Orange Warsaw Festival 2014

Pierwszy dzień nie był wolny od przykrych niespodzianek. Telebim stojący przy Warsaw Stage przewrócił się za sprawą wiatru. Całe szczęście nie ucierpiał nikt poza trzema odwołanymi koncertami: The Preety Reckles, Jamal i SKA-P.

Na Orange Stage również nie obyło się bez problemów. Dużą niedogodnością było złe nagłośnienie, przez które koncerty traciły na atrakcyjności. Echo muzyki i wokalu odbijało się nieznośnie po całym obiekcie. Nie od dziś wiadomo, że stadionu skonstruowanego tak, jak nasz Narodowy nie da się dobrze nagłośnić. Organizatorzy Orange z pełną świadomością wzięli więc na swoje barki zadanie praktycznie nie do wykonania.

Poniżej relacja z kilku koncertów, które szczególnie zapadły nam w pamięć.

Dzień 1

Lily Allen: Brytyjka zaczarowała całą publiczność wykonując największe hity oraz utwory z nowej płyty Sheezus. Zjawiskowa, lekko zadziorna i niesamowicie wyluzowana, taka właśnie była na scenie. Dodatkowo, fantastyczne wrażenie robiła urocza scenografia w postaci wielkich świecących butelek dla niemowląt, oraz ciekawe wizualizacja wyświetlane z tyłu na telebimie. Artystka zaskoczyła również zmienionymi, bardziej elektronicznymi interpretacjami niektórych utworów.

Pixies: Na ten koncert z niecierpliwością czekało wiele fanów. Kultowy już zespół wystąpił po raz pierwszy w Polsce. Promował niedawno wydany album „Indie Cindy”, nie zapominając jednak o swoich największych przebojach jak „Where is My Mind?” .

Snoop Dogg aka Snoop Lion: Jego nowe zamiłowanie do reggae, które miesza z charakterystycznym dla niego rapem nie zniechęciło wiernych fanów muzyka. Wręcz przeciwnie. Artysta z dowcipem porwał do zabawy całą publiczność.

Kings of Leon: Bez wątpienia to do nich należał pierwszy dzień festiwalu. Zespół pokazał dużą klasę udowadniając, że nie bez powodu znaleźli się wśród headlinerów tegorocznej odsłony festiwalu. Zarówno ze strony wizualnej (animacje na ekranach) jak i muzycznie wszystko było zgrane, a przy największych hitach, takich jak „Sex on Fire”, nikt nie mógł ustać w miejscu.

Martin Garrix: Znany głównie z elektronicznego przeboju „Animals” muzyk zapewnił festiwalowiczom taneczną imprezę do późnej nocy.

 

IMG_2300

 

Dzień 2

Hurts: Klimatyczny electro-popowy zespół zaczarował publiczność na Warsaw Stage. Wszystko wyszło ze smakiem, dużą klasą oraz niesamowitym nastrojem, który zachwycił wszystkich fanów.

The Kooks: Mocno zaczęli swoim nowym utworem „Down” porywając wszystkich od razu do zabawy. Dalej było już tylko lepiej, każdy wykonywany hit wywoływał szaleństwo pod sceną. The Kooks pokazali, że potrafią zaszaleć w rytm mocnego rocka ale również świetnie poradzili sobie z wolniejszymi utworami w stylu reggae czy ska.

The Prodigy: Istne szaleństwo. Zespół swoją energiczną muzyką porwał całą publiczności. Oczywiście najwięcej działo się pod sceną, gdzie zabawa nie miała końca a fani tworzyli co chwile nowe pogo. Muzycznie pokazali jak zwykle niesamowitą klasę. Wszystko było dopracowane i profesjonalne, dobre wrażenie robiło też nagłośnienie i efekty wizualne w postaci świateł i laserów. To zdecydowanie był bardzo mocny punkt całego festiwalu.

Florence And The Machine: Brokat, kwiaty i jeszcze raz brokat. Fani jak zwykle nie mogli nacieszyć się zespołem. Eteryczna niczym bogini Florence Welch spotykała się z zachwytem z ich strony. Mimo, że widać była mocną pomoc ze strony chórku, wokalistka świetnie sobie poradziła nawet z trudnymi utworami udowadniając moc swojego głosu.

 

OWF2_Florence-And-The-Machine_MB-12-1024x682

 

Dzień 3

Kasabian: Świetnie poradzili sobie przez cały koncert, nie pozwolili ani na chwile nudzić się publiczności. Za zespołem widniały wielkie cyfry „48:13”, będące jednocześnie tytułem ich nowego albumu. Rockowa zabawa nie ustawała a każdy następny hit wywoływał jeszcze większą euforię. Mimo lekko pretensjonalnego wyglądu wokalisty Toma Meighana całe show robiło bardzo pozytywne wrażenie.

Limp Bizkit: Przede wszystkim świetny kontakt z publicznością. Fred Durst zaprosił fankę na scenę i śpiewał razem z nią. Podchodził też jak najbliżej fanów żeby bawić się razem z nimi i przybijać piątki. Muzycznie nie pozostawiali też nic do życzenia grając największe przeboje oraz covery np.: „Faith” George’a Michaela.

OutKast: Świetna oprawa wizualna na stadionowym poziomie. Muzycznie już trochę gorzej. Mimo że fani bawili się razem z nimi wydawało się jakby wszyscy czekali głównie na hit „Hey Ya!”, po którym emocje już trochę opadły. 

David Guetta: Widowisko, które na długo zostanie w pamięci. DJ  idealnie zakończył cały festiwal wyciągając z fanów ostatnie siły po koncertowych maratonach. Oprawa wizualna na naprawdę wysokim poziomie: animacje, światła, lasery, dym, ogień, fajerwerki, konfetti itp. Publiczność tak dobrze się bawiła, że z czasem zaczęła tworzyć pod sceną swego rodzaju „taneczne pogo” w którym każdy mógł wykazać się inwencją twórczą zanim w rytm bitu wszyscy rzucili się na siebie. 

 

OWF_3_david-guetta_WD-27-of-33-1024x682

 

Tekst | Mateusz Panek

Foto | orangewarsawfestival.pl/

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera