Nimfomanka nie jest sexy

Na filmy należy chodzić bez jakichkolwiek oczekiwań – usłyszałam kiedyś od kogoś. Trzeba być czystym. Do minimum ograniczyć wszystkie bodźce kulturowe, jakie dotychczas nami władały Rozsiąść się wygodnie w fotelu i patrzeć. Dopiero potem można się odnosić.

To jest naprawdę trudne. Niektórzy mówią, że wręcz niemożliwe, ale próbować warto, bo nagroda jest piękna. Zaskoczenie, nowe odkrycia, bez dodatkowych, wcześniejszych sugestii. Na „Nimfomankę” Larsa von Triera szłam bez jakimikolwiek oczekiwań, bez wcześniejszych refleksji z portali Guardian czy Newsweek, bez sugestii i niedbałych opowieści polskich dziennikarzy. Przeczytałam jedynie kilka błysków z Facebooka, że „prześwietny, hipnotyzujący, zwalający z nóg, rzucający na kolana, przełamujący fale, bariery, kości”… Wzięłam dodatkowo wino do torebki, nauczona, że na filmy tego duńskiego łamacza dusz bez prowiantu wyruszać nie wolno. Inaczej można wylądować w taksówce na trasie „kino-dom” tuż po seansie „Melancholii”.

Po raz pierwszy

„Nimfomanka” (vel. Zapomnij o miłości) to historia  podzielona na dwie części. W pierwszej o miłości się pamięta, w drugiej stopniowo zapomina. Tak zarządził dystrybutor. Film w pełnej wersji można było i będzie oglądać na festiwalu filmowym w Berlinie. Główną rolę „Nimfomanki” – Joe, w pierwszej części gra Stacy Martin, która debiutuje u von Triera. Stacy Martin ma 23 lata. Podczas castingu do reklamy została uznana za sobowtór Jane Birkin, po czym szybko zaproszono ją na casting do „Nimfomanki”. Subtelna, nieostentacyjna uroda, wychudzona, pociągła twarz modelki, kasztanowe włosy i błysk spojrzenia. Coś, co absolutnie zwala z nóg!. Według mnie Joe tak naprawdę po raz pierwszy widzimy  w scenie, kiedy zakłada się z koleżanką o to, która z nich zaliczy więcej mężczyzn w pociągu. Zakład dotyczy opakowania cukierków. Dziewczyny chodzą, szukają, szukanie okazuje się proste, a dochodzenie do celu precyzyjne i bardzo matematyczne. Stacy bardzo dokładnie planuje postać Joe, jak sama mówi w wywiadzie, dopiero po pewnym czasie zaczyna ją „czuć” i jest to niekończące się odkrywanie postaci. Seksualność w wykonaniu młodej Joe to seksualność nieoswojona. Seksualność 3 + 5. Seksualność inna od naszych, przekształcająca się w pełen konstruktywizm, by stać się  wytworem kultury, społeczeństwa i historii. Stacy buduje swoją postać bardzo skrzętnie. Widać to szczególnie przy scenach z Umą Thurman i genialnymi dziećmi – wszystko jest śmieszne. Lars znowu puszcza oko i pokazuje kciuk do widzów, ale coś tu nie gra. Być może ta scena udowadnia, że „Nimfomankę” należy oglądać samemu. Publiczność ryczy ze śmiechu, a tu przecież jest czarno. Czarny humor drodzy państwo! W tej scenie nie ma nic zabawnego. Uma zagrała świetnie, co do tego nie ma wątpliwości, ale wróćmy do Joe. Jej seksualność jest też przecież oparta na modelu wychowania bez matki, z dominującym ojcem, który pokazuje Joe świat jako jeden złożony organizm. Wkracza tutaj, nie po raz pierwszy zresztą, niewątpliwa erudycja von Triera. Kobieta nie jest stwarzana tutaj na chwałę mężczyzny (Kor. 9,7). Patriarchalny porządek zostaje odwrócony, mimo że silny związek z ojcem mógłby świadczyć o jego dominacji. Nie o nią  jednak chodzi. Nie chodzi nawet o zaznaczenie samej seksualności – czy jest porno, czy nie porno. Lars von Trier pokazuje nam swoją erudycję (Poe, anegdoty biologiczne, Bacha, prawdziwy dygresjonizm, chaos, bajka, skojarzenia) – co jest zabiegiem interdyscyplinarnym, tanim i mało efektownym. Przedstawia także pewne ogólne mechanizmy władzy, które należy modyfikować, aby społeczeństwo mogło żyć w postnowoczesnej rzeczywistości i w hierarchii, w której notabene nie obowiązuje żadna hierarchia. Po pierwszej części zostaje duży niedosyt spowiedzi, podzielonej zresztą na rozdziały jak to bywa u von Triera, która odbywa się na łóżku Stellana Skarsgårda. Po pierwszej części czułam się trochę jak Joe. Wyzuta ze wszystkiego, pusta jak pucha.  Zgadzałam się ze słowami Barbary Hollender: „Miał być szok. Nie ma. Miał być skandal. Nie przesadzajmy. Co jest? Rewelacyjna promocja. I nowe dzieło Larsa von Triera: jak zwykle niepokorne, przełamujące bariery, prowokacyjne i bolesne.”.

