
Zdjęcie ilustracyjne AI. Tom z Myspace
Właściciele MySpace zapowiadają kolejną próbę uruchomienia serwisu, ale znacznie ciekawsza od samego newsa jest reakcja ludzi. Posty na ten temat zbierają dziesiątki, a czasem setki tysięcy polubień. Nie dlatego, że ktoś zobaczył projekt nowej platformy. Nie ma daty premiery, screenów ani listy funkcji. Jest tylko obietnica. Najwyraźniej to wystarczyło, bo MySpace stał się symbolem większej tęsknoty: za wolniejszym internetem, życiem poza algorytmem i czasami, których część jego nowych fanów w ogóle nie pamięta.
- MySpace ma wrócić. Skąd znów tyle szumu?
- Nie tęsknimy za Myspace. Tęsknimy za tym, co sobą reprezentował
- Zetki tęsknią za czasami, których nie pamiętają
- Stara cyfrówka, winyl i telefon z klapką
- Manualna skrzynia biegów jako przedmiot buntu
- Slow life to nie tylko świeczka i pieczenie chleba
- Pokolenie zapierdolu mówi, że młodym nie chce się pracować
- MySpace był społecznościowy, zanim social media stały się telewizją
- Stary internet był brzydki, ale miał autora
- Czy nowy MySpace naprawdę ma szansę?
- Nie chcemy wrócić do 2006 roku. Chcemy odzyskać to, co po drodze zniknęło
Post opublikowany przez Pubity zebrał ponad 125 tysięcy polubień. Kolejne profile powtarzają właściwie tę samą informację: bracia Chris i Tim Vanderhook nadal posiadają MySpace i zamierzają podjąć kolejną próbę jego reaktywacji. Czekają tylko na odpowiedni moment.
Nie pokazali gotowej strony. Nie uruchomili zapisów. Nie zapowiedzieli nawet roku premiery. A jednak informacja rozchodzi się tak, jakby właśnie zaprezentowano realną konkurencję dla Instagrama i TikToka.
Viralem nie jest więc produkt. Viralem jest emocja.
MySpace ma wrócić. Skąd znów tyle szumu?
Nowa fala zainteresowania MySpace zaczęła się od dokumentu Myspace w reżyserii Tommy’ego Avallone’a. Obecni właściciele marki opowiadają w nim o przejęciu serwisu, wcześniejszych nieudanych próbach jego odbudowy i planach na przyszłość.
Chris i Tim Vanderhook przyznają, że nadal traktują się jako opiekunowie marki i zamierzają ponownie ją uruchomić. Deklarują też, że jeśli kolejna wersja nie wypali, spróbują jeszcze raz. Brzmi ambitnie, chociaż na razie pozostaje deklaracją, a nie konkretnym planem startu. Nie znamy daty, wyglądu ani modelu działania nowego MySpace. Nie wiadomo nawet, jak wiele miałby wspólnego z serwisem, który pamiętamy z lat 2000.
Mimo to temat podchwytują kolejne media i profile społecznościowe. O możliwym powrocie piszą serwisy rozrywkowe, technologiczne i lifestyle’owe. Właściciele nie musieli nawet rozpocząć kampanii. Kampanię zrobiła za nich nostalgia.
Nie tęsknimy za Myspace. Tęsknimy za tym, co sobą reprezentował
MySpace nigdy nie był technologicznie doskonały. Profile ładowały się długo, muzyka uruchamiała się bez ostrzeżenia, a źle wklejony kod potrafił zmienić stronę w migającą katastrofę. Serwis był pełen reklam i nie ominęły go problemy z bezpieczeństwem, spamem czy prywatnością.
Tylko że nikt nie tęskni za wolnym łączem i zawieszającą się przeglądarką.
Tęsknota dotyczy internetu, w którym profil był czymś więcej niż identycznym szablonem wynajętym od wielkiej platformy. Na MySpace przypominał własny pokój. Można było zmienić jego kolory, tło, muzykę, układ i opis. Można było go urządzić dobrze, źle albo kompletnie bez gustu. Najważniejsze, że był twój.
Dzisiejsze media społecznościowe dają znacznie większe możliwości techniczne, ale paradoksalnie zostawiają użytkownikowi mniej przestrzeni. Profile na Instagramie i TikToku wyglądają podobnie. O tym, co zobaczysz, decyduje platforma. To ona wybiera proporcje obrazu, układ, długość filmu i treści, które pojawią się jako następne.
Na MySpace człowiek urządzał internet pod siebie. Dzisiaj internet coraz częściej urządza człowieka pod algorytm.
Zetki tęsknią za czasami, których nie pamiętają
Wśród osób reagujących na wiadomości o powrocie MySpace są nie tylko trzydziesto- i czterdziestolatkowie wspominający swoje dawne profile. Platformą interesują się również ludzie, którzy w okresie jej największej popularności byli dziećmi albo jeszcze nie było ich na świecie.
To zjawisko bywa nazywane anemoią: nostalgią za czasem, którego samemu się nie przeżyło. Nie trzeba pamiętać lat 90., żeby tęsknić za ich wyobrażeniem. Wystarczą zdjęcia rodziców, stare teledyski, filmy, magazyny, rodzinne opowieści i internetowe archiwa.
Badania nad historyczną nostalgią Generacji Z pokazują, że nie jest to margines. 68 procent badanych młodych dorosłych deklarowało nostalgię za epokami sprzed ich narodzin, a 73 procent przyciągały dawne media, style, zainteresowania i tradycje. Dla wielu zaglądanie w przeszłość działa też jak odskocznia od stresu związanego ze współczesnością i niepewną przyszłością. Informacje pochodzą z raportu opisanego przez Profectus Magazine.
To nie znaczy, że młodzi naprawdę chcieliby przenieść się do świata bez szybkiego internetu, nawigacji i dostępu do całej muzyki w telefonie. Raczej wybierają z przeszłości elementy, których brakuje im dzisiaj: fizyczność, ograniczenie, niedoskonałość, poczucie prywatności i możliwość skupienia się na jednej rzeczy.
Stara cyfrówka, winyl i telefon z klapką
Widać to w rzeczach, które wracają do obiegu. Młodzi kupują aparaty kompaktowe z początku XXI wieku, mimo że ich telefony robią technicznie lepsze zdjęcia. Fotografują na kliszy, choć każde naciśnięcie spustu kosztuje, a na efekt trzeba czekać. Słuchają winyli, płyt CD i kaset, chociaż streaming daje im natychmiastowy dostęp do milionów utworów.
Nie chodzi o przewagę technologii analogowej. Chodzi o rytuał.
Aparat z ograniczoną liczbą zdjęć zmusza do zastanowienia się przed naciśnięciem przycisku. Płyta ma początek, środek i koniec. Telefon z klapką pozwala zadzwonić, ale nie otwiera pod palcem studni z nieskończoną liczbą filmów.
Nowoczesna technologia usuwa tarcie. Wszystko ma być natychmiastowe, automatyczne i dostępne bez wysiłku. Tymczasem młodzi coraz częściej odkrywają, że właśnie to drobne tarcie nadaje czynności znaczenie.
Piosenka wybrana spośród kilku płyt waży więcej niż utwór podsunięty przez algorytm. Zdjęcie, którego nie można od razu poprawić, bywa ważniejsze niż setka prawie identycznych kadrów. Ograniczenie przestaje być wadą. Staje się luksusem.
Manualna skrzynia biegów jako przedmiot buntu
Do tej samej układanki pasuje rosnące zainteresowanie młodych kierowców samochodami z manualną skrzynią biegów. Nie jest to masowy powrót manuali i nie uratuje ich przed zniknięciem z większości nowych modeli. Wśród młodszych entuzjastów motoryzacji widać jednak zainteresowanie umiejętnością, której coraz mniej osób potrzebuje.
Automat jest łatwiejszy. Szczególnie w mieście. Manual wymaga obsługi sprzęgła, wyboru przełożenia i zwracania uwagi na pracę silnika. Jest mniej wygodny, ale daje kierowcy poczucie bezpośredniego udziału.
Według danych przytaczanych przez Jalopnik młodsi klienci stanowili istotną część kupujących manualne wersje takich modeli jak Acura Integra czy Mazda MX-5. W 2026 roku amerykańskie media ponownie opisywały młodych kierowców uczących się zmiany biegów jako osoby podtrzymujące zanikającą umiejętność.
