Pola Rutkiewicz nie prosi o uwagę, ona wchodzi w świat sztuki z butami, niosąc pod pachą worek na zwłoki i torebkę z siatek po ziemniakach. Jej twórczość to antypamiętnik, w którym rodzinna tragedia i walka z lekomanią zostają przetworzone w rzemieślniczy majstersztyk. To artystka totalna, która na wernisaże zakłada własne prace, stając się żywym elementem swojej wystawy. Rutkiewicz udowadnia, że wszystko, co nas boli i co wyrzucamy na śmietnik, może stać się sacrum.
Ada Zoń: Tworzysz z odpadów, wykorzystując np. stare wędzidła, fasolę, a nawet plastikowe siatki. Jak wygląda Twój proces pracy z materiałem i gdzie szukasz tych wszystkich „śmieci”, które zamieniasz w sztukę?
Pola Rutkiewicz: To zależy. Często wykorzystuję odpady albo rzeczy z odzysku. Czasami po prostu idę do sklepu spożywczego i mówię: „Poproszę plastik”, bo oni to i tak wyrzucają. Jako samouk wciąż eksperymentuję, wytapiam, robię odlewy, żeby tworzyć nowe kolory i faktury. Chcę wykorzystać coś, co już powinno być śmieciem. Tak było z torbą „Wierzchowiec”, gdzie użyłam imitacji i prawdziwych końskich włosów czy torebką “Nad kłębie” z właśnie zużytym wędzidłem po jakimś koniu. Zrobiłam też kombinezonem, który powstał z pozostałości worka na zwłoki, poddanych działaniu ciepła, żeby wyglądał jak inny rodzaj skóry.

Nad czym obecnie pracujesz?
P: Głównie pracuję teraz nad malarstwem. Jestem też, bardziej pobocznie, w trakcie tworzenia witrażu, który będzie w całości szyty. Widać już pierwsze podszycia, nie chcę, żeby były doskonałe. Zależy mi na tym, żeby szwy były widoczne i surowe, jak metalowe łączenia w klasycznych witrażach. Docelowo planuję cały cykl dziesięciu wielkich prac odnoszących się do Dziesięciu Przykazań, ale osadzonych w kontekście polskości.
Masz już konkretne wizje?
P: Tak, na przykład przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Chcę stworzyć wielki witraż przedstawiający kotlet schabowy w kształcie mapy Polski. To nawiązanie do kultowego już: „zjedz mięsko, zostaw ziemniaczki” tych wszystkich domowych powiedzonek, które kojarzą nam się z polskim domem i rodzicami. Na razie to wszystko się tworzy.
Widzę kolejną torebkę – tym razem motywem przewodnim są leki?
P: To prototyp serii o lekomanii, który bardzo polubiłam. Wykonanie jej było czystym sadyzmem rzemieślniczym. Sama skręcałam wszystkie metalowe elementy, nie kupowałam gotowców. Uwielbiam monotonne, długotrwałe czynności. Mini pędzelki, dłubanie, robienie tysięcy dziurek, to była totalna masakra, ale ja właśnie taką pracę kocham. Projekt wziął się z moich obserwacji: w Polsce jemy tabletki jak posiłki. Jesteśmy uzależnieni od leków przeciwbólowych i suplementów. Włączasz telewizor i widzisz cztery reklamy na wzdęcia pod rząd.
Zaczęłam o tym myśleć przez pryzmat własnych doświadczeń. Przeszłam przez całą tablicę Mendelejewa: psychotropy, antydepresanty… Psychiatra szukał odpowiednich leków, a ja stoczyłam batalię z ich skutkami i po prostu zaczęłam zbierać opakowania. Uzbierał się z nich cały mur.
Zobacz też: „Błędy na budowie to norma”. Angelika Fedorczuk o asertywności i projektowaniu na własnych zasadach
Skąd czerpiesz inspiracje?
P: Inspiracje? O Jezu. po prostu z życia. W malarstwie odnoszę się bardziej do własnych historii, zauważonych albo zasłyszanych sytuacji a w rzeczach szytych do tego, co dzieje się na świecie, do konsumpcjonizmu, marek modowych, kontekstów społecznych czy zdrowia. Ale śmierć to też część życia, którą każdy z nas ma. Stąd w moich pracach pojawia się np. wyżej wspomniany kombinezon, który jest zrobiony z worka na zwłoki. Wykorzystuję też smaczki z przeszłości, jak hasło mojego brata: „Nie ma boga, jest moda”. On z kolegami kupował najgorsze ciuchy w lumpach i robił z nich dziwne stroje, co strasznie mi utknęło w pamięci jako dziecku. Nawet dewocjonalia w moich pracach są zaczepne, nie jestem wierząca, więc ten Jezus pojawia się u mnie trochę na przekór, zgodnie z zasadą „jak trwoga, to do Boga”.

Czy potrafisz wskazać moment albo artystę, który realnie wpłynął na to, jak dzisiaj pracujesz?
P: Szczerze mówiąc? Nie mam pojęcia. To raczej kalejdoskop różnych rzeczy. Ja po prostu zbieram informacje w głowie, nawet bez myślenia o tym, i to gdzieś we mnie zapada. Mam zresztą okropną pamięć do nazwisk. Kiedy byłam w szkole filmowej, powinnam kojarzyć wszystkich reżyserów i tytuły, a w głowie miałam jedną wielką pustkę. Ale za to, jak widzę plakat albo obraz, to wtedy kojarzę wszystko. Mój proces to taki nieustanny skan, zapamiętuję obraz, nie etykietkę.
Często jednak słyszę, że moje podejście do opowiadania historii ma w sobie coś z Jarosława Modzelewskiego. Byłam u niego w pracowni na drugim roku, myślałam nawet, że u niego zrobię dyplom. Oczywiście mamy zupełnie inną plastykę, robimy inne rzeczy, ale to powiązanie w sposobie patrzenia na sytuacje faktycznie gdzieś tam jest. Bardzo mi było przykro, gdy odszedł na emeryturę. Z polskich twórców bardzo lubię też Marka Sapetto, niestety już nie żyje, więc nigdy go nie poznam. Ale to nie jest tak, że patrzę na ich obrazy i myślę: „O, teraz pójdę w tę stronę”.
Czyli unikasz świadomego podążania za konkretnym nurtem czy nazwiskiem?
P: Staram się. Teraz na rynku sztuki widać modę na konkretne stylistyki. Ja staram się tego nie robić. Mówi się, że wszystko już było, ale moich własnych historii przecież nie było. I to jest ten klucz. Oczywiście, podświadomie z czegoś korzystam, bo jestem wzrokowcem, a dobra inspiracja polega na tym, by robić coś na własny sposób.
Wielu studentów uczelni artystycznych mierzy się z krytyką, która bywa bezpodstawna, albo z koniecznością robienia prac „pod zaliczenie”. Jak Ty wspominasz studia i ocenianie Twoich pomysłów?
P: Zawsze byłam trochę przekorna. Na pierwszym roku kazali nam malować martwe natury albo całe postaci, a ja tego nie lubiłam, wolałam robić wycinki, takie skany fragmentów rzeczywistości. Często tworzyłam kompletnie inne kompozycje, niż ode mnie wymagano, co nie zawsze było mile widziane. Pamiętam pracę na temat „pozytyw–negatyw”, którą oparłam na motywie skarpet i butów. Profesorowi zupełnie się to nie spodobało, pytał: „O co w tym w ogóle chodzi?”.
Wspomniałaś o dziadku Rutkiewiczu, to on był powodem, dla którego wybrałaś malarstwo?
P: Trochę tak. On też studiował malarstwo w tym samym budynku, więc to było dla mnie niesamowite uczucie, kontynuować tę rodzinną tradycję. Zresztą w moim domu zawsze były obecne rzeczy artystyczne, sztuka była naturalnym elementem otoczenia.
A samo malowanie? Zaczęłaś na poważnie dopiero na studiach, czy ta pasja była w Tobie wcześniej?
P: Wiesz, malowanie „na poważnie” zaczęło się w momencie przygotowywania teczki, żeby w ogóle się dostać na studia. Wtedy trzeba było usiąść do tego konkretnie. I tak powstawały kolejne rzeczy.
Na przykład obraz, który nazywa się Omdlewanie i wstawanie. Mimo tytułu, jest on dla mnie bardzo pozytywny. Powstał na ostatnim roku, do dyplomu. To jestem ja – mdlejąca i wstająca. Ten obraz odnosi się do moich marzeń o byciu weterynarzem. Chciałam nim zostać odkąd skończyłam sześć lat, moja miłość do koni zresztą też się w to wpisywała. Myślałam o tym poważnie aż do liceum, ale potem życie to zweryfikowało. Zrozumiałam, że psychicznie bym tego nie udźwignęła. Moja biolożka, która przygotowywała mnie do matury, powiedziała mi wprost: „Ty jesteś dziecko indygo, nie nadajesz się do tego. Jesteś skrupulatna i byłabyś dobra, ale psychika siądzie ci po dwóch dniach”. Posłuchałam jej i dziś dziękuję pani doktor Bratek, to wspaniała osoba.
To „omdlewanie” z tytułu było dosłowne?
P: Tak! Miałam może 11 czy 12 lat i zaprzyjaźnionego weterynarza, do którego chodziliśmy z kotami. Pozwolił mi asystować przy dwóch operacjach moich zwierzaków. Musiałam być z mamą, bo lekarz nie mógłby odejść od stołu, gdybym straciła przytomność. No i stałam tam, trzymałam jelitko albo inne organy i nagle zaczynały mnie brać mroczki przed oczami. Mama mnie wyprowadzała, a trzy sekundy później byłam z powrotem przy stole. I tak w kółko. Dlatego to jest pozytywny obraz, bo mimo wszystko to robiłam, a koty przeżyły.

Twoje prace często mają taki drastyczny sznyt, nawet gdy opowiadają o czymś dobrym.
P: Właśnie tak mam, jak pokazuję coś pozytywnego, to robię to na przekór. Kiedy poruszam tematy mocniejsze czy trudne, to staram się je wygładzić, żeby nie były takie dosłowne. To moja metoda na balansowanie przekazu.
Traktujesz pracę w pracowni jak klasyczny etat? Przychodzisz tu codziennie na osiem godzin, czy czekasz na natchnienie?
P: Staram się, żeby to było osiem godzin. Choć przyznam, że nie lubię, gdy mam coś zaplanowanego w środku dnia, wtedy trudno mi się nastroić, plan mi się sypie i nic nie idzie po kolei. Zdarzają się też takie dni, jak wczoraj, kiedy w ogóle nie wychodzę z domu. Dlatego próbuję przychodzić tu jak do pracy na etacie. Jeśli odpuszczę w tygodniu, powinnam nadrobić w weekend, choć przy wernisażach nie zawsze to wychodzi.
To wymaga ogromnej samodyscypliny. Nie masz nad sobą nikogo, kto rozliczałby Cię z czasu.
P: Właśnie o to chodzi. Jestem zdyscyplinowana i konsekwentna, bo jestem swoim własnym szefem. Wiele osób myśli: „wow, wspaniale, nie masz nad sobą nikogo”. Ale rzeczywistość jest inna, martwisz się jeszcze bardziej. To, ile zrobisz, przekłada się na to, ile sprzedasz i jak bardzo się pokażesz. Do tego dochodzi cała ta „upierdliwa” biurokracja: zgłoszenia, open calle, formalności.
Czyli jesteś typem zbieracza, który w każdym odpadku widzi potencjał?
P: Jestem śmieciarzem i wcale się z tym nie kryję! Mogłabym pracować na wysypisku i byłabym w swoim żywiole. Moja mama za każdym razem załamuje ręce: „Boże, znowu zbierasz te śmieci”, ale potem widzi, jak je przetwarzam i odpuszcza. Choć bywało ciężko. Kiedyś przywiozłam z Kanady kolekcję kolorowych siatek po warzywach – różowe, zielone, cała tęcza. Mama nie wiedziała, że to dla mnie cenne i wyrzuciła je po kilku latach zbierania. Prawie wskoczyłam do zsypu, żeby je odzyskać! Do dziś to pamiętam, choć minęło pięć lat. Tak było z opakowaniami po Whiskasie. Zbierałam je milion lat temu, jeszcze zanim dowiedziałam się, że to kiepska karma dla kotów. Leżały w piwnicy i czekały. Dopiero po latach spojrzałam na nie i wiedziałam: „Zrobię z tego torebkę”. Moja pracownia to jeden wielki magazyn rzeczy, na które w końcu przyjdzie czas.
Zauważyłam w pracowni nowy obraz, który mocno rzuca się w oczy. Co to za historia?
P: Najnowszy obraz o nazwie Ein,zwei,drei,POLIZEI odnoszący się do sytuacji, która miała miejsce w Hamburgu. Moje obrazy to zazwyczaj takie „skany rzeczywistości”, kolażowe zlepki różnych momentów z mojego życia. Tutaj jednak, co do joty, namalowałam to, co się wydarzyło, tyle że z lekko zmienioną perspektywą. Byłam w Hamburgu ze znajomymi tuż przed sylwestrem. Piliśmy, bawiliśmy się. Na obrazie widać mnie w słowiańskim przykucu na tle sex house’u, a w oddali przejeżdża policja. W rzeczywistości jechali spokojnie, bez sygnałów, ale na obrazie podkręciłam tę sytuację. Moja twarz jest rozmyta, niewyraźna – wyglądam, jakbym była już lekko wstawiona. Można to czytać dwojako: albo jako kobietę, która tam pracuje i wyszła po zmianie totalnie zniszczona, albo jako kogoś, kto jest już tak pijany, że policja przyjechała zgarnąć go na wytrzeźwiałkę. To taka nadinterpretacja tego wieczoru. Właśnie tak robię autoportrety, zawsze jestem na nich niewyraźną wersją samej siebie.

No właśnie, Twoje autoportrety często wydają się być jakąś formą kreacji. Czy to Twoje alter ego? Często posługujesz się też pseudonimami, Pola Rutkiewicz „aka” Ludwika Kowalewska. Z czego to wynika?
P: Pola to moje drugie imię, a nazwisko Rutkiewicz mam po dziadku od strony mamy. Uwielbiam to zestawienie. Ludwikę lubię, ale chciałam rozdzielić życie prywatne od artystycznego i to naprawdę działa. Doszło do tego, że nawet galerie sztuki od razu wpisują „Pola Rutkiewicz”. Choć przyznam, że na samym początku byłam sama o siebie zazdrosna! Bo jak można być zazdrosnym o samą siebie? Ale tak było, tu jakieś sukcesy, a wiele osób w ogóle nie wiedziało, że to ja. Jak wrzucałam coś na Facebooka, to ludzie pytali: „Po co to wstawiasz? Przecież tam nie ma ciebie”. To taka zmyłka – kto wie, ten wie. Czasami używam dwóch imion, bo bywa to łatwiejsze w odbiorze dla instytucji, ale po dogadaniu się i tak zawsze staje na moim, czyli na Poli.
Jak określiłabyś swoje miejsce na polskiej scenie artystycznej? Czujesz, że jesteś już tam, gdzie chciałaś być?
P: Na pewno nie tam, gdzie bym chciała. Zawsze mam poczucie, że to jeszcze za mało. Podziwiam ludzi, którzy potrafią powiedzieć: „osiągnęłam swój cel i teraz mogę po prostu w tym trwać”, ale ja chcę więcej. Wczoraj narzekałam przyjaciółce, że nic nie robię, nic nie osiągnęłam, a ona zaczęła mi wymieniać: co namalowałam, co sprzedałam, ile wystaw się wydarzyło w tym roku i w ubiegłych latach. I niby jest okej, ale jak dają palec, to chcę rękę. Chcę być własną marką. Marzy mi się moment, w którym nazwa Pola Rutkiewicz będzie od razu kojarzone z konkretnym stylem, którego, mam wrażenie, już się dorobiłam.
Ten styl widać wyraźnie w Twoim malarstwie, ale tematyka bywa obciążająca. Pokazałaś mi pracę o tytule „Śpij słodko, aniołku” – opowiesz o niej?
P: To obraz pokazujący prawdopodobny moment śmierci mojego brata. Widzę, że uśmiechasz się na dźwięk nazwy, a potem, po kontekście, twarz ci rzednie. To nie jest oczywisty temat. Wydarzyło się to ponad cztery lata temu, więc dziś patrzę na to z innej perspektywy. Na obrazie widać postać mojego brata i nieoczywiste detale, jak charakterystyczny pasek z metalową sprzączką, kluczowy element dla kogoś, kto go znał. Jest też poduszka. Ten obraz pokazuje coś makabrycznego, co staje się bardzo ciężkie, gdy poznasz kontekst.
Zauważyłam na tym obrazie ślady dłoni na poduszce. Moja pierwsza myśl była inna – myślałam, że to dziura po kuli, że to śmierć samobójcza.
P: To ciekawa interpretacja, słyszę ją pierwszy raz. Dla mnie to były odciski dłoni, moment przyduszenia. Ale lubię te niedopowiedziane sytuacje. Inspiruję się fotogrametrią – skanowaniem 3D miejsc, gdzie często zostają ubytki i błędy. W moich obrazach tło jest często takim „odpuszczeniem”, tylko zaznaczeniem, które pozwala skupić się na tym, co zostało dobrze „zeskanowane”. Kiedyś powiedziałam, że robię „antypamiętnik”. Pamiętnik się chowa dla siebie, a ja chcę te rzeczy pokazać, wyrzucić z siebie.
Czy to malowanie było dla Ciebie formą przepracowania traumy i żałoby?
P: Na pewno po skończeniu tych trzech obrazów o bracie coś ze mnie zeszło. Pożegnałam się po swojemu. Ta żałoba nigdy nie zniknie, ale sztuka bardzo pomogła. Choć jestem tu trochę hipokrytką i zazwyczaj śmieszą mnie teksty o „leczeniu się sztuką”, a jednak w tym przypadku to tak zadziałało.
Zastanawiasz się czasem nad tym, jak ludzie odbierają Twoją twórczość i samą Ciebie jako artystkę?
P: Każdy jest indywidualistą i to, jak się kreujesz, wpływa na to, jak będziesz postrzegany. Ja w tym, co robię, staram się być szczera do bólu. Z natury jestem wybuchowa i choć może nie zawsze widać to wprost na płótnie, to ta cecha przejawia się u mnie w przepychu – w tych wszystkich dziwnych sytuacjach skumulowanych w jednym miejscu na obrazie. To jest moja forma wybuchowości. Staram się być częścią tego, co robię. Na wernisaż nie przychodzę po prostu jako osoba, która mówi: „Hej, to ja, zapraszam”. Ja wchodzę w to z butami. Staram się pokazywać tę moją performatywną stronę, która jest prawdziwa i widzialna. Chcę, żeby ludzie czytali mnie dokładnie tak, jak czytają moje obrazy. Moja obecność i to, jak wyglądam w danym momencie, ma być spójne z tym, co widzą na ścianach.
Czyli nosisz też swoje prace?
P: Tak, właśnie jak mam wernisaż, to staram się zakładać rzeczy, które sama zrobiłam.
Opowiedz o obrazie ze skarpetami i butami. To ta praca z pierwszego roku ASP, która nie spodobała się profesorowi?
P: Dobrze! To ten nieszczęsny „pozytyw-negatyw”. Ale wiąże się z nim świetna anegdota. Kiedyś był konkurs marki Kubota na Facebooku, trzeba było napisać jakiś cringe’owy komentarz o tym, jak wspaniale łączysz ich klapki z czymś tam. Ja czasami dla zabawy odpowiadam na takie pytania dla jaj. Napisałam: „Nie odpowiem na pytanie, ale dam wam to” i wstawiłam zdjęcie tego obrazu. Wyobraź sobie, że dostałam nagrodę pocieszenia! Wysłali mi te skórzane kuboty i skarpetki, identyczne jak te na obrazie. To było miłe pocieszenie.

Dziękuję za rozmowę.