Po raz drugi

„Joe podąża za pożądaniem, aż w końcu trafia na coś silniejszego czym jest miłość” – mówi Charlotte Gainsbourg w wywiadzie na temat „Nimfomanki”. Nie dajmy się jednak oszukać. Druga część jest w małym stopniu kojarzona z miłością. Dotyka raczej pytań: po co nam właściwie seksualność, z czego jest zbudowana, jak się kształtuje, co je konstytuuje, kto i dlaczego ma prawo do przyjemności. Druga część zdominowana jest już przez Charlotte Gainsbourg, która ma już dziecko. Ojcem dziecka jest typ, z którym jest w relacji skomplikowanej, a coraz bardziej skomplikowany staje się jej nałóg. Joe zaczyna przede wszystkim eksperymentować z praktykami masochistycznymi, które znowu są pokazane niezwykle dosłownie. Tak jak to naprawdę może wyglądać – bez zabawek, przebieranek, ale w zimnych pomieszczeniach szpitalnych, na starych fotelach, z wykorzystaniem starych narzędzi. David Lynch w wywiadzie kiedyś powiedział „I hate slick and pretty things. I prefer mistakes and accidents. Which is why I like things like cuts and bruises – they’re like little flowers. I’ve always said that if you have a name for something, like ‘cut’ or ‘bruise,’people will automatically be disturbed by it. But when you see the same thing in nature, and you don’t know what it is, it can be very beautiful”. Brzydota to dyskurs, który dominuje w części drugiej „Nimfomanki”, ale jest to brzydota, którą doskonale znamy. Jest realna, dotykalna, ale nieprzyjemna. Joe zaczyna eksperymentować. Tworzyć nowe konstelacje zachowań seksualnych. Zaczyna przekraczać jeszcze ostrzej granice moralne, tym razem nie tylko do siebie i obcych osób, ale również do osób, które są jej bliskie. Lars konstruuje również coś na zasadzie labiryntu. Jego sens polega na utracie możliwości zmysłowego postrzegania świata zewnętrznego, czyli całkowitej koncentracji na własnych przeżyciach wewnętrznych, jak pisze Angelika Aliti w książce „Dzika kobieta. Powrót do źródeł kobiecej energii i władzy”. Labirynt Joe jest jednak szczególny, ponieważ wydaje się, że główna bohaterka przebywa w nim od zawsze i na zawsze, co jest niemożliwe w sytuacji zwykłej labiryntowości. Prezentuje on również postnowoczesną seksualność, odartą z barier i heteronormatywnych zachowań.

 Nymphomaniac 16 photo by Christian Geisnaes

Sprzedane!

„Nimfomanka” zatem staje się w pewnym stopniu zaangażowanym studium władzy, bardzo dosłownym, w przeciwieństwie na przykład do „Melancholii”, w której znajdziemy dziwne obrazy, piękne kolory, przekroczenie, rozwalenie i idealną precyzję w znęcaniu się nad widzem. Co ciekawe, „Melancholię” pamiętamy bardziej z zimnych, wodnych kolorów, zaś w „Nimfomance” są ciepłe, wiosenne lub wręcz – duszne. Jako fanka Lyncha preferuję nieco inne formy okaleczeń reżyserskich, ale w drugiej części znalazłam obok siebie dwa piękne fragmenty – moment samoistnego orgazmu kilkulatki oraz piękny obraz przydymionego słońca za warstwą chmur. Zdjęcia u von Triera są jak zwykle cudne: jest idealne światło, ziarno na ekranie, niedbałe ruchy kamerą.

Mimo wszystkich niedociągnięć, fatalnych żartów, Lars Von Trier podołał zadaniu. Nie jest to może dzieło wybitne, ale na pewno istotne merytorycznie i historycznie. Porusza ważne kwestie, wywołuje polemiki, zadaje trudne pytania, przedstawia trudne sprawy. Mimo wszystko na koniec należy subiektywnie stwierdzić, że „To była najsłabsza z Twoich dygresji, Lars. Twierdzę tak może dlatego, że zawsze chciałam więcej. Nawet od słońca wymagałam intensywniejszych kolorów o zachodzie. To mój jedyny grzech”.

Tekst | Marta Marciniak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera