Pan o smutnym spojrzeniu. Tetsuya Nakashima

Kto zaadaptował książkę o lolitce-wielbicielce rokoko? Nakashima. Kto wyczarował bajkową opowieść o kobiecie targanej przez życie? Nakashima. I wreszcie kto zdobył nominację do Oscara za mroczny dramat o nauczycielce mszczącej się na uczniach za śmierć córeczki? I w tym przypadku odpowiedź brzmi – Nakashima. Ale choć wydaje się, że jego filmy więcej dzieli niż łączy, na horyzoncie pojawia się punkt wspólny – każda z historii jest smutną refleksją o ludziach przegranych

Mimo że nakręcił zaledwie kilka obrazów, zdążył zdobyć nagrody Japońskiej Akademii Filmowej w najważniejszych kategoriach oraz zapracować sobie na porównania do Stanleya Kubricka w japońskich mediach i etykietkę geniusza azjatyckiego kina. Pozytywnej reputacji nie zdołały zniszczyć wpadki repertuarowe i kontrowersje wokół niektórych sygnowanych jego nazwiskiem projektów.

Nie ma wątpliwości, że kontrowersje, jak również mieszane uczucia i skrajności to drugie imię reżysera. Ale jak zwykło się mawiać: najważniejsze to nie pozostawać obojętnym publiczności. I faktycznie, twórczość Nakashimy albo łyka się bez większych zastrzeżeń, albo zwraca po dziesięciu minutach od rozpoczęcia seansu. Który współczesny artysta może się pochwalić tym, że wzbudza podobnie intensywne emocje? Za sprawą Festiwalu Pięciu Smaków szalony Nakashima wreszcie przybywa także do Polski. W czasie siódmej edycji wydarzenia zostanie zaprezentowana retrospektywa jego twórczości. Wielbiciele japońskiego kina wiedzą, że czeka ich kinematograficzna rozpusta; reszta powinna przygotować się na mocne uderzenie.

Na debiut kinowy Nakashima wybrał skromną historię o nastolatku i jego dysfunkcyjnej rodzinie. „Happy-go-lucky” z 1997 roku nie zrobiło furory, ale trafiło na zagraniczne festiwale, w tym do Toronto. To nieskomplikowana, uniwersalna w przesłaniu opowieść o tym, że nie można się poddawać, nawet jeśli wyznaczone zadanie wydaje się błahe i nieważne. Film nie trafił do dystrybucji kinowej na rynkach zachodnich. Inaczej niż kolejny projekt reżysera, „Kamikadze girls”, pierwszy międzynarodowy hit Nakashimy, po którym został zauważony jako obiecujący reżyser. To ekranizacja książki Novaly Takamoto, od pierwszej minuty zwalająca z nóg kumulacją opalizujących kolorów, kombinacją rozpasanych stylów i ekstrawagancją realizacyjną. Na ekranie oglądamy historię dwóch dziewcząt odstających od swoich przeciętnych rówieśniczek. Momoko wolałaby bowiem urodzić się w osiemnastowiecznej Francji, aby bez wytykania palcami ubierać się w stylu rokoko, rozkoszując się falbankami, wyszywkami, mnóstwem ozdób i ornamentowanymi parasolkami. Wiedzie życie samotniczki na japońskiej prowincji, od czasu do czasu robiąc wypad do tokijskich sklepów, żeby uzupełnić braki w garderobie, i słuchając Straussa. Nie prosząc o to i do końca nie zdając sobie z tego sprawy, nawiązuje przyjaźń z inną dziwaczką. Ichigo jest Yanki, żyjącą na granicy z prawem członkinią babskiego gangu motocyklowego, która jeździ na różowym skuterze, pluje i lubi się bić.

Nakashima przerysowuje zachowania i wygląd bohaterów, wykorzystuje retrospekcje, futurospekcje, sekwencje animowane, skróty i streszczenia, aby opowiedzieć o trudnej przyjaźni, w sumie smutnej i przygnębiającej, bo między jednostkami zagubionymi i nieprzystosowanymi. I Momoko, i Ichigo uciekają w określone pasje i style, żeby zaznaczyć swój indywidualizm, ale tak naprawdę mają uniwersalne pragnienia, przypisywane większości. Potrzebują wsparcia innych, jakkolwiek zapalczywie by zaprzeczały. I mimo przyjaźni, która je połą-czy, zawsze będą w pewien sposób same, bo niezrozumiałe przez otoczenie.

W podobne rejony Nakashima zapuszcza się w „Memories of Matsuko”, wielkim przeboju japońskich kin. To barwna, wypełniona po brzegi olśniewającymi sekwencjami ekranizacja powieści Muneki Yamady. Film stanowi podkręcony elementami musicalowymi życiorys głównej bohaterki, z którym zapoznaje się jej bratanek, młody i zagubiony chłopak. Losy Matsuko przypominają jazdę na kolorystycznym rollercoasterze, obraz z kalejdoskopu i życiową ruletkę. Naka-shima tradycyjnie doprawia niesamowite ujęcia i wizualne fajerwerki dojmują-cym uczuciem smutku i utraconej szansy, poruszając w ten sposób najbardziej wrażliwe struny rozczarowania życiem. To także dlatego „Memories of Matsuko” dociera do publiczności wywodzącej się z różnych kultur i tła społecznego – bo operuje uniwersalnymi uczuciami i emocjami. Wizji dopełnia wcielająca się w główną rolę Miki Nakatani, nagrodzona za swój występ prestiżową nagrodą Japońskiej Akademii Filmowej.

Chociaż „Memories of Matsuko” było wielkim przebojem w Azji, to świat zwrócił na Nakashimę uwagę dopiero przy okazji „Confessions”. Film zapewnił Japonii nominację do Oscara zaledwie dwa lata po zwycięskich „Pożegnaniach”. Pomimo faktu, że filmy Nakashimy nie sprzyjają sympatiom akademii lgnącej do pozytywnych przesłań, nadziei i przezwyciężania trudności, o „Confessions” było bardzo głośno, a krytycy w większości obsypywali reżysera pochwałami. Faktycznie, najsłynniejsze dzieło Nakashimy pozostawia po sobie niezatarte wrażenie. Gdy tylko wciągnie w objęcia zimnych obrazów, nie wypuści do wstrząsającego finału, chociaż chciałoby się uciec od rozpaczy i okrucieństwa, o których sugestywnie opowiada reżyser.

Nauczycielka Moriguchi traci w wypadku czteroletnią córeczkę. Ale czy tragedia na pewno była wypadkiem? Kobieta wini dwóch uczniów z klasy, której jest wychowawczynią, dlatego w dniu rozpoczęcia przerwy wiosennej zabiera się za wywarcie swojego odwetu. Jednak trzeba pamiętać, że „Confessions” to nie tradycyjne kino zemsty pokroju koreańskich twórców, Kim Ji-woona i Park Chan-wooka. U Nakashimy mniej jest czynów, dominują tytułowe wyznania, jeszcze intensywniej zaplątując bohaterów i publiczność w lepką sieć emocjonalnych rozterek, psychologicznych brudów i milczącego okrucieństwa. Co więcej, reżyser wybiera klimat psychologicznego thrillera do zastanowienia się nad relacjami rodzice-dziecko i wpływu, jaki dzieciństwo wywiera na kształtowanie się osobowości i systemu wartości. Nie poprzestaje jednak na zdiagnozowaniu samotności i odrzucenia jako źródła agresji w późniejszym życiu. Zauważa, że człowiek jest gotowy posunąć się daleko, jeśli tylko czuje się usprawiedliwiony słusznością swojej sprawy.

Chociaż Nakashima zdążył już zaskoczyć widzów każdym możliwym ekranowym dziwactwem i konwencją, wydaje się, że największe dzieła jeszcze przed nim. Praca nad unikalnym stylem, na który składają się wizualne bogactwo i kontrasty obrazów w dynamicznym montażu, w połączeniu z melancholijnymi puentami i refleksją nad człowiekiem i jego relacjami z innymi, wraz z kolejnymi projektami z pewnością przyniesie jeszcze ambitniejsze pomysły. Mówimy w końcu o człowieku, który przebył drogę od „Kamikadze girls” do „Confessions”, od ostentacyjnej fantazji do ponurego spojrzenia w głąb ludzkiej duszy.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera