Moda jest jak ogolona cipka

Z czym jeść styl, a z czym podać modę? Czy styl jest kolorową posypką dla mody, czy może moda to aromatyczna pierzynka dla wysmażonego steku z trendów? Niech porzuci wszelką nadzieję ten, kto szuka łatwych rozróżnień i wyczerpujących definicji. W tym świecie oprócz Karla i Anny rządzą subiektywność i interpretacja.

W uproszczeniu możemy powiedzieć, że moda to zbiór trendów, które tworzą estetykę danej epoki, jej identyfikację wizualną i to znacznie wychodzącą poza przemysł tekstylny. Moda zawsze zostaje zapamiętana. Oczywiście coś może z niej po prostu wyjść. A nawet nigdy nie wrócić (choć to akurat mało prawdopodobny scenariusz). Długie sznury pereł, krótkie damskie fryzury i wydłużone sylwetki z niezarysowaną talią nie były na tzw. topie już w latach 40. XX wieku. Ale nie przeszkadza nam to współcześnie kojarzyć ich jako modnych w latach 20. W tej optyce niemodne nie będzie zatem to, co nie jest zgodne z panującymi trendami, a raczej to, co odznacza się (celowo zostańmy przy najgorszym z możliwych czasowników do opisania tej cechy) nijakością. „Ha!” – zakrzykną w tym miejscu triumfalnie niektórzy i węsząc podstęp zapytają z satysfakcją, czym jest wobec tego moda na normcore konsolidująca powoli swoje miejsce wśród nowych trendów.

Gail Chovan

Definicja tła

Żeby zrozumieć tę zależność wystarczy wyjąć przymiotnik „nijaki” z modowych ram i zadać sobie pytanie pomocnicze rodem ze szkolnego elementarza. O jakiej osobie powiemy, że jest nijaka? Najpewniej o takiej, której nie zapamiętaliśmy. Co ma nijaki smak? Coś, co nie jest ani słodkie, ani słone, ani gorzkie i tak dalej. Zatem nijakość jest cechą, która ujawnia się poprzez porównanie. I w tym porównaniu stanowi zazwyczaj tło. W czasach, w których w modzie kreowanej w jej czterech światowych stolicach, już prawie od dekady koegzystuje ze sobą nie tylko wiele trendów, ale też stylów, czymś prawdziwie oryginalnym staje się brak wyrazistości, a więc normcore. Dotychczasowa nijakość odpowiednio wystylizowana staje się nową jakością. Ale nie oszukujmy się – pani z naszej dzielnicowej biblioteki, lubiąca proste czarne jeansy i kolorowe kardigany nie będzie śledzona po godzinach przez fotografów streetstyle’u. Moda to bowiem kod wymagający magicznego final touch, kompilacji wielu umownych elementów, trudnej nawet w wypadku osławionego normcore’u.

Lia Chavez

Jak cię widzą, tak cię piszą

Stosownie do wyżej nakreślonego modelu za modną uznamy osobę ubraną zgodnie panującymi trendami. Jednak w niektórych krajach, jak np. w naszym Nadwiślańskim Grodzie, potoczne rozumienie określenia „być modnym” wydaje się całkowicie inne. W grupie rówieśniczej za takową zostanie uznana dziewczyna posiadająca szafę pełną sieciówkowych ubrań. Dodatkowo wystrzegająca się neutralności kolorystycznej, niebojąca się niebotycznie wysokich szpilek i kaskad biżuterii. Młoda Polka, żeby zyskać przydomek „modnej” powinna być też wyprasowana, wykremowana i w widoczny sposób atrakcyjna seksualnie. Taka moda mało ma wspólnego z kreatywnością czy znajomością pracy projektantów. Jest raczej odbiciem poważanych przez dane społeczeństwo wartości, a także pozycji kobiet. Polka ma być więc reprezentacyjna i ponętna, ale nie wulgarna. Wystarczy pierwsze spojrzenie na osławiony styl skandynawski, gdzie eksponowanie i podkreślanie zostaje zastąpione funkcjonalnym minimalizmem i jakością wykończenia. Modelowa Szwedka nie krzyczy każdym centymetrem swojego ciała: „uwaga, szukam partnera, oto moja oferta”. Cóż, nie musi. Szwecja to bogaty kraj, niemający aż tak dużej dysproporcji płac w zależności od płci. Na pocieszenie zostaje nam zawsze rzut oka na styl obowiązujący za naszą wschodnią granicą. Laikowi mógłby przywieść na myśl ubiór charakterystyczny dla najstarszego zawodu świata. I nie ma w tym nic śmiesznego, wszystkie przecież „jesteśmy przynętą, kochanie”. A to, że taką z mniejszym dekoltem i dłuższą spódnicą, bo trochę lepiej wykształconą i bardziej zamożną, to nieistotny szczegół.

Ugruntowana relacja

Odsuńmy jednak na bok socjologiczne dywagacje home made i przyjrzyjmy się stylowi oraz jego podejrzanym stosunkom z modą. Styl to zespół pewnego rodzaju cech dystynktywnych, które wywołują określone skojarzenia i prowadzą do rozpoznania – w podobny sposób poznajemy, czy jest to Gucci, czy jest to barok lub renesans. Pojęcie to powinno w zasadzie opierać się na tym samym – sposób, w jaki ubiera się dana osoba staje się jej wizytówką. Tak właśnie jest ze wspomnianymi już Anną Wintour i Karlem Lagerfeldem. To, jak wyglądają jest właściwie oddzielną marką, stojącą niejako poza modą, ale czerpiącą z niej garściami. Ich styl budzi skojarzenia z określonymi cechami charakteru, wywołuje przemyślane wrażenie. Nie trzeba wcale stawiać na krzykliwość jak Jeremy Scott czy Anna Dello Russo, wystarczy powtarzalność pozbawiona nijakości. Posiadanie własnego stylu jest też jedną z rękojmi utrzymywania zdrowych relacji z modą. Sprawia, że umiemy dokonać selekcji tego, co jest „dla nas” w gąszczu trendów, niezależnie od tego, czy będą to propozycje z najnowszego pokazu Ann Demeulemeester czy krój kiecki sprzed trzech sezonów zgapiony od królowej szafiarkowa.

mike-merrill_15

Moc przekazów podprogowych

Droga do indywidualnego stylu jest długa i wyboista, czasem nieosiągalna. Ale prędzej da się go wypracować niż nabyć drogą kupna. Tak, jak ludzie mają poglądy polityczne, mniej lub bardziej wyraziste, tak mają też preferencje estetyczne – jeden rabin powie „czerń, tylko czerń, zawsze czerń”, dla innego będzie to kwestia niemal transparentna. Nawet jeśli bezwiednie zmieniacie co sezon kolorystykę garderoby i zawsze kupujecie model butów, które akurat noszą wszyscy na mieście, warto żebyście zadali sobie jedno zajebiście ważne pytanie. A nawet dwa. Dlaczego wybieracie takie, a nie inne ciuchy i co wasza stylówa mówi o was. Bo mówi więcej, niż się spodziewacie, więc warto mieć nad nią kontrolę. Styl jest rodzajem niemal plemiennego kodu, na podstawie którego ludzie rozpoznają pobratymców w tłumie. Dzieje się tak oczywiście w przypadku rzucających się w oczy subkultur, ale też znacznie mniej dosłownych elementów niż wielki irokez albo tribal na łydce. Przykład? Przejrzyj swojego Tindera i zastanów się, kogo instynktownie odrzucasz – całkiem wyględnych nosicieli Lacoste’a, a może facetów z długimi włosami?

Więcej niż ubrania

W 2009 w Nowym Yorku powstało Style Like U. Stylistka Elisa Goodkind pod wpływem obserwacji swojej obsesyjnie odchudzającej się córki, a także zmian zachodzących w branży, postanowiła rzucić pracę. Drażniła ją coraz bardziej zaciekła promocja jednowymiarowego wyobrażenia o kobiecym pięknie i elitarna moda dla wybranych, tj. bogatych i szczupłych. Wraz z córką, Lili Mandelbaum, kupiły kamerę wideo i założyły kanał na YouTubie, na którym umieszczały filmiki ze spotkań z ludźmi wyróżniającymi się pod względem wyglądu. Nagrania doprowadziły je do konkluzji, że styl, który usiłowały uchwycić, pokazując co leży w czyjejś garderobie, to nie tylko godna pozazdroszczenia kolekcja biżuterii z marokańskiego targu i vintage spodnie Lanvin, ale także odbicie historii danej osoby. Jej sposób na komunikację ze światem, a przede wszystkim droga do samoakceptacji. Zamiast katować swoje ciało ćwiczeniami podczas podejmowanych ciągle na nowo prób osiągnięcia idealnego kształtu, bohaterowie wybierali oswajanie ciała za pomocą ubrań; drogę w Polsce praktycznie nieznaną lub marginalizowaną. Te doświadczenia doprowadziły Lily i Elisę do projektu What’s underneath, w ramach którego zaproszona osoba zdejmuje z siebie poszczególne warstwy stroju, opowiadając o sobie i starając się odpowiedzieć na pytania, dlaczego jej ciało jest dobrym miejscem do mieszkania. Łatwo można zarzucić temu projektowi bazowanie na taniej sensacji (zwłaszcza, że w ramach What’s underneath przed kamerą rozbierają się także m.in. osoby LGBT, o różnej budowie ciała i w różnym wieku), jednak wystarczy obejrzeć kilka nagrań, żeby zmienić zdanie. Cykl stał się sceną wyznań o niezwykle silnym ładunku emocjonalnym, gdzie bohaterowie opowiadają o swoich najbardziej traumatycznych przeżyciach.

scarlett rouge & michele lamy

A widzowie obserwują, jak wraz z pozbywaniem się kolejnych części garderoby, stanowiących jednocześnie maskę i tarczę, zmienia się sposób, w jaki mówią uczestnicy projektu. Na kanale i blogu Lily i Elisy można obejrzeć także cykl dotyczący społeczności noszących uniformy – zakonnic czy baletnic. Z kolei seria Closets jest intymnym przeglądem kobiecej kultury alternatywnej. O ewolucji swojego stylu i tym co w niej nieodzowne – metamorfozie podejścia do własnego ciała i ubrań – opowiadały dla Style Like U między innymi Angel Haze, amerykańska raperka i lesbijka, promowana przez kultowy magazyn I-D; pochodząca z Francji piosenkarka SOKO czy Tallulah Willis, córka Bruce’a Willisa i Demi Moore. „Moda jest dla mnie trochę jak ogolona cipka”– powie Elliphant w jednym z odcinków serii Closets, mając na myśli wybiegowe looki. Niby wygląda to ładnie, schludnie i zachęcająco, ale jest niewygodne, nieludzkie i przewidywalne. Dopiero gust pozwalający na eklektyczny dobór elementów połączony z indywidualizmem nadają modzie duszę. O gustach się nie dyskutuje. Jeśli ośmielicie się kiedyś zapytać dlaczego, w sukurs przyjdzie wam inna wyświechtana sentencja, głosząca, że ,,Ładne jest to, co się komu podoba”. Co jednak w sytuacji, w której wszystkim podoba się to samo? Cóż, wszelkie stadne skupiska to azyl dla braku polotu.

tekst | Helena Łygas

zdjęcia | Elisa Goodkind StyleLikeU.com

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera