Czy posiadanie pasji stało się wymogiem i koniecznością?

Grupa ludzi ubranych na kolorowo jadących samochodem przez sawannę

Przeciętne cele w życiu wylądowały właśnie na liście powodów do wstydu. Doklejamy sobie sztuczne rzęsy, podnosimy biust i wypełniamy pośladki. Zwyczajnie stało się synonimem za mało.

Ludzie od zawsze dzielili się na trzy kategorie: tych, którzy robią tylko to, co trzeba; tych, którzy właściwie nie wiedzą, co robią i takich, którzy robią to, co chcą. Ta ostatnia grupa od kilku lat znajduje się na celowniku telewizji śniadaniowych i ich domorosłych ekspertów od fajnego życia. Zapraszani do programów porannych mają rozjaśnić swoim blaskiem nasze smutne, szare dni i przekonać, że jeśli nie znaleźliśmy czegoś, co funduje nam „efekt wow”, to wyłącznie dlatego, że słabo się rozglądamy. Ofert, które chcą nam pomóc „odnaleźć siebie w sobie” jest tak wiele, że współczesnym grzechem ciężkim jest ich zlekceważenie. Słowo klucz? Pasja.

Kreatywność bez fajerwerków

Wpisując to hasło w wyszukiwarkę, trafia się na strony, gdzie swoimi zbiorami chwalą się wszelkiej maści kolekcjonerzy naparstków, kart te­lefonicznych, metek odzieżowych czy kapsli. W dobie fejsa, instagrama i snapchata o dziwo całkiem dobrze trzymają się też filateliści i miłośni­cy pocztówek. Po drugiej stronie podstawowo kreatywnych znajdują się oczywiście współcześni ekolodzy i ludzie poszukujący równowagi, a więc mieszczuchy, które wyjechały na wieś i robią drewniane deski do krojenia, haftują, wyszywają, hodują pszczoły, cokolwiek. Na pierwszy rzut oka i parę pierwszych kliknięć w Google ma się wrażenie przeglądania galerii ludzi pozytywnie zakręconych z Teleexspressu.

Blondynka w żółtej bluzce z gitarą przed mikrofonem

W poszukiwaniu

Hobbyści i domorośli rzemieślnicy to jednak inna kategoria zapaleńców. Są przecież jeszcze ci, którzy nie mają hobby czy zainteresowań – mają pasję. Słowo to odmieniane przez wszystkie przypadki uległo przynaj­mniej częściowej dewaluacji. Siłę znaczeniową pojęcia bez trudu porów­nać można do świeżości takich terminów jak indywidualizm, samorozwój i inwestowanie w siebie. Nie można nawet powiedzieć, że to slogany re­klamowe. Te ostatnie mają to do siebie, że są bardzo dobre albo bardzo złe, ale zwracają uwagę. W tym przypadku mamy do czynienia ze sformu­łowaniem niemal kompletnie przezroczystym. Dyktat posiadania pasji popularnością dorównuje dziś modzie na bycie eko i fit. Moda sama w so­bie może i nie jest taka zła. Jednak wszystko, co zostaje wciśnięte w pod­ręczny pakiet siłą rzeczy musi być podręczne, czyli mini. Stwierdzenie „mniej znaczy więcej” dotyczy przecież tylko paru sfer życia i to raczej nie tych najważniejszych.

Non-profit nie istnieje

Największy problem z pasją polega generalnie na tym, że poza paroma wyjątkami, zanika społeczne przyzwolenie na robienie czegokolwiek z czystej frajdy. Śpiewasz, tańczysz, recytujesz? Świetnie, kto i ile ci za to płaci? Każda aktywność, nawet ta teoretycznie sprywatyzowana, ma w przyszłości (i to raczej bliższej niż dalszej) przynieść zysk finansowy. Prywatne staje się już nie tylko publiczne, jak mawiały przedwojenne fe­ministki, ale przede wszystkim z każdej strony obklejone jest banknotami i kartami kredytowymi. Kim Kardashian, której podstawową pasją jest ona sama, wydaje książkę ze swoimi selfie. I nie ma w tym ani krzty fałszu, wręcz przeciwnie, ̶to właśnie paradoksalna prawdziwość tego rodzaju po­sunięć jest tak bardzo przerażająca. Jednak każdy kij ma dwa końce. Stąd też dwie klasycznie przeciwstawne opcje. Z jednej strony mamy ludzi po­zbawionych większych talentów gotowych myśleć, że jeśli nazwą to, co ro­bią pasją, nikt się nie zorientuje, że niczego nie potrafią. Na przeciwległym biegunie są zakładnicy ciśnienia, którego nie da się zmierzyć w hPa, czyli wszyscy ci, którzy starają się zachować resztki godności i nie próbują na siłę spieniężać tego, czego spieniężyć się nie da. Slalom pomiędzy tym, co opłacalne i tym, co przyjemne (choć nie zawsze pożyteczne) przypomina zachowanie równowagi w sytuacji, gdy ma się trwale uszkodzony błędnik.

Wszystko naraz

Zygmunt Bauman, jeden z najlepiej przyswojonych przez popkulturę filozo­fów, już jakiś czas temu zauważył, że rządzi nami krótkotrwałość. A obiek­tywną stałość rzeczywistości zastąpiła regularność nowych początków. Zamiast oddawać się czemuś w sposób przemyślany i głęboki, skaczemy po opcjach, jakie przynosi rzeczywistość. Pasja podlega prawom rynku, a tym kieruje myślenie konsumenckie. Ma być szybko, kolorowo, zaskakująco i w najlepszej cenie. W praktyce oznacza to ni mniej ni więcej tyle, że jeżeli coś nie przynosi spodziewanych profitów, naturalnie sięga się po coś z więk­szym prawdopodobieństwem wygranej. Każdy ma chyba przynajmniej jednego znajomego, który w ciągu pół roku próbował tańca, kursu tatuażu, robił zdjęcia, a na końcu postanowił wrócić do korzeni i został prawie zawo­dowym coolhunterem. Słomiany zapał także w kwestii pasji to efekt nie tyle intensywnych poszukiwań własnej drogi, co skutek nieumiejętności skupie­nia się na czymś dłużej niż czas potrzebny na ogarnięcie aktualności na fejsie.

Blondynka w brązowej bluzce gra na gitarze

Target niesprofilowany

Od wczesnego dzieciństwa trwamy w konflikcie pomiędzy tym, co myślą o nas inni, kim faktycznie jesteśmy i co o sobie myślimy. Na liście najtrud­niejszych życiowych rozkmin jest to absolutny top of the top. Konfrontowanie się z oceną ludzi zawsze wywołuje stres. Pasja dodaje animuszu i o ile nie jest kwiatkiem do kożucha, może być bardzo ciekawym dodatkiem do na­szej stale wystawianej na ogląd publiczny osobowości. Staje się też istotną kartą przetargową przy najróżniejszych życiowych okazjach. W rubryce „zainteresowania” w CV wpisujesz film, muzyka, literatura współczesna i dzi­wisz się, że nie dzwonią? Jeżeli umieścisz tam medytację, czalgę i tajskie kino możesz mieć pewność, że zaproszą cię na rozmowę rekrutacyjną choćby po to, żeby sprawdzić, gdzie znajduje się twój kosmos. Posiadanie pasji zdaje się przydawać nie tyle osobiście nam, co nam w zderzeniu z innymi ludź­mi. I choć kwitowanie całej sytuacji mianem wyrachowanej kalkulacji, to stwierdzenie trochę na wyrost, nie należy zapominać, że sami siebie tworzy­my w mniej więcej pięćdziesięciu procentach. Reszta to tzw. cudze oczy i siła wyobrażeń jak śpiewał Artur Rojek, a trochę przed nim pisał Lacan.

Na pytanie, czy pasja daje nam w ogóle jakikolwiek czysty zysk odpowiedzi należy szukać u źródeł. Wyrwanie jej z kontekstu, w którym zaczęła funkcjo­nować, pozwala dostrzec, że może być zaworem bezpieczeństwa i źródłem pozytywnego kopa. Pasja potrafi niemal za pół darmo zafundować nam podziw. I nie chodzi o ten sztuczny, który wyraża się w liczbie lajków pod ko­lejnym przerabianym selfie, tylko namacalny i prawdziwy, wynikający z sa­tysfakcji. Lubienie siebie i robienie tego, co się autentycznie lubi podwyższa jakość życia. Znacznie bardziej niż nowa kiecka czy udana randka.

tekst | Dominika Charytoniuk

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera