolatek ze stolicy, początek lat 90. spędził na wędrówce z Polski przez Niemcy na południe Francji. Stało się, że z jednej stacji benzynowej nie mógł się wydostać przez dwa dni. – Razem z moim chłopakiem rozbiliśmy namiot na trawie przed stacją, myliśmy się w umywalce i jedliśmy zupki w proszku z automatu. W końcu przygarnęła nas jakaś Niemka. To było jak cud, bo byliśmy już tak zmęczeni i brudni, że nie wyglądaliśmy na dobrych współpasażerów – mówi. Okazało się, że kobieta, która przygarnęła chłopaków, była bardzo zamożną starszą panią zmierzającą właśnie na wakacje do swojej willi w Nicei. Rozmowa kleiła się na tyle dobrze, że Niemka zaproponowała, by para zamieszkała u niej na tydzień. – My robiliśmy jej drobne przysługi, jak mycie okien, a ona dawała nam piękny pokój w apartamencie – tłumaczy mężczyzna.

Przygody na stacji miał też Kuba, który parę lat temu utknął na granicy niemiecko-holenderskiej. Gdy w końcu jakiś samochód raczył się zatrzymać, Kuba wraz z koleżanką żwawo weszli do małego auta osobowego, zajmując właściwie całą wolną powierzchnię. – To było niesamowite. Facet za kierownicą był Holendrem, który zupełnie nie umiał mówić po angielsku, a my po holendersku. Porozumiewaliśmy się więc na migi. Niedługo po tym, jak opowiedział nam o swoim rozwodzie, który jest w toku i pokazał w trakcie jazdy albumy rodzinne, wyjął zawiniątko i spytał: Cocaine?, po czym nie krępując się specjalnie, wciągnął porządną kreskę. Myśleliśmy, że nie dojedziemy już nigdzie, lecz jakimś cudem bezpiecznie odwiózł nas do punktu docelowego. Autostop to mimo wszystko nie tylko dziwne opowieści, którymi można dzielić się ze znajomymi przy piwie. Podczas podróży rodzą się również miłości. Sylwia, która trzy lata temu jechała stopem na OFF Festival, spotkała na szosie chłopaka, który również wybierał się do Mysłowic. Ostatecznie zaczęli podróżować razem, a ta podróż trwa do dzisiaj.

CZY TRZEBA BAĆ SIĘ AUTOSTOPU?

– Nigdy nie bałam się jeździć stopem. Poruszałam się nim mimo wszystko w trochę innych czasach, ale mojemu synowi ciągle zdarza się machać ręką przy szosie i nigdy nie miał dziwnych przygód – deklaruje Anna. Reszta moich rozmówców uważa podobnie – nigdy nic realnie nie zagrażało ich bezpieczeństwu. Autostop był momentami uciążliwy i powodował rozpacz, gdy nikt nie zatrzymywał się kolejną godzinę, lecz każde z nich uważa to za świetną przygodę i doświadczenie.

– W momencie, gdy jesteś pod lasem, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji, pada ci telefon i masz jedną konserwę, jesteś zdany tylko na siebie. To niezły sprawdzian przetrwania i zdolności przystosowania się do środowiska. Nie tego siedzącego na murku pod modną knajpą, ale naturalnego – deklaruje Michał.

Tekst: Patryk Chlewicz

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera