Plantwave w fazie wzrostu

O organicznych formach jest bardzo głośno nie tylko w kontekście popularnego, minimalistycznego ekodesignu, który przez lata rozprzestrzenił się na wszystkie geo­metryczne, szarozielone struktury projektowe. Natura zaczęła porastać internet, oplatać logotypy i wdzierać się w obrazkową blogosferę Tumblra. Gdzieś między mijającym vaporwavem, ewoluującym na wszystkie strony seapun­kiem i ciągle żywą modą na „zdrowych gotów”, wyrosły vhs-owe lasy i renderowane łąki.

Świeże, wiosenne listki są być może świetnym pretekstem do zwró­cenia uwagi na to, co w cybertrawie piszczy. O ile tradycje klasycz­nego designu adaptują fotosyntezę od lat 60. ubiegłego stulecia, o tyle zero-jedynkowa alternatywa w tej dziedzinie zwróciła się ku naturze całkiem niedawno. I po swojemu.

Zaczęło się oczywiście wiele lat temu (na dowód tego, jak niewielu total­nych rewolucji doświadczamy współcześnie) od znanego w historii sztu­ki land artu. Któż nie kojarzy monumentalnych ingerencji w krajobraz w postaci wielkich spiralnych nasypów ziemnych autorstwa Roberta Smithsona; bardziej kameralnych, organicznych układów Richarda Longa, który wprowadził „żywą skałę” do galerii, oraz roślinnych rzeźb Andy’ego Goldsworthy’ego. Dodajmy do tego jeszcze wcześniejsze dokonania Franka Lloyda Wrighta w dziedzinie proekologicznej architektury nowoczesnej, by mieć pewność, że mówiąc o mocnych (nomen omen) korzeniach flirtu designu i natury, nie czynimy bezpodstawnych założeń.

Dzisiejszy klasyczny ekodesign nie odbiega szczególnie od tych wzorców. Jesteśmy od wielu lat w fazie skandynawskiego minimalizmu otwartego na krajobrazy i drzewa w szklanym patio. Szczytem dobrego gustu jest po­łączenie natury ze szkłem i metalem, czasem wtopienie geometrii w leśną przestrzeń. Tego rodzaju design doczekał się nawet (słusznego notabene) zarzutu o snobizm. Jest to bowiem zabawa dla bogaczy. Powstała nawet ekskluzywna i sterylna alternatywa dla przyczep campingowych, tzw. glamping (czyli camping w wersji glamourous), który polega na zastępowa­niu przaśnych camperów półprzezroczystymi, geometrycznymi domkami. Wszystko w ramach ekożycia na bogato. W rzeczywistości (i paradoksal­nie) mamy do czynienia nie tyle ze zwrotem ku naturze, co z tendencyjną ingerencją w naturalny porządek rzeczy oraz typowym wykorzystywa­niem przyrody w celu zaspokojenia fetyszu minimalisty.

10428442_1056328954384449_4238355729922164521_n

Pewną zaskakującą szlachetnością i nieskrywaną opozycyjną ideowością w tej dziedzinie odznacza się działalność polskich „dostawców” ekologicz­nego wzornictwa, designu i architektury – mchów porostów. Pokazując wyjątkowe oblicze organicznej sztuki, udaje im się promować polskie dzia­łania artystyczne (m.in. sztukę użytkową i fotografię) z tego zakresu tema­tycznego. Ich pieczołowicie wyselekcjonowanej, surowej estetyce trudno odmówić wielominutowego scrollowania. Całość przypomina organiczny zwrot w stronę fotografii konceptualnej, gdzie rolę jawnej obsesji pełnią tytułowe mchy i porosty. Surową studyjną fotografię obiektów stworzo­nych przez naturę łączą z zimnymi plenerami w nordyckim wydaniu. Mchy porosty dbają też o świeżą porcję nowinek z zakresu roślinnego designu, osiągając wielotorowy, bardzo profesjonalny i zaangażowany ton, w któ­rym „ekosnobizm” traci na znaczeniu.

Gdy wspominamy o polskim ekodesignie, trudno pominąć Wisłaki, Ekologiczna marka odzieżowa Dominiki Naziębły i Łukasza Gosławskiego zawęża się estetycznie do skali odcieni szarości, nie tracąc przy tym zie­lonej specyfiki. Wisłaki dbają o lokalny ekosystem; ich ubrania zdobią nadruki nadwiślańskich gatunków zwierząt, a produkcja odzieży staje się pretekstem do promowania szlachetnych idei. Hasło „find yourself in wild city” sugeruje mocno miejską specyfikę i miejskiego odbiorcę – na przekór przekonaniu, że życie w zgodzie z naturą musi toczyć się z dala od miasta.

A co, jeśli odejdziemy od zimnych i surowych form dość klasycznej specyfiki tradycyjnego designu i zajrzymy w cyberprzestrzeń? Okaże się, że i ją po­rosły lasy. Tutaj, jak w przypadku każdego „wave’u”, znajdziemy konotacje muzyczne. Dźwiękowy grunt dla Plantwave to połączenie ekologicznych idiosynkrazji Björk z kapitalistycznym duchem logotypów. Renderowany krajobraz, będący teledyskiem do piosenki Jóga z płyty Homogenic (1997) i echa takich obrazków (muzycznych i wizualnych) jak Wanderlust (Volt, 2007) czy najnowsze, jawnie cyfrowe wizualizacje od wydawnictwa Vulnicura (2015), są doskonałą podstawą do mówienia o rozwoju zjawiska. Plantwave w swojej specyfice czerpie poniekąd z tego rodzaju odniesień, z drugiej strony sięga do trashowej estetyki wideofilmowania rodem z wczesnych filmów Harmony Korine’a (co widać, między innymi, w klipie Spooky Blacka do piosenki o wymownym tytule Forest Sounds). Znajdziemy tam wszystko, co fanów Plantwave powinno zachwycić – trashowy ekspe­ryment formalny, przetworzone cyfrowo formy roślinne i niezależną pro­dukcję muzyczną zahaczającą o cloud rap. Przykładem muzyki Plantwave sensu stricto jest np. Kokayna i utwór #PLANTWAVE wyprodukowany przez SPLASH CLUB 7. Rozpoczyna się on wymownym zdaniem: „I’m the #plan­twave #Queen, ‘cos I love the #green”.

Nurt, bez większego zgrzytu, można nazwać leśnym healthgothem albo roślinnym seapunkiem. Cała jego siła bazuje na cudownym dysonansie i pozornym kontraście estetyki deszczowych lasów równikowych z mało subtelnymi renderowanymi formami. Swoim zasięgiem obejmuje także kwiatki doniczkowe umieszczone w plastikowej, minimalistycznej prze­strzeni, zdjęcia mody (najczęściej sportowej, o konotacjach healthgoth) z elementami roślinnymi i nieodzowny vaporwave’owy layout windowsa ’98 w połączeniu z naturą ustawioną na tapecie.

Konkluzja jest więc jasna – jeśli tak jak Kokayna kochasz internet i przyro­dę, masz las w sercu i na pulpicie oraz odczuwasz silne emocje w ramach vaporwave’owej melancholii – spędź tę wiosnę w sieci razem z Plantwavem.

tekst | Pat Dudek

ilustracja |Acapulco Studio – Agata Dudek i Gosia Nowak

zdjęcie | Marta Zgierska, Michał Matejko / Mchy Porosty

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera