Marta Syrwid: Coraz mniej ufam natchnieniu

Kobieta z długimi włosami na tle półki z książkami

Zadebiutowała w wieku szesnastu lat zbiorem opowiadań „czkawka”. Tworzy niebanalną prozę. Nie boi się trudnych tematów. Podchodzi niezwykle krytycznie zarówno do swojej twórczości, jak i innych literatów. Nie jest w stanie zdzierżyć grafomańskiej pseudoliteratury. Brodzi w lingwistycznym bagnie, by znaleść defekty utworu, wytknąć je autorowi i zadrwić z braku pokory. Alergicznie reaguje na egocentryków zwących się wieszczami narodu.

Jak idzie praca nad nową, czwartą książką? Czy faktycznie będzie ona dotyczyć lat 60. XX wieku w Polsce?

Tak. Książkę zaczynałam już trzy razy i trzy razy ją wyrzucałam. Wydaje mi się, że wciąż jeszcze nie mam wystarczającej ilości materiałów, żeby czuć się pewnie w tym temacie. Zbroję się więc nadal, bo nie chcę też być łatwym łupem wszystkich tych, którzy wymówią mi mój wiek, twierdząc, że gówniara urodzona w ’86 nie może rozumieć lat 60. Poza tym zmienia się też koncepcja całości.

Czy będzie to kolejna fabuła?

Nie, nie. Chciałabym pisać o latach 60., przyjmując perspektywę podobną do tej, którą obrał Herbert w Martwej naturze z wędzidłem: z dzieł sztuki i źródeł starać się odtwarzać historię. Nie będzie to powieść, ale raczej eseje przetykane wywiadami.

Zmieniając temat, czy literatura określana epitetami „zły, płytki, miałki” jest Twoim zdaniem potrzebna? Czy pełni określoną rolę?

No tak – mówisz o Koktajlu z maku. Literatura, niezależnie od tego czy jest mierna, czy wysoka, służy między innymi do rozwijania wyobraźni i każda powieść może pełnić właśnie taką funkcję. Pytasz, czy czytelnicy „płytkiej literatury” nie są w stanie rozwijać swojej wyobraźni? Że niby utknęli gdzieś w mule?

Bardziej, czy ich gust rzeczywiście zasługuje na potępienie. W sumie każdy wysiłek intelektualny, który nie jest tępą rozrywką w jakimś stopniu powinien być godny raczej pochwał niż kpin ze strony osób „intelektualnie uprzywilejowanych”.

Dla niektórych ten „wysiłek intelektualny” jest właśnie rozrywką. Inni szukają w rozrywce typu Dom nad rozlewiskiem ucieczki od tego właśnie wysiłku – i tyle. Nie wszystko jest dla wszystkich. Na potępienie zasługuje raczej postawa, w której na ołtarze wynosi się rzeczy mierne, tylko dlatego, że dobrze się sprzedają. Poza tym, czemu zakładać, że czytanie jest większym „wysiłkiem intelektualnym” niż słuchanie muzyki? Czytanie książek autorstwa szafiarek wymaga od odbiorcy mniej niż słuchanie Bacha, tak sądzę.

Kobieta w ciemnej bluzce z dłonią przy twarzy

Czy taka „prosta/zła” literatura może kształtować od- biorcę w wartościowy sposób?

To kwestia tego, czy osoba, która czyta taką książkę, uważa to doświadczenie za wzbogacające. Można czytać literaturę średnią w pociągu, ale mieć świadomość, że istnieje jeszcze coś lepszego. Z kolei można być odbiorcą tylko i wyłącznie miernoty literackiej i jeszcze czerpać z tego satysfakcję – wtedy to jest czytelnicze upośledzenie.

Czy selekcjonując pisarzy do Koktajlu z maku kogoś oszczędzałaś? Brałaś pod uwagę niedojrzałość, choćby metrykalną, autorów?

Tak, zawsze się nad tym zastanawiam, bo chcę być w porządku. Mam zresztą nadzieję, że widać tę troskę w Koktajlu z maku. W tych felietonach zajmuję się przede wszystkim ludźmi, którzy niezachwianie wierzą w swój talent (jak na przykład człowiek, który pisze o sobie, że jest niczym Homer oraz że napisał epos lepszy niż Eneida Wergiliusza). Nie mam skrupułów, kiedy widzę takiego niebezpiecznego, szalonego wieszcza. Ale – pisałam kiedyś koktajl o młodych pisarkach, czternasto szesnastolatkach, które już mają na koncie po osiem książek. Za żenujące w ich przypadku uważam nie to, że piszą powieści, ale fakt, że ktoś to wydaje i promuje pod hasłem „druga Masłowska”. Kiedy widzę, że taki nastolatek nie ma żadnej świadomości – ani tego, co napisał, ani tego, jak się go promuje – wówczas traktuję go ulgowo. Poza tym są też emerytki, które po prostu lubią pisać, ale nie szaleją z jakimiś histerycznymi wierszami o Smoleńsku i nie próbują porwać za sobą narodu. Nie toleruję za to tych, którzy na tanich wzruszeniach robią pieniądze. Postacie takie jak Krzysztof Cezary Buszman są po prostu szkodliwe.

Spotkałaś się kiedyś z jakąś reakcją ze strony twórców, o których piszesz?

Jasne. Tajna Polska aka Adam Bolewski mi groził.

Czym?

No wiesz, że mnie znajdzie, że go jeszcze popamiętam, takie tam. Chodziliśmy wtedy do jednej szkoły. Trochę się bałam, bo wiedziałam, że leczył się na głowę i duszę, ale możesz tego nie pisać, bo będzie mu przykro (śmiech).

Czy ktoś dedykował Ci kiedyś jakiś utwór, wierszydło o zranionym miażdżącą krytyką serduszku?

Dostałam kiedyś wiersz od grafomana upośledzonego umysłowo, ale o nim akurat nie pisałam w Lampie. Takim potworem nie jestem. Pamiętam za to, że Piotr Sobół napisał polemikę z moim tekstem dla portalu dwutygodnik.com. Podsumowałam tam swoje dwuletnie doświadczenia z literaturą grafomańską i wymieniłam m.in. jego dzieło. Zarzuty Sobóła były klasyczne: że złośliwie wybierałam z jego tekstów fragmenty, mające go ośmieszyć i że nie znam życia, bo treść, która mnie się wydaje absurdalna, wcale absurdalna nie jest. Chodziło mu głównie o to, że mieszkańcy Bieszczad są prawi i sprawiedliwi, a reszta to hołota. Nie ustosunkowałam się do tej polemiki, bo jak już powiedziałam – takim potworem nie jestem.

Stosunkowo mały odzew na „koktajle” wynika też z tego, że Lampa jest papierowa, a publikowane tam teksty nie są zamieszczane w internecie. Jest to swego rodzaju paradoks – mnóstwo ludzi wysyła swoje utwory do magazynu, ale mało kto go później czyta. Podejrzewam, że wielu bohaterów Koktajlu z maku, których teksty wybrałam spośród tych przysłanych do wydawnictwa, nawet nie wie, że o nich napisałam. Ale koktajl i tak sobie radzi, czytelnicy go kojarzą i przysyłają mi książki do recenzji. Niedawno jeździłam po różnych miastach, promując ten zbiór felietonów i ludzie po spotkaniach wręczali mi różne okropne książki. Dostałam między innymi tomik Misterium solitera. Oprócz Pustyni zdychających łabędzi jest to chyba najgorszy tytuł, jaki widziałam.

Jak wyglądały początki Twojej kariery stricte literackiej. Debiutowałaś w wieku zaledwie szesnastu lat…

I to był błąd.

Dlaczego?

Przede wszystkim jeszcze nie wiedziałam, o czym i w jaki sposób chcę pisać. Nic nie umiałam, bądźmy szczerzy. Pisałam opowiadania dla przyjemności. Cieszę się, że nikt nie usiłował kierować moją karierą, bo prawdopodobnie skończyłabym jako najmłodsza polska grafomanka. Trochę żałuję, że nie zadebiutowałam w wieku – powiedzmy – dwudziestu pięciu lat. Nie wstydzę się debiutanckich opowiadań albo powieści, ale gdybym zabrała się za niektóre tematy kilka lat później, umiałabym je po prostu lepiej zrealizować. Ale ja nigdy nie jestem zadowolona. Za dziesięć lat pewnie powiem, że w tym 2015 to w ogóle jeszcze nie umiałam pisać.

Czy według Ciebie można świadomie kierować karierą literacką w Polsce, biorąc pod uwagę to, jak wygląda nasz rynek wydawniczy?

Jasne, że można. Przykładów jest coraz więcej. Kuba Żulczyk stał się już na przykład „marką”, panuje nad swoim wizerunkiem i to działa. Poza tym od pisarza – poza literackimi osiągnięciami – wymaga się i społecznie, i medialnie znacznie więcej, zatem nie tyle „można”, ile trzeba tą karierą świadomie kierować.

Wracając jeszcze do wczesnych debiutów, czy z wiekiem autor nie traci na swojej spontaniczności?

