
Helena Stiasny, Malarka i modelka
Helena Stiasny tworzy w ciszy własnej pracowni, wypuszczając w świat kilkanaście obrazów rocznie, po które kolekcjonerzy ustawiają się w kolejce. To artystka, która o wielkich rzeczach potrafi rozmawiać na miękko, z niezwykłą czułością i hipnotyzującą prawdą. Jej specjalność? Portrety kobiet. Intymne, niejednoznaczne i magnetyczne. Obrazy Heleny nie dają gotowych odpowiedzi. Mają być jak rozmowa z przyjaciółką, która czasem zaszokuje swoją szczerością, ale ostatecznie położy rękę na ramieniu i da poczucie, że „nie jesteś z tym sama”. Nasza rozmowa to zaproszenie do świata, w którym kobiece ciało zrzuca z siebie wiekowe warstwy kulturowej opresji a proces twórczy bywa równie bezwzględny, co fascynujący.
Ada Zoń: Gdybyś miała odpowiedzieć na to pytanie – kim jesteś – to co byś powiedziała?
Helena Stiasny: To mnie najbardziej przeraża, bo generalnie jestem w stanie dużo powiedzieć, ale jak mam się przedstawić, to mówię tak: nazywam się Helena Stiasny, jestem malarką… I co dalej? I kim ja, k***a w ogóle jestem? Nadal się zastanawiam.
A: Skoro tak mocno i naturalnie utożsamiasz się ze swoim rzemiosłem, to znaczy, że sztuka i człowiek mocno się u Ciebie przenikają. Jak podchodzisz do problemu oddzielania dzieła od twórcy, gdy okazuje się, że autor genialnych prac prywatnie był np. człowiekiem toksycznym? Czy potrafisz w pełni odrzucić jego sztukę, czy starasz się to jakoś rozgraniczać?

H: Dopóki ta osoba żyje – tak. Ale jak umrze, to już nieważne (śmiech).
Za każdym razem się zastanawiam. Do takich kontrowersyjnych kwestii zawsze staram się podchodzić na miękko i to rozważyć, bo łatwo polecieć zero-jedynkowo w teorii, a potem przychodzi co do czego i okazuje się, że te nasze teoretyczne deklaracje można do śmieci wywalić.
Na przykład co z Hansem Bellmerem, który przecież był świetnym artystą, ale jakiś czas temu wyszły po polsku opowiadania Uniki Zürn – jego dziewczyny. Nawet pamiętając, o procesach rządzących auto-fikcją, nie wychodził na fajnego gościa. Albo co z Picassem, który był, mało delikatnie mówiąc, po prostu ch*jem, ale jego spuścizna, jego prace to jest coś totalnego, na co zawsze patrzę z wielkim podziwem, bo one są po prostu bardzo, bardzo dobre. To są takie zagwozdki. Podobnie z Alicją w krainie czarów i fascynacją Lewisa Carrolla, który fotografował małe dziewczynki upozowane na odaliski. One były ubrane, ale to było niepokojące przekroczenie jakiejś granicy.
A: Jaki jest odsetek kobiet i mężczyzn na Twoich wystawach?
H: Co do odbiorców to jest mniej więcej po równo, choć to są różni odbiorcy i czego innego oczekują. Są kobiety, które bardzo się utożsamiają z tym, co maluję. Sporo mężczyzn jest po prostu zadowolonych, że to jest ładne, nagie ciało, ale oni też czują, że tam jest coś więcej i to jest dla mnie ważne.
A: Czy traktujesz swoje obrazy jako skończone komunikaty, czy raczej jako otwarte przestrzenie, w których widz może budować własne znaczenia?
H: Staram się, żeby moje obrazy nie były literalne. Chcę, żeby to było raczej pytanie, rzucony temat i żeby każdy sobie odpowiedział na pytanie, jak się z tym czuje. Chciałabym, żeby moje prace były jak rozmowa z przyjaciółką. Czasem powie ci coś takiego, że ci kopara opadnie, ale czasem powie po prostu: „stara, nie jesteś z tym sama”. Przechodzimy przez to, co jest ludzkie.
A: To, co mówisz o potrzebie usłyszenia „nie jesteś z tym sama”, idealnie trafia w punkt, bo ludzie są dzisiaj potwornie samotni i poszukujący. Nawet sztuki szukamy teraz w pojedynkę, a sam jej odbiór stał się bardzo intymny. Jak myślisz, w którą stronę pójdą galerie i muzea?
H: Przyznam się, że ja też mieszkam i pracuję sama, i też nie jestem dobra w budowaniu wspólnot, więc to jest jakieś wyzwanie. Wydaje mi się, że między innymi dlatego też sięgam po portrety innych kobiet, bo to jest forma nawiązania relacji, zobaczenia drugiej osoby, poznania jej. Zetknięcie z drugim człowiekiem to coś, czego potrzebujemy, my, ludzie jako gatunek.

A: Jak osoby, które malujesz, odbierają siebie na Twoich obrazach i jak wygląda taki proces?
H: Osoby, które maluję, (nie wiem, czy nie mówią tego tylko z grzeczności) ale zwykle są zadowolone. Zazwyczaj jest tak, że spotykamy się raz, na dłuższą sesję. Czasem mam koncepcję, jak chciałabym je namalować, a czasem ustalamy to wspólnie. Siedzimy dwie, trzy godziny takiego faktycznego pozowania i malowania, ale też dużo rozmawiamy. Chcę, żeby to były one na tych obrazach, więc często pytam, co je przejmuje, co je interesuje. Staram się, żeby to było komfortowe doświadczenie, żeby one poczuły się piękne i zobaczone. Chcę, żeby to był rodzaj współpracy. Ten kontekst jest ważny.
A: Dlaczego kobiety? Co Cię najbardziej fascynuje w kobietach?
H: Troszeczkę się nad tym zastanawiałam i szczerze mówiąc, dalej nie jestem do końca pewna. Figurą kobiety byłam zainteresowana od dziecka, od przedszkola. Wydaje mi się, że to jest kwestia ontologiczna – pytanie o to, kim jestem, kim mogę być, kim się staję, kim się stałam i kim jestem w relacji do innych. Gdy byłam nastolatką, prace Ewy Partum czy Anety Grzeszykowskiej robiły na mnie ogromne wrażenie i pokazały mi, że nagość w sztuce to jest jakiś statement.
Z jednej strony gdy jesteś kobietą, doświadczasz swojej fizycznej słabości, a z drugiej strony jesteś fetyszem i bywasz gloryfikowana za jakiś fantazmat. W kontraście tej fizyczności i kontekstów kulturowych jest zgrzyt, zapętlenie i ponakładanie tego wszystkiego. Może ja się w tym po prostu nie orientuję i cały czas staram się wyjaśnić sobie, o co w tym chodzi i dlaczego tak jest. To jest zagadkowe.
Z innej strony kobiece ciało spełnia normy czegoś, co nam się podoba, w tych obłościach, krągłościach i smukłych liniach. To jest coś, co lubimy dotykać i na co lubimy patrzeć, bo to jest miłe. Może to freudowsko przypomina nam ciało matki i bezpieczeństwo? Trochę się z tego śmiejemy, ale coś w tym jest. Postrzegamy też kobiece ciało jako wzór piękna. Nawet jeśli kobieta jest niewyobrażalnie gruba, to jest to wtedy jakąś Wenus z Willendorfu. To się spełnia w kulturze i w tym, czego wzrokowo pragniemy, na co chcemy patrzeć i co sprawia nam wzrokową przyjemność.
I tu wchodzi kontekst kulturowy: z jednej strony odczuwamy tę przyjemność, a z drugiej przedstawienie kobiecego ciała odsyła do opresji, do tego, kto mógł przedstawiać kobiety, jakie kobiety były przedstawiane przez wieki, kto dzisiaj maluje portret kobiety, po co i co ta kobieta mówi. Jeśli jest naga, to czemu i co ta nagość właściwie nam przekazuje? Dzisiaj przekazuje przecież zupełnie coś innego niż kilkaset lat temu czy kilka tysięcy lat temu. Uważam, że to jest mega szerokie pole do eksploracji.
A: Masz czasami tak, że ludzkie ciało w jakiś sposób Cię odrzuca, gorszy?
H: Namalowałam w życiu tyle aktów i już tak przyzwyczaiłam się do kobiecego ciała, że pewnie w ogóle nie odczuwam tego, co zwykle czują ludzie, gdy nagle przedstawi im się nagie ciało. Delikatny szok, odrzucenie? Mam wrażenie, że już tego w ogóle nie mam.
A: Jak to wygląda u Ciebie z pracami? Podobają Ci się i jesteś zadowolona z efektu końcowego?
H: Bardzo trudno mi się zdystansować do tego, co robię. Czasem po prostu akceptuję, że na dany moment już więcej z tego nie wyciągnę. Dopiero po roku lub dwóch latach jestem w stanie na świeżo spojrzeć na obraz i stwierdzić, czy to był dobry, czy zły pomysł. Raczej do nich nie wracam, ostatnio zresztą nie mam w pracowni starszych obrazów, bo wszystkie się sprzedały. Zawsze sobie mówię: dobra, jest dobrze, ale następnym razem będzie jeszcze lepiej. Wciąż się rozwijam. Jest jednak taki moment tuż przed skończeniem obrazu, kiedy siedzę, patrzę na niego i to jest najbardziej satysfakcjonująca chwila z całego malowania. Potem, gdy obraz trafia na wystawę, myśli się już o czymś innym. Szczególnie, że mam więcej propozycji, niż jestem w stanie fizycznie zrealizować, bo maluję mniej więcej 12 do 15 obrazów rocznie.
A: A Twoje relacje z innymi artystkami w świecie sztuki, który wciąż bywa zdominowany przez męskie nazwiska, czujesz w nim wsparcie ze strony innych kobiet?
H: Przyjaźnię się z różnymi osobami. Może nie aż tak blisko z samymi artystkami, ale na pewno mamy takie relacje, że chodzimy na kawkę, możemy szczerze obgadać świat sztuki i rozmawiamy o tym, co można by razem zrobić. Jestem mega otwarta i zawsze chętnie zrobię coś z innymi ludźmi. Czasem nie mam na to fizycznie czasu, bo po prostu realizuję dużo projektów, ale generalnie zawsze bardzo lubię działać w grupie, szczególnie z innymi dziewczynami. Czuję, że to siostrzeństwo istnieje.
A: Zdarza się, że inne osoby piszą do Ciebie z prośbą o poradę lub feedback na temat swoich prac?
H: Jeśli chodzi o ocenianie czyichś prac i pytanie: „co myślisz o mojej pracy?”, to żeby ktoś odpowiedział ci rzetelnie i szczerze, to nie wiem, w jak bliskiej trzeba by być relacji. Do takich pytań trzeba mieć naprawdę „sisterhood” na śmierć i życie. Ale jeśli chodzi o rady zawodowe typu rynek sztuki, różne galerie, ale i technologię malarską, to akurat muszę przyznać, że takie relacje działają super w obie strony. Ja zawsze dostawałam dobre i rzetelne porady od artystów i artystek, do których dzwoniłam z pytaniami i sama też zawsze staram się odpowiadać najlepiej, jak mogę, gdy ktoś dzwoni do mnie. Na tym poziomie taka oddolna organizacja artystów działa sprawnie, polecamy sobie galerie, różne akcje, kolekcjonerów, ale robimy też czarne listy, z kim nie współpracować, czy na co przy takich współpracach uważać.

A: Jak oceniasz kwestię konkurencji w branży, masz poczucie, że istnieje jakaś duża rywalizacja, granie nie fair i wyrywanie sobie kontaktów?
H: Wredne zagrywki zawsze się zdarzają, ale wydaje mi się, że z ludźmi, wśród których się obracam, robimy tak różne rzeczy, że ani ja nie czuję się zagrożona, ani oni. Rozmawiamy o tym i to są po prostu inne światy. Mamy też innych odbiorców. Inni ludzie kupują moje obrazy i wieszają je sobie w domu, a inni kupują abstrakcje, ekspresjonizm czy nawet inne rodzaje figuracji. Jasne, super, gdy są osoby, które mają te wszystkie prace u siebie i wystawy, gdzie wszyscy się spotykamy, ale zwykle mamy, jak to się mówi, inny target.
A: Czyli odbierasz świat sztuki pozytywnie i masz z nim dobre relacje?
H: Tak. Wiadomo, ludzie bywają różni, obgadują się nawzajem i podkładają sobie świnie, ale to się zdarza wszędzie. Jestem chyba w komfortowej sytuacji, więc mogę powiedzieć, że jestem zadowolona. Sprzedaję dużo obrazów, ludzie chcą pokazywać moje prace i pytają, czy są jakieś nowe, więc absolutnie nie mam na co narzekać. Z mojej perspektywy w tym momencie jest super.
A: Do czego teraz dążysz i co przed Tobą?
H: Zawsze staram się robić kolejną indywidualną wystawę, która będzie dobra, znacząca. Biorąc pod uwagę, jak długo maluję obrazy, stworzenie spójnego cyklu to zwykle wiele miesięcy pracy. Chciałabym po prostu, żeby te obrazy były dobre – narracyjnie jako wypowiedź oraz jako spójny wyraz estetyczny. Kompozycyjnie i kolorystycznie chciałabym dążyć do czegoś, co będzie wartościowe. Co da nam coś więcej.
Ostatnio dużo pracuję nad moimi mediami olejno-żywicznymi. Tworzę na zielonych podmalówkach i laserunkach, które mają załamywać światło, wydobywać cienie oraz rozbarwienia skóry. To są rzeczy, o których jak zacznę gadać, to nie skończę. W pewnym momencie strasznie zafascynowałam się pigmentami, które położone na różne podmalówki wydobywają przeróżne efekty świetlne, oraz tym, jak możesz łączyć farby, co kłaść pod spód, a co na wierzch. Wychodziłam na imprezę i tylko o tym gadałam. Nikt mi nie zwrócił uwagi, ale w pewnym momencie poczułam się jak klaun, że po prostu chodzę i mówię wszystkim: „Słuchaj, ziemia zielona!”. Stwierdziłam, że trzeba się troszeczkę ograniczać, bo naprawdę nikogo nie interesują moje oleje lakowe.
A: Miłe słowo dla młodych twórczyń od Ciebie.
H: Żeby robiły więcej i dalej. Róbcie, twórzcie i zrobimy razem wystawę! Ogólnie lubię malować sama, ale nad projektami wolę pracować z innymi ludźmi. To jest zawsze inspirująca odskocznia od samotnej pracowni.
Dziękuję za rozmowę.
Więcej prac artystki: https://stiasny.com.pl/
Zobacz też: Tokarczuk, AI i kultura osądu: czego naprawdę dotyczy spór?