„The medium is the message” — pisał Marshall McLuhan. Przypomniałam sobie to zdanie, obserwując burzę wokół Olgi Tokarczuk i AI. Bo może w tej debacie medium rzeczywiście mówi więcej niż sama treść sporu.
Wyobraziłam sobie przez chwilę, że do tej rozmowy zapraszamy kolejną stronę. Nie pisarkę. Nie oburzonych komentatorów. Nie obrońców postępu ani strażników czystości literatury.
Zapraszamy „więź społeczną”
Nie jako czułą metaforę, ale jako pytanie o warunki sporu: co dzieje się z zaufaniem, odpowiedzialnością i zdolnością wspólnego namysłu, kiedy technologia staje się środowiskiem naszych reakcji? To pytanie nie jest ozdobą tej debaty, lecz próbą sprawdzenia, w jakich warunkach ten spór w ogóle się odbywa. Czy zostawia miejsce na rozumienie, czy od razu przechodzi w tryb podejrzenia, ekspozycji i publicznego rozliczenia?
W sporach o technologię granica między namysłem a reakcją szybko się zaciera. Zanim ustalimy, co się wydarzyło, kto, jak i w jakim zakresie użył AI, często jesteśmy już w logice platform: szybkiego stanowiska, ironii, oskarżenia, obrony i natychmiastowego wyroku.
Medium, które ustawia warunki sporu
Kiedy nowe medium wchodzi do społecznego obiegu, nie dodaje po prostu kolejnego narzędzia. Przestawia układ relacji: między twórcą a odbiorcą, wiedzą a władzą, autorytetem a wspólnotą, narzędziem a odpowiedzialnością. Dlatego sprawa Olgi Tokarczuk i AI nie domaga się linczu ani prostego rozstrzygnięcia, czy technologia ma prawo wejść w obszar twórczości. Domaga się szerszego pytania: jak bardzo ta technologia — a wraz z nią logika Big Techu — zmieniła już nasz sposób bycia ze sobą, reagowania, oceniania, ufania i zrywania więzi.
W sprawie AI najłatwiej zapytać: dobrze czy źle? Wolno czy nie wolno? Autentyczne czy wypromptowane? Te pytania są zrozumiałe i potrzebne, ale bardzo szybko stają się zbyt ciasne. Sztuczna inteligencja nie jest już tylko narzędziem do researchu, pisania czy generowania obrazów. Jest częścią większej infrastruktury, która wchodzi w nasze relacje z wiedzą, twórczością, pracą, autorytetem i zaufaniem.
Tu zaczyna się najważniejszy problem. Technologie projektowane przez Big Tech nie tylko dostarczają nam narzędzi. One modelują środowisko, w którym myślimy, reagujemy, oceniamy i rozmawiamy. Uczą nas określonej reaktywności, wyostrzają określone emocje i organizują widzialność. Premiują to, co angażuje, a najłatwiej angażują gniew, podejrzenie, zawstydzenie i konflikt.
Dlatego ta debata jest ważna, ponieważ pokazuje, jak słaba stała się nasza zdolność do rozmowy o zmianie technologicznej bez natychmiastowej społecznej egzekucji. To znak, że logika Big Techu stała się środowiskiem, w którym funkcjonujemy na co dzień — wodą, w której pływamy, nie znając jej składu.
Zobacz też: „Błędy na budowie to norma”. Angelika Fedorczuk o asertywności i projektowaniu na własnych zasadach
Historia mediów pokazuje, że technologie komunikacyjne nigdy nie są neutralnymi narzędziami. Druk nie tylko przyspieszył obieg książek — zmienił strukturę autorytetu, osłabił monopol instytucji na interpretację świata i stworzył nowe wspólnoty czytania, sporu i wiedzy. Radio i telewizja nie tylko transmitowały głosy i obrazy — produkowały nową formę masowej współobecności, w której całe społeczeństwa mogły jednocześnie uczestniczyć w tych samych wydarzeniach, lękach, mitach i politycznych narracjach.
Internet miał być kolejnym etapem emancypacji: obietnicą głosu dla każdego, poziomej komunikacji i demokratyzacji dostępu do wiedzy. Jednak model platformowy w dużej mierze przekształcił tę obietnicę w system zarządzania uwagą. W świecie platform nie wystarczy mówić; trzeba zostać wychwyconym, wypromowanym i przepuszczonym przez algorytmiczną logikę widzialności. A ta logika nie premiuje tego, co najprawdziwsze czy najgłębsze, lecz to, co najbardziej reaktywne.
AI jest kolejnym takim przesunięciem. Tyle że dotyka nie tylko dystrybucji treści, ale także samego procesu tworzenia, myślenia i ufania. Dlatego potrzebujemy poważniejszego języka niż moralna panika albo technoentuzjazm.
Stawką jest jakość więzi społecznej
Więzi społeczne nie są dodatkiem do demokracji, kultury czy edukacji. Są ich infrastrukturą: bez minimalnego poziomu zaufania, uznania i zdolności do sporu wspólny świat przestaje działać. A dziś to właśnie one są najbardziej nadwyrężane: przez polaryzację, ekonomię uwagi, nieufność wobec instytucji, samotność, algorytmiczne zarządzanie emocjami i technologie, których skutków nie zdążyliśmy jeszcze wspólnie nazwać.
Może więc spór wokół noblistki i AI mógłby pełnić inną funkcję — nie być kolejną okazją do publicznego osądu, lecz sygnałem, że zadajemy zbyt wąskie pytania.
Najważniejsze pytanie nie brzmi więc dziś: czy jedna pisarka skorzystała z AI w taki czy inny sposób. Ważniejsze jest to, co ta reakcja ujawnia o środowisku, w którym wszyscy funkcjonujemy — zaprojektowanym przez Big Tech pod określone formy uwagi, podejrzenia, widzialności i emocji.
Dlatego trzeba przesunąć ciężar rozmowy: z osądu jednostkowego gestu na rozpoznanie technologicznego środowiska, które wpływa na to, jak reagujemy, komu ufamy, kogo podejrzewamy i jak szybko zrywamy więzi. Stawką tego sporu nie jest więc tylko AI ani nawet przyszłość literatury. Stawką jest jakość więzi społecznej: to, czy potrafimy prowadzić konflikty w sposób, który nie zamienia wspólnej rozmowy w mechanizm podejrzenia, ekspozycji i publicznego rozliczenia. Bo w tym przypadku komunikatem jest nie tylko to, o czym rozmawiamy, ale także forma, w jakiej ze sobą rozmawiamy. Zanim więc rozstrzygniemy, kto ma rację, warto zapytać, co ta technologia — wraz z modelem reakcji, który wzmacnia — robi z naszym zaufaniem, uwagą i zdolnością do prowadzenia sporu bez natychmiastowego osądu.
Tekst: Aleksandra Hirszfeld
Obrazek: chatGPT prompt. Aleksandra Hirszfeld