Nie wiem, czy spontaniczność to jest to, co decyduje o jakości literatury. Sama coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że literatura to jest ciężka praca i im jestem starsza, tym mniej ufam „natchnieniu”. Natchnienie to jest raczej taki bonus dla pracowitych. Ważniejsza od spontaniczności jest systematyczność. Warto spisywać i porządkować pomysły, które przychodzą do głowy. Ja robię ich długie listy. Największą radość sprawia mi zresztą redagowanie, szlifowanie, ulepszanie, ale pod okiem dobrego redaktora.

Jakiś czas temu w polskich mediach, bodajże za sprawą wpisu Kai Malanowskiej na Facebooku, wybuchła głośna dyskusja na temat zarobków pisarzy w Polsce. Czy utrzymujesz się z pisania?

Nie. Co więcej, nie chcę się z niego utrzymywać, bo już tego próbowałam i to było koszmarne. Poświęcałam mnóstwo energii na to, żeby zarobić dwa tysiące – uzbierać je z robienia tekstów użytkowych. I nie miałam już później czasu i siły na pisanie książki. Zresztą większość pisarzy w Polsce żyje nie tyle z beletrystyki, co z tekstów zleconych – recenzji, felietonów, tekstów paraartystycznych. O konieczności takiego pisania użytkowego mówił też zdaje się Żulczyk, polemizując z Malanowską. Ja miałam co prawda pewien problem ze znalezieniem pracy niezwiązanej z pisaniem, ale jak zmieniłam nazwisko na typowe i niesprawdzalne w internecie, to ludzie zaczęli mnie traktować poważnie. Bo jak wpiszesz Marta Syrwid w Google, to wyskaku- je gwałt albo anoreksja… (przyp. red.: debiutancka powieść Marty Syrwid Zaplecze porusza problem anoreksji, z kolei bohaterka Bogactwa zmaga się z traumatycznymi wspomnieniami gwałtu).

I określenie „najlepsze ciało polskiej literatury”. Pamiętasz kto wypowiedział to zdanie o Tobie?

Zdaje się, że Piotr Marecki z Ha!artu.

Z perspektywy czasu jesteś na niego zła, czy raczej myślisz, że zrobił Ci dobry PR?

Przede wszystkim to ogromny ciężar! Zestarzałam się przez te 10 lat i nie daję rady już go dźwigać! (śmiech) Chyba istotne jest też to, na jakim etapie życia jesteś w ten sposób określana. Co innego być dojrzałą kobietą, mieć świadomość tego, kim jesteś, a kim nie, a co innego być osiemnastolatką. Najbardziej mnie wkurwia, że ludzie cały czas to przytaczają. Fajnie by było, gdyby ktoś inny teraz został oficjalnie „najlepszym ciałem”. Bo niby takie śmiechy-chichy, ale jednak utrudniło mi to kilka rozmów o pracę, bo sobie ludzie mnie wygooglowali. W pewnym momencie stwierdziłam, że muszę zrobić odwrotnie niż większość pisarzy i przybrać pseudonim – nie na potrzeby pisania, ale tzw. codziennego życia.

Pomarańczowa okładka książki z obrazkiem człowieka przed stertą dokumentów

Funkcjonujesz zawodowo pod fałszywym nazwiskiem?

No tak. Myślałam, że się nie uda, ale od razu zaskoczyło. Moja praca polega przede wszystkim na sprawdzaniu dokumentów. To bardzo fajne, bo w żaden sposób nie siada na ambicji, a już na pewno nie tak, jak pisanie artykułów pod prawdziwym nazwiskiem. Po sprawdzeniu stu tabelek, pisanie eseju jest ogromną przyjemnością. Kiedy trzeba żyć, czy raczej wyżyć z literatury, pisanie staje się przykrym obowiązkiem i to jest dopiero dobijające. Odkąd jestem powiedzmy Joanną Nowak mogę sobie pisać własnym tempem, a nie zastanawiać się czy dam radę skończyć do października i czy będę miała pieniądze na rachunek za prąd. Stypendia dla pisarzy też są stresujące. Masz wyznaczone ramy czasowe, a potem dzwoni do ciebie urzędnik i mówi: „daliśmy ci tyle i tyle, gdzie jest książka?”. Ja nie mogę tak funkcjonować, męczy mnie to bardziej niż tabelki.

Czy szczególnie kogoś cenisz w polskiej literaturze najnowszej?

Powinnam teraz wymienić nazwiska jakichś moich znajomych. Hm. Bardzo cenię Małgosię Rejmer za Bukareszt i z niecierpliwością czekam na jej kolejną książkę. Poza tym wydaje mi się, że osobą, która zaproponowała polskiej literaturze coś interesującego jest Maciek Sieńczyk. Ostatnio odkryłam też Jacka Świdzińskiego. Jego komiks Zdarzenie. 1908 jest fenomenalny! Natomiast poza wymienionymi osobami polska literatura nieszczególnie mnie wciąga, czy bawi. Nie podoba mi się też, że tematy są wzięte jakby z linii Intercity Warszawa-Kraków. A przecież Polska jest na wszystkich tych stacjach, gdzie Intercity się nie zatrzymuje. Za mało jest opowieści lokalnych i za dużo Warszawy. Ostatnio nawet jest chyba jakiś taki trend, że po kolei każda stołeczna dzielnica opowiada swoją historię. Ile można?

Uważasz, że miejsce, w którym mieszkasz, ma wpływ na to, jak piszesz czy raczej jest to zupełnie nieistotne?

W moim przypadku ma to olbrzymie znaczenie i sprowadza się do tego, że muszę mieszkać w Krakowie. Tam jestem w stanie uporządkować sobie czas. Potrzebuję na bieżąco bardzo wielu usług: muszę mieć obok krawcową, szewca, pralnię, elektryka, pocztę i aptekę. To może się wydawać śmieszne, ale dla mnie to jest niepodważalna zaleta Krakowa, że na przykład mogę wyczyścić płaszcz za rogiem, a nie jechać z nim pół godziny dwie dzielnice dalej. Jestem bardzo mieszczańska. Tak, chodzę w czystych płaszczach, zawsze mam wypastowane buty, a jak ktoś ma zarzyganą kurtkę, to mu nie ufam. I wracając teraz do początku… Gdy mam uporządkowany czas i uporządkowaną garderobę, popłacone rachunki, pełną lodówkę i naprawioną przez elektryka z sąsiedztwa lampkę, to mogę wreszcie poświęcić czas na pisanie. Z pracą też tak jest: wstaję rano, odwalam kilka godzin niezbędnych, a potem się odcinam, piszę albo czytam i robię notatki. Na odwrót bym nie mogła, bo wciąż ciążyłoby na mnie to, że za dwie godziny trzeba usiąść do tabelek. Jak nie mam ogarniętych głupich spraw, to nie mogę się skupić na poważnych.

A co interesuje Cię w literaturze nie jako pisarza, ale jako czytelnika?

Jestem bardzo zdyscyplinowanym czytelnikiem. Właściwie zawsze łączę swoje lektury z tym, co akurat piszę. Od dawna interesuję się latami 60., więc czytam książki przede wszystkim z tamtego okresu lub na jego temat.

Ograniczasz się do polskiej literatury z lat 60.?

Czytam też książki, które pokazują tę dekadę w innych krajach, na przykład Jenny Diski ciekawie pisała o latach 60. w Wielkiej Brytanii. Ostatnio czytam też popularną polską prozę z lat 60., na przykład pierwsze książki Chmielewskiej i powieści milicyjne. Wiem z nich choćby to, ile kosztował kilogram węgierskich pomidorów (śmiech).

Dlaczego akurat lata 60. w Polsce? Co takiego Cię w nich zainteresowało?

To średnio ekscytująca historia. Kiedyś na filmoznawstwie obejrzałam świetny lm pt. Pingwin z ’65 roku. Zresztą wszyscy ludzie, którym go pokazuje są oczarowani. Obecny, długoletni już chłopak mojej koleżanki podrywał ją na ten film. Kiedy zobaczyłam Pingwina po raz pierwszy, pomyślałam, że jest tak piękny, że muszę się zająć tym okresem w pracy magisterskiej.

Jaki był jej tytuł?

Wizerunki młodych ludzi w polskim kinie lat 60. Praca się wszystkim podobała i dużo osób sugerowało, że powinnam ją wydać, ale stwierdziłam, że nie będę lamą, która publikuje swoją magisterkę i jeżeli w ogóle coś z tą wiedzą mam zrobić, to lepiej będzie, jeżeli wykorzystam ją do napisania książki o latach 60. Żeby wreszcie przestać martwić się o pieniądze, złożyłam wniosek o stypendium Młoda Polska, dostałam je i zaczęłam uzupełniać swoją wiedzę o tej dekadzie, co robię do tej pory, mimo że stypendium dawno się już skończyło. Podchodzę do tematu bardzo ambicjonalnie, trochę na zasadzie „pokażę wam i sobie, że potrafię”. Podobnie było z moimi wcześniejszymi książkami. Po premierze debiutu, zbioru opowiadań Czkawka, chciałam udowodnić, że potrafię napisać powieść. A potem, że potrafię napisać kolejną, znacznie lepszą powieść. No, a teraz mamy etap eseju.

Rozmawiała: Helena Łygas
Zdjęcia: materiały promocyjne

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera