Możesz powiedzieć tylko 100 słów dziennie. Bo jesteś kobietą. Fragment powieści epoki #MeToo „Vox”

Okładka książki VOX

Człowiek wypowiada dziennie 16 tysięcy słów. Całkiem sporo. A co by było, gdyby nasz limit słów został ograniczony do 100? Wyobraźcie sobie, że na ręku macie zaciśniętą bransoletkę, która liczy każde Wasze słowo. Ale tylko, jeśli jesteście kobietą.

VOX to mocna, wzbudzająca emocje i ważna feministyczna dystopia o świecie rządzonym przez mężczyzn. Autorką powieści jest Christina Dalcher – uznana neurolingwistka i językoznawczyni. Otrzymała doktorat z lingwistyki teoretycznej na Uniwersytecie Georgetown w Waszyngtonie, wykładała na uniwersytetach w Stanach Zjednoczonych, Anglii i Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Jej opowiadania i flash fiction pojawiły się w ponad stu czasopismach na całym świecie. Vox to jej pierwsza powieść.

Książka pojawiła się w księgarniach 27 lutego nakładem wydawnictwa MUZA i możecie ją zakupić tutaj. A my, będąc już po jej lekturze, publikujemy dla Was jej pierwszy rozdział i zachęcamy do przeczytania całości!

ROZDZIAŁ 1

Nie uwierzyłabym, gdyby ktoś mi powiedział, że w ciągu tygodnia pokonam prezydenta, Ligę Cnoty i tego niekompetentnego gnojka Morgana LeBrona. Ale nie dyskutowałabym. Nic bym nie powiedziała.

Muszę ważyć każde słowo.

Przy kolacji, zanim wypowiem ostatnie sylaby tego dnia, Patrick sięga nad stołem i stuka palcem w połyskujące srebrzyście urządzenie na moim nadgarstku. Robi to delikatnie, jakby cierpiał razem ze mną, a może chce mi przypomnieć, żebym milczała, dopóki licznik słów nie zresetuje się o północy. Kiedy będę spała, spadnie ze mnie zaklęcie i we wtorek rano zacznę dzień z czystym kontem. To samo stanie się z licznikiem mojej córki Soni.

Moi synowie nie noszą liczników.

Podczas wspólnych posiłków chłopcy zazwyczaj gawędzą o szkole.

Sonia również chodzi do szkoły, ale nigdy nie trwoni słów na opowiadanie o tym, jak jej minął dzień. Między kęsami niewyszukanego gulaszu, który przyrządziłam na kolację, odtwarzając przepis z pamięci, Patrick wypytuje ją o postępy na zajęciach z prowadzenia domu, wychowania fizycznego i nowego przedmiotu o nazwie podstawy rachunkowości w gospodarstwie domowym. Czy słucha się nauczycieli? Czy będzie miała dobre oceny w tym semestrze? Wie, jak powinien formułować pytania, żeby wystarczyło odpowiedzieć na nie ruchem głowy.

Przyglądam się temu, zaciskając dłonie tak mocno, że paznokcie wbijają mi się w ciało. Sonia przytakuje i marszczy nos, kiedy bliźniacy nieświadomi wagi prostych pytań i ograniczonego zestawu odpowiedzi, proszą siostrę, żeby opowiedziała im o swoich nauczycielach, lekcjach i ulubionych przedmiotach. Nie dopuszczam do siebie myśli, że wszystko rozumieją, że ją podpuszczają i próbują wywabić z niej słowa. Ale w wieku jedenastu lat są na tyle domyślni, aby już wiedzieć, czym to grozi. Widzieli, co się dzieje, kiedy używamy zbyt wielu słów.

Sonia przenosi wzrok z jednego brata na drugiego i jej usta drżą, a różowy koniuszek języka, tej części ciała obdarzonej własnym umysłem, porusza się niespokojnie, dotykając zębów albo dolnej wargi. Steven, mój najstarszy syn, wyciąga rękę i przykłada palec do jej ust.

Mogłabym zaspokoić ich ciekawość. Teraz w szkołach pracują tylko mężczyźni. Lekcje mają formę wykładów. Nauczyciele mówią, uczniowie słuchają. To by mnie kosztowało czternaście słów.

Zostało mi pięć.

– Jak z jej słownictwem? – pyta Patrick, obracając podbródek w moją stronę. – Uczy się?

Wzruszam ramionami. W wieku sześciu lat Sonia powinna dowodzić armią złożoną z dziesięciu tysięcy leksemów, gotowych formować szyki i przegrupowywać siły niczym żołnierze na rozkaz jej małego, wciąż jeszcze podatnego na zmiany mózgu. Powinna, ale trzy podstawowe umiejętności w programie nauczania zredukowano do jednej – uproszczonej arytmetyki. Przecież i tak przyjdzie czas, kiedy moja córka będzie musiała zajmować się robieniem zakupów i prowadzeniem domu. Do tego potrzeba matematyki, a nie retoryki. Literatury też nie. Ani głosu.

– Jesteś lingwistką – mówi Patrick i zaczyna zbierać ze stołu puste naczynia, dając znak Stevenowi, żeby się do niego przyłączył.

– Byłam.

– Jesteś.

Mimo roku ćwiczeń nadliczbowe słowa wyciekają mi z ust, zanim udaje mi się je zatrzymać.

– Już nie. Byłam.

Mój licznik rejestruje kolejne trzy punkty. Za każdym razem czuję impuls, który rozchodzi się po mojej skórze niczym złowieszcze uderzenie bębna. Patrick przygląda mi się.

– Już wystarczy, Jean – mówi.

Chłopcy wymieniają spojrzenia i widzę w ich oczach niepokój wynikający ze świadomości, co się stanie, kiedy na wyświetlaczu pojawią się trzy cyfry. Jeden, zero, zero. Dochodzi do tego, kiedy wypowiadam moje ostatnie poniedziałkowe słowo. Gdy szepczę przeznaczone dla mojej córki „dobranoc”, Patrick wbija we mnie błagalny wzrok.

Zanoszę Sonię do łóżka. Jest coraz cięższa, już prawie zbyt ciężka dla mnie, i muszę użyć obu rąk, żeby ją podnieść. Uśmiecha się, kiedy przykrywam ją kołdrą. Jak zwykle musimy się obyć bez bajki na dobranoc, więc nie ma Dory, która poznaje świat, nie ma Kubusia Puchatka i Prosiaczka ani perypetii Piotrusia Królika w ogrodzie pana McGregora. To przerażające, do jakich rzeczy przywykła moja córka, uznając je za normalne.

Nucę jej do snu melodię kołysanki o ptaku przedrzeźniaczu, pierścionku z diamentem i koziołku, a przed oczami wyobraźni przesuwają mi się martwe rymy i zastygłe w bezruchu sceny.

Patrick przygląda się nam, stojąc w drzwiach. Jego ramiona, niegdyś mocne i rozłożyste, teraz zwisają niczym odwrócona litera V. Na czole ma zmarszczki w tym samym kształcie. Cały wydaje się obwisły.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera