One night in Tel Aviv

Stolicą Izraela jest Jerozolima, ale to Tel Awiw nosi miano kulturalno-imprezowego centrum kraju. Do Świętego Miasta rocznie pielgrzymują miliony wiernych, do Tel Awiwu natomiast podążają hordami fani dobrej zabawy. Wiedzą, co czynią. Rozmiarami przypomina on niewielką pigułkę. I właśnie w formie pigułki przedstawię mój dzień z życia na miejscu, ze wszystkimi jego urokami – od klimatycznego śniadania przy plaży po równie klimatyczny techno łomot w jednym z miejscowych klubów. Jedno jest pewne: to miejsce nie bierze zakładników.

Budzę się rano, skąpany promieniami izraelskiego słońca, a na zegarku magicznie miga 8:00. Nie ma co marnować czasu i wylegiwać się w łóżku do późnych godzin popołudniowych. Jestem typem człowieka, który aż nadto ceni sobie długi sen, ale w podróżach zawsze o tym zapominam, wychodząc z założenia, że każda sekunda przespana poza domem jest czasem straconym. Nadchodzi pora śniadania, a więc najważniejszego posiłku dnia, który musi zagwarantować mi niespożytą ilość energii na następne kilka godzin. Zazwyczaj posiłki przygotowuję w domu, a na moim stole widnieją typowe dla tego miejsca szakszuka, czyli rodzaj aromatycznej jajecznicy z pomidorami, pikantne kiełbaski merguez, zbożowa kawa oraz chlebek pita, który tu jest nieodłącznym elementem każdego posiłku. Tym razem postanowiłem nieco inaczej i na śniadanie wybrałem się na miasto.

Idę ulicą Jabotinsky, dzierżąc pod pachą dzisiejszy numer dziennika „Maariv”, zakupionego u znajomego kioskarza. Dochodzę na miejsce, gdzie wita mnie moja ulubiona kawiarnia Cafe Michal przy Dizengoff Street 230. Nie jest to tylko moje ulubione miejsce − rano można spotkać tu wiele niezwykłych osobistości, które wpadły na śniadanie w stylu śródziemnomorskim, czyli filiżankę mocnej kawy i garść świeżych informacji z kraju i ze świata. Codziennym bywalcem tego miejsca jest na przykład Etgar Keret, izraelski pisarz polskiego pochodzenia, autor m.in. takich książek, jak Gaza blues czy Kolonia Knellera. Każdego dnia, prócz sobót, Keret rytualnie popija tu świeżo parzoną kawę i delektuje się jej smakiem i ciepłym, francuskim wnętrzem tego miejsca.

Spacerologia

Po śniadaniu wyruszam na wcześniej zaplanowany spacer. Celem mojej wędrówki będzie Stara Jaffa, czyli obecnie jedna z dzielnic Tel Awiwu, a dawniej starożytna Joppa i jeden z najstarszych portów morskich na świecie. Miejsce magiczne, złożone, zróżnicowane, a jednocześnie piękne, klimatyczne i chwytające człowieka za serce. To tu był biblijny port, z którego wyruszył prorok Jonasz, udając się do Tarszisz. To tu był port króla Salomona, sprowadzającego libańskie drzewo pod budowę Świątyni Jerozolimskiej, a wreszcie tu Napoleon Bonaparte w 1799 roku z francuskim wojskiem dokonał rzezi na miejscowej ludności. Dziś, gdy idziemy wzdłuż telawiwskiego wybrzeża, rozpościera się przed nami piękny widok na Starą Jaffę. Nad bliskowschodnią zabudową i arabskimi minaretami góruje wieżyczka franciszkańskiego Kościoła Świętego Piotra, który stanie się początkiem mojej malutkiej podróży po starym mieście. Kościół został zbudowany w 1654 w oddaniu Świętego Piotra na miejscu średniowiecznej cytadeli. Budowla została wzniesiona przez Fryderyka II i przywrócona przez Ludwika IX z Francji na początku drugiej połowy XIII wieku. Jednak na przełomie XVIII wieku kościół został dwukrotnie zniszczony i przebudowany. Obecna struktura została zbudowana w latach 1888 i 1894, a ostatnio odnowiona w 1903 roku. Miejsce to jest o tyle ciekawe, że urzędują tu polscy księża, odprawiający w każdą niedzielę  liturgię w naszym ojczystym języku. Mając okazję poznać ich i ich pracę, śmiem twierdzić, że to księża z tzw. powołania, a za ich posługę należy się ogromny szacunek nawet ze strony wojujących ateuszy.

Jeśli jesteśmy już przy Polakach, warto napomknąć, że tu szanują nas bardziej niż w innych częściach globu. Zgodnie ze starym izraelskim porzekadłem „Romanit gana, Polanit szana”, najgorszą plagą są tu rumuńscy złodziejaszkowie, a Polacy im jedynie pomagają. To niezwykle budujące. Ale Stara Jaffa to nie tylko starożytny port, klimatyczny rynek czy polski kościół. To również jedno z najniebezpieczniejszych miejsc na Ziemi, a właściwie jej niewielka część, Ajami. Śmiało można określić ją mianem żydowskiego Bronksu, gdzie codziennie o przeżycie walczą narkotykowe kartele, a serie z karabinów maszynowych to odgłos powszechniejszy od śpiewu ptaków. Miejsce to stało się również inspiracją do nakręcenia w 2009 filmu przez duet Scandar Copti & Yaron Shani o tymże samym tytule. Obraz jest o tyle warty odnotowania, że stanowi pierwszą w historii izraelsko-palestyńską koprodukcję oraz doskonale oddaje zróżnicowany klimat życia tutaj, czego dowodem była nominacja do Oscarów za najlepszy film nieanglojęzyczny, Złota Kamera na festiwalu w Cannes czy deszcz nagród na izraelskich Ofirach.

Pokarmowy orgazm

Jaffa to jednak nie tylko mafie narkotykowe, strzelaniny i ogromna adrenalina. To też miejsce dla kulinarnych freaków, bo tu właśnie mieszczą się dwa legendarne lokale, położone niedaleko od siebie. Pierwszy z nich to Abu Hasan przy 1 Ha’ Dolfin Street, czyli najlepszy hummus w Izraelu, o renomie porównywalnej chyba tylko do Papieża oraz Abulafia przy głównej ulicy Yefet Street (najsłynniejsza arabska piekarnia, gdzie właśnie zakupiłem kruche pierogi z kozim serem i aromatycznymi przyprawami, typowymi dla Bliskiego Wschodu). Powolutku zmierzam w kierunku centrum, do dzielnicy jemeńskich Żydów na upragniony obiad. Po 20 minutach jestem na miejscu. Z dala od miejskich arterii wita mnie malownicza uliczka Nahila’l, gdzie w trakcie niedługiej obecności miałem przyjemność poznać od kuchni – w przenośni i dosłownie – kulturę potomków Królowej Saby. W Erez Yemen, niezwykle klimatycznej knajpce z narodową jemeńską kuchnią – prawdopodobnie jedną z najlepszych i najbardziej aromatycznych, jakie dane było mi spróbować – przeżyłem pokarmowy orgazm. Trafić tu jest nie trudno, bo zapachy rozpościerają się w promieniu kilku kilometrów i już z dala można wyczuć woń jagnięcej zupy saltah, suszonej dorady w ziołach czy tradycyjnej pikantnej pasty sahawaq. Całość równie czarująca i niezwykła jak sama historia i kultura jemeńskich Żydów, z którymi miałem przyjemność porozmawiać, by w końcu dopełnić wspaniałe popołudnie czarną herbatą z mlekiem Shahi Haleeb w towarzystwie jazzujących gdzieś w oddali moich żydowskich kumpli z Sana’a.

Wielkimi krokami zbliża się wieczór, a więc ta właściwa pora dnia, kiedy do życia raz jeszcze budzą się młodzi mieszkańcy Tel Awiwu. Na ulicach ogromny ruch, kawiarniane, restauracyjne i bistra znów zapełniają tłumy, a ja po obfitym posiłku mam ochotę zacząć powolutku zabawę i nastrajanie się na całonocny rejw, dlatego też zmierzam w kierunku Białego Miasta, czyli pięciotysięcznego kompleksu w stylu międzynarodowym i Bauhaus. To nie lada gratka dla architektonicznych zapaleńców i ziszczenie się marzeń samego Le Corbusiera. To tu pośród modernistycznej zabudowy kwitnie wieczorne życie młodych Żydów i Żydówek. To tutaj przy Rothschild 12 siadam w ukryciu i zamawiam kolejną lampkę czerwonego wina, prosto z najlepszych szczepów z pustyni Negew. Delektując się wybornym smakiem izraelskiego trunku, słuchając rozmów przypadkowych ludzi, obserwuję kątem oka Dom Dizengoffa, czyli słynną Salę Niepodległości, gdzie 14 maja 1948 roku o godzinie 16.00 swoją niepodległość proklamowało Państwo Izrael, tym samym dając mi możliwość siedzenia tutaj i wyruszenia za chwilę na, jak się okaże, jedną z najlepszych techno imprez w moim życiu. Izrael słynie z gorących dziewczyn, równie gorących imprez, ale przede wszystkim z psychodelicznego trance’u, bo przecież nazwy Infected Mushroom czy Astral Projection zna nawet słabo szanujący się fan muzyki elektronicznej. Ja jednak wielkim fanem trance’owej muzyki nie jestem, ale nie szkodzi – tu każdy znajdzie coś odpowiedniego dla siebie. Jest takie miejsce, które odpowiada mi szczególnie – The Block przy Salame Street 157, które określiłbym mianem żydowskiego Berghain przy jednoczesnym zachowaniu miejscowych realiów. Dziś tam będzie bal, większy nawet od tego znanego z Budki Suflera, bo przygrywać będą goście z Ostgut Ton Nacht, a kolejno za konsoletą pojawią się Efdemin, Marcel Fengler, Steffi i rezydent tego miejsca Boris.

Słodziutkie umilacze

Wiadomo też, że nieodłącznym elementem kultury rejwu i całonocnej zabawy są używki, narkotyki, umilacze, dragi (niepotrzebne skreślić), które tu, w Tel Awiwie są dostępne łatwiej aniżeli u nas. Jeśli zatem wychodzisz z założenia, że jak się bawić, to grubo albo wcale, i potrzebne ci są wszelkiej maści stymulanty, to dobrze trafiłeś, bo ja też tak uważam i zaraz nawet dostaniesz krótką instrukcję, gdzie i jak je zakupić. Tylko na wstępie proszę o dyskrecję. To nasza mała tajemnica. Zaraz obok klubu, na terenie dawnego dworca autobusowego Tahana Merkazit, dziś w najlepsze kwitnie czarny rynek. Czarny ze względu na towary, które możemy tam dostać, ale przede wszystkim na ojców tego sukcesu, czyli czarnoskórych imigrantów z Etiopii czy Erytrei. To dzięki nim będziesz mógł poznać smak tutejszej zabawy i odpłynąć na dobre w rytm sążnistych basów cztery na cztery. Za niewielką opłatą dostaniesz tu wszystko: od arabskiego haszyszu przez wysokiej jakości MDMA po kolumbijski koks. Jakość tego ostatniego nie jest pewnikiem, ale jedno jest pewne – po każdym udanym dealu zostaniesz poklepany serdecznie po plecach i obdarowany szczerym uśmiechem przez czarnoskórego dilera o imieniu Muamba.

Gdy z Twojej listy zakupów wszystko już masz odhaczone, możesz dziarskim krokiem zmierzać w kierunku upragnionego dancingu. The Block to najlepszy klub w Izraelu, gdzie co tydzień miejscowi menadżerowi sprowadzają gwiazdy światowego formatu. Na ścianie wisi jeszcze plakat sprzed dwóch tygodni, reklamujący gig Roberta Hooda, zaraz obok niego zeszłotygodniowy Guy Gerber i Pional, a już przed nami w perspektywie następnych czternastu dni Nina Kraviz czy francuski pionier muzyki house Pepe Bradock. Już stoję w kolejce do wejścia, mijam selekcjonerów i bramkarzy, dostaję opaskę i po chwili znajduję się już w środku. Nie tylko nazwiska gwiazd robią tu wrażenie, ale również samo wnętrze i wygląd żydowskich party harderów. Jestem pod takim wrażeniem, aż chcę zrobić zdjęcie, ale momencik… wszędzie jasny przekaz: „Non-shooting, please respect the vibe”. Mogłoby być tak i w Polsce, czułbym się bezpieczniejszy w ciemnych pomieszczeniach, może już niedługo. Kilka minut po pierwszej, zaraz na scenie pojawi się Fengler. Ja jeszcze tylko zakupię piwko i popiję wspominaną na początku pigułkę, tak przecież popularną i lubianą. Nad ranem wyjdę z transu i przed oczyma stanie mi się znów piękne miasto Tel Awiw i poklepujący mnie po plecach uśmiechnięty murzyn Muamba.

Tekst i zdjęcia | Kacper Ponichtera

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera