Poczet pisarzy różnych – H.P. Lovecraft

Grafika z H.P.Lovecraftem

Wyrafinowana szarlataneria, a może jednak przebłysk prawdy wypartej przez nowoczesną cywilizację naukową? Jakkolwiek by nie było, pisarstwo H. P. Lovecrafta, potrafi autentycznie przerażać, a strach jest w literaturze nieczęsto spotykanym dobrem.

H.P. Lovecraft – ojciec literackiego strachu

Wraz z rosnącym doświadczeniem lekturowym, każdy czytelnik znajduje białe plamy na mapie swojego gustu. Odkrywa, że literatura – najbujniejsza gałąź sztuki – wciąż nie zaspokoiła wszystkich jego potrzeb. Wymienia utwory, które narzuciły mu pewną wizję miłości, zna powieści o podróżach i schorzeniach, wskazuje dzieła, które podpowiedziały mu wybory religijne oraz kulinarne. Poczesne miejsce w podręcznej biblioteczce poświęcił tytułom, których jedyną wartością jest nastrój, uczuciowa aura, która każe wracać do nich bez względu na ślamazarność akcji czy miałkie portrety postaci. Jednakże wskazanie choć paru pozycji, które wzbudziłyby strach sprawi naszemu bohaterowi kłopotliwą trudność. Okazuje się, że jego erudycja jest nader wątła.

Wertując opracowania dotyczące literatury gotyckiej i rozglądając się po klasykach opowieści grozy łatwo dochodzi do wniosku, że lęk jest jedynie konwencją – odczuwa go wirtualnie, pod wpływem nachalnie jednoznacznych sygnałów. Zamiast napięcia nerwów – sztafaż. A bywa gorzej: zamiast drżenia – uśmiech politowania nad staraniami autorów, próbujących straszyć mrocznymi ostępami posiadaczy Gps-ów, a studentów biochemii przaśnymi monstrami. W końcu zniechęcony czytelnik rezygnuje z poszukiwań i zamyka temat horroru – to widmowy gatunek, którego zwieńczeniem był dziecinny cykl „szkoły przy cmentarzu”, tak naprawdę nic nie napisano w tych ramach. i trwa w złudnym przeświadczeniu aż do szczęśliwego dnia, kiedy błądząc wśród półek biblioteki natrafi na niewielką książeczkę.

H.P. Lovecraft – ,,Zew Cthulhu”

Wolumin jest poklejony i pożółkły, poznaczony stemplami wielu bibliotek, jak gdyby żadna placówka nie chciała zatrzymać go dłużej. Nasz bohater otwiera w losowym miejscu i zastaje słowa: p h’nglui mglw’nafh Cthulhu R’lyeh Wgah’nagl fhtan, podkreślone trzykrotnie. Stwierdza, że spis treści został wyrwany, a pod ostatnimi zdaniami dopisano „Wykonaj symbol Transformacji i Wstąp w Czeluść” i ozdobiono wyrazy odręcznym rysunkiem oka izydy. W swej „nader wątłej” erudycji, posłyszy czytelnik echa „Necronomiconu” – potępionej księgi zła napisanej przez szalonego araba abdul al-Hazreda w 730 roku. Jako młody chłopiec przemierzał pustynię w poszukiwaniu ruin Babilonu, a znalazł inne tajemnicze ruiny ze starożytnymi tekstami. podobnie jak al-Hazred, dziwacznym przypadkiem, nasz mól książkowy również szukał czego innego.

„Necronomicon” jest tylko legendą, nie mógłby znaleźć się w osiedlowej bibliotece, chyba że  byłby to falsyfikat wydany w zeszłym roku przez wydawnictwo XXl (przekład Marka Skierkowskiego, tłumacza „Wielkiego sennika”, „Xięgi przepowiedni” i „Xięgi dowcipów”). Nowa pozycja nie nosiłaby jednak tak wielu stygmatów zaangażowanej lektury. Przerzucając podniszczone stronice, wspominając pogmatwane losy bohatera „Dziewięciu wrót”, czytelnik natrafia na tytuły kolejnych cząstek tekstu: „kolor z przestworzy”, „Muzyka ericha zanna”, „W górach szaleństwa”, „Widmo nad innsmouth”. Byłżeby to zatem „zew Cthulhu” w edycji wydawnictwa śląskiego, z 1983 roku? Znalezisko i tak nie ma okładek, ale gdyby je miało, to niechby pochodziły od starego egzemplarza, a nie nowych wydań, ohydnie zeszpeconych barwnymi ilustracjami, prezentującymi się jak kalumnie na baśnie braci Grimm.

Szczerze mówiąc nasz bohater chce odłożyć książkę na miejsce; przypomina sobie, że „zew” to pozycja hołubiona przez nawiedzonych metali, wyśmiewana w towarzystwie. Po kryjomu wypożycza jednak zbiór opowiadań Howarda Philipsa Lovecrafta. Zanosi do domu i czyta je jednym tchem, chłonąc grozę, z której długo nie potrafi się otrząsnąć. Co innego bowiem czytać o wampirach, UfO lub masońskich spiskach, co innego zaś zagłębić się w historię, która łączy jarmarczny okultyzm z zimnymi głębiami kosmosu. Co, jeśli zło – bezmyślne lub korzystające z kategorii przekraczających zdolności ułomnego rozumu – faktycznie czai się na progu pod potworną postacią szepczących w ciemności bogów, których nie dotknęła degradacja, lecz sytość fanatycznych odruchów ich wyznawców? Co chwila unosi głowę znad książki i nasłuchuje w sąsiednich pokojach oddechu rodziców, rodzeństwa, współlokatorów. Czy żyją jeszcze? Czy nie został sam na świecie? Lovecraft oddaje cześć złowrogiemu Cthulhu, oferując czytelnikowi całe spektrum doznań: od wzniosłego przestrachu zeznań szalonego araba, po plugawe powiastki utrzymane w poetyce plotki, jak w „przerażającym staruchu”. Wychudzony, blady rasista z podupadłego miasteczka nigdy nie wychodził z domu, żyjąc jedynie z matką i prowadząc ożywioną korespondencję ze swoimi uczniami i fanami na całym świecie. Odprysk jego udręczonej wyobraźni trafia w ręce naszego bohatera, którego erudycja wzrasta o znajomość literackiego lęku. Jego umysł odwraca się od tandety, odziedziczonej po babci talii tarota i dryfuje w stronę autentycznej wiary. Czytelnik łapie się na zabobonnych myślach, dostrzega, że zląkł go cień i że żarówki gasną zbyt chętnie, za szybko, jak gdyby o świetle nie decydował jedynie uległy pstryczek, lecz i tajna, zacieśniająca się wokół siła. Nasz bohater odczuwa strach.

Tekst | Filip Szałasek

 

Zobacz też: Poczet pisarzy różnych: Margaret Atwood

Poczet pisarzy różnych: Margaret Atwood

Komentarze
Rate this post