Manualna skrzynia jest motoryzacyjnym odpowiednikiem aparatu na kliszę. Nie wygrywa wygodą. Wygrywa zaangażowaniem.
Dla pokolenia wychowanego w świecie, w którym aplikacja wybiera trasę, platforma podpowiada następną piosenkę, a sztuczna inteligencja może napisać wiadomość, zmiana biegu własną ręką zaczyna przypominać odzyskanie kontroli.
Slow life to nie tylko świeczka i pieczenie chleba
Moda na zwalnianie tempa bywa przedstawiana powierzchownie. Jako estetyka koca, herbaty, ceramiki i domu na wsi. W rzeczywistości dotyczy znacznie szerszego konfliktu o to, jak powinno wyglądać życie.
Generacja Z dorastała w świecie ciągłej dostępności. Szkoła, praca, znajomi, wiadomości i rozrywka mieszczą się w jednym urządzeniu. Nie ma już wyraźnego momentu, w którym człowiek wychodzi z internetu. Można skończyć pracę, ale nadal widzieć służbowe powiadomienia. Można spotkać się ze znajomymi, ale jednocześnie obserwować życie setek innych osób.
Prawie połowa amerykańskich nastolatków badanych przez Pew Research Center przyznała w 2025 roku, że spędza w mediach społecznościowych zbyt dużo czasu. Odsetek ten wzrósł z 27 procent w 2023 roku do 45 procent. Ponad czterech na dziesięciu nastolatków deklarowało też próby ograniczenia social mediów lub korzystania z telefonu. Szczegóły badania publikuje Pew Research Center.
Młodzi nie odrzucają technologii. Są od niej zależni równie mocno jak reszta społeczeństwa. Coraz częściej widzą jednak cenę, którą płacą za nieustanne połączenie.
Pokolenie zapierdolu mówi, że młodym nie chce się pracować
Podobny konflikt widać w podejściu do pracy. Starsze pokolenia często traktują work-life balance, quiet quitting albo odmowę bezpłatnych nadgodzin jako brak ambicji. Młodzi słyszą, że są roszczeniowi, delikatni i chcieliby dostać wszystko bez wysiłku.
Tyle że obie strony patrzą na dwie różne rzeczywistości.
Dla pokolenia wychowanego w kulcie pracy harowanie miało prowadzić do stabilności, mieszkania i awansu społecznego. Dziś ta obietnica nie jest już równie wiarygodna. Można pracować dużo, być stale dostępnym i nadal nie mieć pewności, czy uda się kupić mieszkanie albo zachować stanowisko podczas kolejnej zmiany technologicznej.
Odmowa podporządkowania całego życia pracy nie musi oznaczać lenistwa. Może być reakcją na wyścig, w którym nagroda stała się nieosiągalna albo przestała być atrakcyjna.
Slow life nie oznacza więc wyłącznie wolniejszego picia kawy. To również próba postawienia granicy: nie każda pasja musi stać się biznesem, nie każdą chwilę trzeba udokumentować, nie każda aktywność musi budować markę osobistą, a odpoczynek nie jest nagrodą za całkowite wyczerpanie.
MySpace był społecznościowy, zanim social media stały się telewizją
Największa różnica między MySpace a współczesnymi platformami nie polegała na kolorach, Top 8 ani muzyce uruchamianej po wejściu na profil. Chodziło o sposób poruszania się po sieci.
Wchodziło się na profil konkretnej osoby. Oglądało zdjęcia, czytało opis, słuchało wybranej przez nią piosenki i zostawiało komentarz. Profil miał granice. W pewnym momencie można go było obejrzeć do końca i wyjść.
Dzisiejsze platformy coraz mniej przypominają sieci znajomych, a coraz bardziej niekończącą się telewizję. TikTok, Instagram i Facebook mieszają wpisy przyjaciół z reklamami, materiałami twórców, wiadomościami i filmami dobranymi na podstawie wcześniejszych reakcji. Nie odwiedzamy już wyłącznie ludzi. Odwiedzamy system rekomendacji.
MySpace oczywiście również był firmą, sprzedawał reklamy i walczył o użytkowników. Nie był niewinną osadą z czasów przed kapitalizmem cyfrowym. Dawał jednak poczucie, że internet składa się z miejsc. Dzisiaj częściej przypomina jeden niekończący się korytarz.
Stary internet był brzydki, ale miał autora
Do zmęczenia mediami społecznościowymi dochodzi dziś jeszcze jeden element: zalew treści generowanych lub przerabianych przez sztuczną inteligencję. Zdjęcia są idealne, głosy czyste, twarze gładkie, a teksty poprawne. Coraz trudniej natomiast rozpoznać, kto właściwie coś stworzył i czy wydarzyło się to naprawdę.
Wczesny internet wyglądał źle, ale zwykle było wiadomo, że za jego wyglądem stoi konkretny człowiek. Ktoś wybrał ten okropny fiolet. Ktoś wkleił migający napis. Ktoś uznał, że najlepszym powitaniem będzie fragment utworu My Chemical Romance odpalający się bez pytania.
Błąd był podpisem autora.
Być może właśnie dlatego niedoskonałość znowu staje się atrakcyjna. Stare cyfrówki prześwietlają zdjęcia. Winyle trzeszczą. Manual pozwala zgasnąć na skrzyżowaniu. MySpace miał profile, których nie zaprojektowałby żaden rozsądny specjalista UX. Wszystkie te rzeczy przypominają, że po drugiej stronie czynności nadal znajduje się człowiek.
Czy nowy MySpace naprawdę ma szansę?
Ogromne zainteresowanie postami nie oznacza jeszcze, że ludzie masowo porzucą Instagrama i TikToka. Polubienie wiadomości o powrocie MySpace nic nie kosztuje. Założenie konta, urządzenie profilu i regularne korzystanie z kolejnej platformy wymaga już czasu.
Nowe MySpace może więc odnieść sukces, ale równie dobrze może podzielić los wielu innych reaktywowanych marek, które świetnie wyglądały w nostalgicznym poście, a gorzej w codziennym użyciu.
Jest też ryzyko, że właściciele spróbują odtworzyć jedynie powierzchnię dawnego serwisu: logo, Top 8, retro filtry i kilka mrugnięć okiem do millenialsów. To nie wystarczy. Ludzie nie potrzebują muzeum internetu z 2006 roku. Potrzebują platformy, która rozwiąże problemy internetu z 2026 roku.
Prawdziwym wyzwaniem nie jest przywrócenie niebieskiego logo. Jest nim stworzenie miejsca, w którym użytkownik odzyska kontrolę nad tym, co widzi, kogo obserwuje i jak wygląda jego własna przestrzeń. Bez niekończącego się scrollowania, bez ciągłego podbijania emocji i bez algorytmu traktowanego jak jedyny możliwy sposób porządkowania świata.
Nie chcemy wrócić do 2006 roku. Chcemy odzyskać to, co po drodze zniknęło
MySpace wraca dziś przede wszystkim jako fantazja. Dla jednych jest wspomnieniem pierwszych znajomych, muzycznych odkryć i internetowych flirtów. Dla innych wyobrażeniem sieci, której nigdy nie zdążyli poznać.
Ta fantazja łączy się z powrotem płyt, kliszy, starych aparatów, manualnych skrzyń, papierowych notatników i zajęć wykonywanych rękami. Nie dlatego, że przeszłość była lepsza pod każdym względem. Była mniej wygodna, ale właśnie dzięki temu częściej wymagała obecności.
Być może młodzi nie uciekają od przyszłości. Próbują jedynie odzyskać wpływ na tempo, w jakim ona nadchodzi.
Dlatego wiadomość o możliwym powrocie MySpace wywołuje tak silne emocje, mimo że nadal nie istnieje produkt, który można ocenić. Portal stał się ekranem, na który ludzie rzucają własne potrzeby: mniej algorytmu, mniej presji, więcej osobowości i choć odrobinę internetu, który można urządzić po swojemu.
Nie wiadomo, czy MySpace rzeczywiście wróci. Wiadomo za to, że świat, który go potrzebuje, już tu jest.
Tekst: HIRO.pl