Ograniczenia fortepianu są dla mnie frustrujące, dlatego sięgnęłam do elektroniki. Rozmawiamy z Joanną Dudą

Dziewczyna z dredami przy fortepianie i DJce

Jeśli znudziły się już Wam dobrze znane, wydeptane ścieżki muzyczne i szukacie nowych doznań, musicie poznać Joannę Dudę. Powiedzenie, że jest artystką wszechstronną, to za mało!

Na początku lutego miał premierę jej najnowszy album zatytułowany KEEN. Album jest już dostępny w serwisie BandCamp i myślimy, że będzie to idealny muzyczny podkład pod lekturę naszej rozmowy z Joanną!

Czytaj również:
Występowała w Tokio, Paryżu, Londynie. Teraz Joanna Duda wydaje akustyczno-elektroniczny album
11 kawałków, które inspirują Joannę Dudę. Jej nowy album z pogranicza akustyki i elektroniki jest już dostępny!

https://www.instagram.com/p/BtTAUOVFJhR/

Jesteś artystką wszechstronną — komponujesz, produkujesz, improwizujesz. Od czego jednak cała Twoja muzyczna historia się rozpoczęła?

Muzyka u mnie w domu była zawsze — moi rodzice są muzykami, zawsze pasjonowali się muzyką, kupowali płyty i muzyka towarzyszyła nam w podróżach w samochodzie, nie wspomnę o talerzu satelitarnym, MTV, odwiedzaniu znajomych rodziców, z których większość była ze środowiska. Poszłam do szkoły muzycznej lecz nie zmieściłam się w klasyce. Potrzebowałam bardziej osobistej wypowiedzi artystycznej i to, co będę robić de facto wyklarowało się w połowie studiów, jak to odkryłam to momentalnie poszło z górki jeśli chodzi o życiowe decyzje i konkretne działania.

W swoich utworach łączysz grę na fortepianie z muzyką elektroniczną, ale nie tylko. Wyrobiłaś sobie swój własny, unikatowy styl. Pamiętasz pierwsze reakcje swoich słuchaczy na to, w pierwszej chwili można pomyśleć — nietypowe połączenie?

Tak, pamiętam mój pierwszy koncert solo który odbył się w Nowym Wspaniałym Świecie. Było cicho jak makiem zasiał. Wiele osób, które po latach spotykam, które wówczas tam były, wspominają to i przywołują tamte emocje. Moje koncerty na początku były w całości akustyczne, chociaż ograniczenia fortepianu były i będą dla mnie frustrujące. Dlatego sięgnęłam do elektroniki i poszukiwania środków wyrazu, które są mniej oczywiste i dają inne możliwości. Komputer i syntezatory bardzo mnie uwolniły. Mój styl jest kwestią rodzaju pożądanego przekazu, który ubieram w technikę precyzyjnej wypowiedzi muzycznej; to się rodziło we mnie bardzo długo, od kiedy pamiętam zawsze szukałam gdzieś daleko w brzmieniach i zawsze chciałam więcej.

Minęło już kilka tygodni od premiery Twojego najnowszego albumu KEEN, masz też za sobą trasę promującą album. Jak wrażenia z grania nowego materiału w wersji live?

Przyznam, że przygotowanie się do tych koncertów było dla mnie sporym wyzwaniem. Płyta powstawała w długim producencko — kompozytorskim procesie i zawiera w sobie spore ilości warstw. Musiałam więc wykonać swego rodzaju ekstrakt, który pozwoliłby mi wyjść poza formę i dał pole do improwizacji. Jestem bardzo zadowolona i mile zaskoczona rezultatem tej pracy. Mój koncert to obecnie twór, który się rozwija i bardzo chciałabym grać ten materiał jak najczęściej.

Gdybyś miała stworzyć motto — myśl przewodnią, które przyświeca KEENowi, jaka by ona była?

Nazwa KEEN może wiele wyjaśnić. Prócz tego, że podoba mi się graficzny kształt tego słowa jego znaczenie jest kluczowe i niejednoznaczne — zapalony, ostry, przenikliwy, cięty, przejmujący, rześki, dotkliwy, głęboki, dojmujący. W tym jednym słowie zawiera się wiele cech zawartych w mojej muzyce, z którymi się identyfikuję w twórczości. To są moje myśli przewodnie.

Gdybym miała wymienić wszystkie miasta na świecie, w których grałaś, trochę by mi to zajęło. Jednak największa moją uwagę przykuła informacja, że występowałaś także na… Grenlandii. Opowiedz coś o tym!

Od 6 lat współpracuję z trójmiejskim teatrem tańca — Amareya, to z nimi odbyłam moje pierwsze podróże do Japonii i wielu innych pięknych miejsc. Jeden ze spektakli, który do dziś gramy — Nomadic Woman — oparty jest na autentycznej historii grenlandzkiej dziewczynki, która jako dziecko została deportowana do Danii jako ten dzikus, który ma zostać ucywilizowany przez miejscową rodzinę zastępczą. Historię podczas spektaklu opowiada osoba, która to przeżyła.

Dlatego nasz spektakl grany był na Grenlandii i spotkała mnie ta genialna możliwość polecieć tam dwa razy i zobaczyć to jakże niezwykłe miejsce. Są tam małe miasteczka z kolorowymi domkami, zamarznięta morska woda w przecudnym kolorze, są góry i arktyczne, oślepiające słońce. To jedno z miejsc, do których tęsknię najbardziej, w których też paradoksalnie najmocniej odczuwam bliskość natury, choć warunki mogłyby się wydawać dość trudne.

Kontynuując temat grania i podróżowania, występowałaś przed właściwie całym przekrojem kulturowym społeczeństwa. Czy zauważyłaś jakieś różnice, jak odbierana jest Twoja muzyka w zależności od miejsca i panującej tam kultury?

Oczywiście, różnice są całkiem spore, jednak moje doświadczenia są bardzo pozytywne względem chyba każdej kultury i tyczą się raczej atmosfery miejsca i rodzaju stałej publiczności, która tam przychodzi. Nawet w Polsce te różnice potrafią być ogromne. Najbardziej enigmatyczną publicznością była ta z Chin, do dziś ciężko mi stwierdzić, czy ich muzyka cieszy, czy też mają nakazane się cieszyć, chociaż młodzież w artystycznej uczelni cieszyła się raczej szczerze. Japońska publiczność potrafi być niezwykle przenikliwa. Londyńska jest mocno ożywiona i jest tam ewidentnie kult cieszenia się, co obecnych na scenie uskrzydla. Każda publiczność jest inna tak jak i ludzie i uwarunkowania wokół, i czasoprzestrzeń w danym momencie.

Gdybyś miała wybrać jedno miejsce na świecie, w którym chciałabyś spędzić całe życie, które by to było?

Nie dałabym rady spędzić życia w jednym miejscu. Mam niespokojną duszę i nie umiem żyć w bezruchu. Jednak potrzebuję czegoś co nazywam domem, czyli miejsca, do którego zawsze wracam i ludzi, którzy są mi bliscy i czekają na mnie, co daje mi poczucie bezpieczeństwa. Mieszkam obecnie w Gdyni i bardzo mi tu dobrze.

Tworzysz także instalacje i video-arty. Czy któryś z wizualnych projektów, który stworzyłaś jest dla Ciebie szczególny i dlaczego?

Tak, jest to instalacja TRACK(S), której odsłona w wersji dark miała miejsce na ostatnim festiwalu Open House w Gdańsku w Starej Synagodze we Wrzeszczu. Bardzo lubię sam proces budowania i wpisywania tej instalacji w przestrzeń, zaspokaja to moje konstruktorskie zapędy. Poza tym TRACK(S) to stworzenie niezwykłej przestrzeni wizualno-dźwiękowej dającej bardzo intymne doświadczenie, forma artystyczna zupełnie inna niż koncert czy spektakl, chociaż też odbywa się na żywo, opiera się na interakcji z obserwatorami w danym przebiegu czasowym. To coś nie z tego świata.

5 punktów Twojego codziennego dnia, bez których to na pewno nie będzie Twój dzień?

Każdy dzień jest mój nawet jeśli żaden z tych punktów nie pozostaje spełniony, natomiast na pewno ważne są dla mnie następujące kwestie:

  • żeby dobrze zacząć dzień, muszę położyć się przed północą,
  • dobre śniadanie — kasza jaglana z ogórkiem kiszonym, pomidorkami, pietruszką i innymi dobrymi dodatkami,
  • praca dająca mi satysfakcję i spełnienie,
  • sport, który mnie dobrze zmęczy,
  • kontakt z kimś bliskim.

Czy masz jakąś radę dla artystów, który wciąż szukają swojej ścieżki w branży muzycznej?

Rób to, co naprawdę kochasz, i w czym czujesz, że jesteś dobra/dobry? To chyba bardziej życiowa rada, ale w moim przypadku się sprawdza. No i cierpliwość i wytrwałość, to nieraz kluczowe w tym zawodzie.

Rozmawiała: Klarysa Marczak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera