Piotr Stramowski: Najadłem się już twardzielstwem

mężczyzna z zarostem

Kiedy plotkarskie media głowią się, czy zasługuje na miano „nowego ciacha polskiej telewizji”, on wciela się w policyjnego zakapiora na planie „Pitbulla” lub wkracza na obszar kinowego offu. Piotr Stramowski zdążył już udowodnić, że jest aktorem, który nie boi się rozmaitych wyzwań. Raz bierze udział w nowej wybuchowej produkcji Patryka Vegi, a kiedy indziej występuje w intrygującym obrazie Konrada Aksinowicza pt. W spirali.

Mówisz, że z każdą kolejną rolą pozwalasz sobie na kontrolowany rozpad świadomości. Jak to rozumieć?

Nowy projekt oznacza zawsze odnalezienie się w nowej sytuacji. Aby stworzyć inną osobowość, trzeba własną rozłożyć na czynniki pierwsze, po czym złożyć ponownie w określonych okolicznościach. Cały ten proces odbywa się pod kontrolą, jest to więc swoista zabawa emocjami. Przynajmniej ja się tym bawię (śmiech).

Czy rola w filmie W spirali wymagała dużo takiej zabawy?

Ta rola uświadomiła mi właśnie, jak ważny jest aspekt kontroli, ponieważ podszedłem do niej intuicyjnie. Przeczytałem scenariusz i odebrałem swoją postać bardzo empatycznie. Uznałem, że czuję jej problemy. To było w zasadzie przeciwieństwo pracy przy Pitbullu, gdy wcielałem się w bohatera wymagającego stworzenia określonej osobowości, a przez to zupełnie innego podejścia. Na planie W spirali było inaczej. Grałem niejako automatycznie, wiele rzeczy wydarzyło się zupełnie naturalnie. Postać Krzysztofa jest jednak dość nieświadoma, więc takie nastawienie w pełni jej odpowiadało. Swoją drogą chyba po raz pierwszy tak bardzo wyjawiam kulisy swojej pracy (śmiech).

Nieobce jest Ci kino akcji w stylu Pitbulla, serial telewizyjny, a teraz także film autorski, jakim jest W spirali. Czy tak odmienne produkcje wymagają innego nastawienia mentalnego?

Moim zdaniem nie. Do każdego projektu staram się podchodzić z taką samą rzetelnością i szczerością wobec siebie, nieważne czy jest to film offowy, wielka produkcja czy serial. Ostatnio miałem zresztą możliwość uczestniczyć w realizacji trzech takich produkcji jednocześnie, bo gram także w nowym serialu dla TVN oraz w kolejnej odsłonie Pitbulla. Wszystko traktuję jednakowo poważnie, bo liczy się przede wszystkim profesjonalizm. Usiłuję zatem zrozumieć swojego bohatera i sytuację, w jakiej się on znajduje. Jedyna różnica to co najwyżej fakt, że na planie serialu często ma się dużo więcej obowiązków i nieraz trzeba się wcielić w scenografa albo kostiumografa, co oczywiście nie powinno leżeć w kompetencjach aktora.

Stwierdziłeś, że udział w Pitbullu pozwolił Ci zmężnieć. Rola Majamiego była katalizatorem jakichś zmian czy zbiegła się w czasie z przełomem w Twoim życiu?

Jedno i drugie. Być może potrzebowałem zetknąć się ze światem policji przedstawionym w filmie – światem bardzo męskim i brutalnym. Poznałem facetów z krwi i kości, doświadczyłem jak wygląda ich życie i naturalną koleją rzeczy trochę nim przesiąkłem. Pamiętam nawet, że po zakończeniu zdjęć miałem już dosyć tej siłowni i napinki. Dalsze bycie twardzielem było ponad moje siły. Do tego stopnia, że kiedy ktoś wepchnął się przede mnie w sklepowej kolejce i na moją uwagę odparł: „gówno mnie to obchodzi”, to odpuściłem. Nie miałem już ochoty na żadną próbę sił. Dzięki Pitbullowi dostałem, czego chciałem – spełniłem dziecięce marzenie z czasów, gdy biegało się po podwórku z zabawkowym pistoletem w garści. Kolejny punkt odhaczony, czuję się najedzony… Póki co nie potrzebuję więcej.

Wracając do W spirali… W filmie wystąpiłeś obok Katarzyny Warnke, która stała się Twoją partnerką życiową. Podobno nawet ekipa nie wiedziała o łączącej Was relacji?

Tak, to prawda. Zastanawialiśmy się nawet czy to dobrze, że pierwsze wspólne chwile przeżywamy podczas realizacji filmu i to jeszcze takiego, w którym odgrywamy parę rozstającą się po czterech latach małżeństwa. Wiadomo było, że będziemy skazani na silne negatywne emocje, zwłaszcza że zdjęcia należały do bardzo intensywnych i całe dni spędzaliśmy na planie. Nie chcieliśmy też, aby ekipa dowiedziała się o czymkolwiek, dlatego życie prywatne zeszło na dalszy plan. Obyło się bez przytulanek czy puszczania porozumiewawczych oczek pomiędzy dublami. Dopiero po ukończeniu zdjęć znalazł się czas na bycie razem.

Wasz związek się rozwijał, a przed kamerą odtwarzaliście kryzys. To musiało być męczące.

Było bardzo męczące! Z jednej strony filmowy kryzys, pretensje, zdrady, a z drugiej nasze najpiękniejsze chwile. Teraz można się z tego śmiać, więc żartujemy, że zaczęliśmy związek od końca. Faktem jest, że trzeba było przeżyć więcej emocji pozorowanych niż tych prawdziwych. Zamiast iść na romantyczne spotkanie, musiałem siedzieć w samochodzie, udając, że nie chcę dłużej być z kobietą, która siedzi obok. Na pierwszą randkę poszliśmy tak naprawdę dopiero po miesiącu, już po powrocie do Warszawy. Wtedy też uświadomiliśmy sobie, jak pokręcony jest ten zawód (śmiech). Tym bardziej, że zaangażowaliśmy się w film tak mocno, że powrót do normalności i poznanie się „na nowo” okazały się dość trudne.

Czy wytrzymałbyś z kimś takim jak Tamir, nader uciążliwy współtowarzysz pary głównych bohaterów filmu W spirali?

Z Tamirem było o tyle ciekawie, że on po prostu grał siebie. To bardzo charyzmatyczny i ciekawy człowiek, chociaż faktycznie bywa męczący. Prywatnie bardzo go jednak lubię. Czy zabrałbym go ze sobą w podróż? Tak, ale na specjalnych warunkach (śmiech). Na pewno nie tak, jak to wygląda w filmie, gdzie dosłownie siedział nam na głowie cały czas, co chyba dla nikogo nie byłoby przyjemne.

Tamir obiecuje, że uratuje związek bohaterów i można pomyśleć, że tak się dzieje. Jego ofiara nie idzie na marne?

Sam się nad tym zastanawiam, ponieważ zakończenie filmu jest bardzo otwarte. ostawiliśmy widzowi dość swobody, aby zinterpretował je samodzielnie. Wcześniej miał okazję przyjrzeć się toksycznej relacji. W obliczu śmierci następuje pozorna zgoda, miłość zdaje się rozwijać na nowo, niby mamy porozumienie… ale też wielką niewiadomą. Najważniejsze w tym wszystkim są wnioski, jakie wyciągnie widz. Mam poczucie, że W spirali obnaża bardzo wiele ludzkich zachowań w toksycznych relacjach. Czasem nie mamy nawet świadomości, że tkwimy w podobnie fatalnym związku albo tylko słyszymy o takowym. Film pokazuje go tymczasem jak na dłoni. Rozmawiałem z różnymi ludźmi, którzy zdążyli go obejrzeć i każdy z nich znajdował w nim coś innego, bliskiego własnym doświadczeniom. W tym też dostrzegam pewną magię tego filmu. W spirali dotyka nieuświadomionych rejonów, uruchamia głębsze emocje.

Jest w filmie scena, którą można odebrać jako bardzo kąśliwy obraz środowiska aktorskiego. Na ile jest on prawdziwy?

Chodzi rzecz jasna o scenę imprezy? Może trochę wydawać się ona przerysowana, ale byłem świadkiem podobnych sytuacji. Rozgrywają się one w hermetycznym świecie, zazwyczaj wśród ludzi kończących szkołę aktorską. Antek Królikowski mówi w tej scenie do mojego bohatera: „Stary, załatw mi coś w swoim filmie”. Krzysiek pyta, jak ma to zrobić, na co słyszy: „Przecież twoja żona jest producentką”. Tak bywa w środowisku, gdzie panuje zazdrość wobec tych, którzy już coś mają. Z drugiej strony nie ma chęci pomocy, bo panuje rywalizacja i egoizm. Krzysiek jest niedojrzałym chłopakiem. Nie ma kręgosłupa moralnego. W zasadzie nie wie, czego tak naprawdę chce. Mimo to uważa się za najlepszego i wierzy, że złapał boga za nogi. Jest w tym świecie coś brzydkiego, coś, co bardzo mi się nie podoba.

Na koniec chciałem podpytać, na jakim etapie znajduje się realizacja nowego Pitbulla?

Mamy ukończone ponad połowę zdjęć. Wszystko idzie bardzo dobrze – rozmawiałem z reżyserem, jest zadowolony. Film nosi tytuł Pitbull – niebezpieczne kobiety i jest moim zdaniem lepszy niż Nowe porządki. Bardzo podoba mi się scenariusz, poruszający temat kobiety w policji. Ostatnie zdjęcia powinniśmy skończyć jeszcze w czerwcu.

rozmawiał | Sebastian Rerak

zdjęcia | Alter Ego Pictures

 

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera