Ma kły, ma pazury, czyli kilka słów o Wolverine

Półnagi mężczyzna z papierosem w ustach

Rosomak dostał twarz australijskiego przyjemniaczka i obrożę od amerykańskiego przemysłu filmowego. Teraz przyszedł czas na dawkę kanadyjskiej dzikości i japońskiego okrucieństwa. Snikt!

Zaskakujące jest to, jak bardzo odbiorcy, a za nimi twórcy komiksów i filmów polubili tego akurat członka X-Men. Regeneracja, nadludzko wyostrzone zmysły i wysuwane szpony – początkowo kościane, później z tnącego wszystko adamantu – to ewidentnie przegięte, nużąco mordercze połączenie mutacji i technologii. Wystarczy popatrzeć, jak cała superbohaterska śmietanka trzęsie tyłkami, gdy w pisanym przez Marka Millara (Kick-Ass, The Ultimates) Wrogu publicznym pazurzasty gość rozpoczyna na nią polowanie. Zwykle nie ceni się takich mocarzy. Zwłaszcza jeżeli siła nie idzie w parze z przenikliwą inteligencją. I jeśli nad gwiaździsty sztandar przedkładają ojczysty klonowy liść.

Wolverine jest ze wszystkich superherosów najbardziej męski w takim oldschoolowym stylu. Nie nosi żadnej peleryny, majtek na rajstopy, ma za to niezły strój, z fajnym zestawieniem kolorów. To taki twardziel w stylu kanadyjskich drwali, którzy, co wiemy z Monthy Pytona, są fajnymi chłopami. Skłonny do bitki, nieogolony pijaczyna z cygarem i ciętym językiem – tłumaczy fenomen Szymon Holcman z komiksowego wydawnictwa Kultura Gniewu.

Coś w tym jest. W X-Men: Pierwszej klasie, najlepszym dotąd filmie o tej ekipie, młody Charles Xavier i Magneto rekrutują kolejnych homo superior. Idzie gładko, do czasu, gdy nie trafiają na Howletta. Siedzi w barze i ma dla przybyłych dwa słowa: Odpieprzcie się. Ta scena mówi właściwie wszystko. A jednak powstają kolejne komiksy i filmy uzupełniające napęczniałą biografię Rosomaka.

Doskonale znamy jego początki. Najciekawiej, bo w malarskim stylu i za pomocą utopionych w ciepłym świetle kadrów przedstawia je Origin, Kuberta i Jenkinsa. To historia osadzona w Kanadzie, ale tak przerysowana i melodramatyczna, że w duchu krążących po sieci łotewskich dowcipów. Młody James Howlett (o żadnych bojowych pseudonimach rzecz jasna nie może być mowy), jest chorowity i trzymany pod kloszem w zbudowanej na łzach posiadłości. Matka dawno popadła w obłęd, ojciec to słaby i pochłonięty zarządzaniem majątkiem oraz konfliktem z krwiożerczym dziadkiem typ. Towarzystwem dla dzieciaka jest dwójka służących – Rose i Pies, syn alkoholika, z którego wyrośnie potem niesławny Sabretooth, jeden z głównych przeciwników Wolverine’a. Zazdrość prowadzi do rozlewu krwi, stres do aktywności mutacji, mutacja zaś do wygnania. Nie ma tego złego – praca w pełnych wyrzutków kamieniołomach i polowanie w dzikich ostępach czynią z chłopca mężczyznę, ba, wojownika.

Jego żołnierski trud nieskończony, na dziesiątki serii i one-shotów rozlany. Koniec duetu Castellini/Jenkins zaczyna się po śmierci Sabretootha. Choć zdziwaczały, siwy Logan gada już do siebie, a za sprawą artretyzmu szpony potrafią się mu szpetnie zaklinować, wciąż chce zgłębić swoją przeszłość, odkryć cyniczne posunięcia Weapon X, organizacji, która zafundowała mu amnezję, niewyobrażalny ból i implantowany na żywca, metalowy szkielet. Przy okazji zaś przytrafia się jeden rodzinny interes. Bohater trafia do Japonii. Jednego z ważniejszych dla niego miejsc.

Frank Miller (Powrót Mrocznego Rycerza, Miasto Grzechu, 300) wraz z Chrisem Claremontem pierwszą solową serię Wolverine’a zainicjowali w 1982 roku właśnie tam. W Kraju Kwitnącej Wiśni wytrenowany na maszynędo zabijania facet umoralnił się, na powrót uczłowieczył, a nawet ustatkował. Zarówno reżyser gorącego jeszcze The Wolverine James Mangold, jak i odtwórca głównej roli Hugh Jackman zgodnie przyznali, że ta osadzona w Nipponie opowieść jest ich ulubioną.

To pozwala mieć nadzieję na swoisty renesans, bo zarówno wieńczące trylogię X-Men: Ostatni bastion, jak i X-Men Geneza: Wolverine jawiły się jako hollywoodzkie rzemiosło bez jakiegokolwiek szacunku dla komiksowej chronologii, przynależnych konkretnym postaciom mutacji, ale też urągające podstawowym zasadom logiki czy budowania napięcia. Logana ratował Jackman, któremu nie tylko niczego nie brakowało, lecz pewnych rzeczy miał wręcz za dużo. Po pierwsze centymetrów – Rosomak liczy ich sobie niemal trzydzieści mniej! Po drugie ogłady, bo studiowanie walk Tysona zmienia obieżyświata i fana musicali w bestię najwyżej w sitcomach.

Bez żartów, tym razem Hugh naprawdę ma być furiatem, najbardziej napędzanym gniewem bohaterem komiksowym, jakiego widzieliście. Stara dobra wściekłość wzorowana na rolach Eastwooda, ma być pierwszą i najważniejszą super mocą. Uwidocznia to zresztą ciało aktora. Pierwszy raz w karierze miał czas przygotować je tak, jak chciał, by bardziej przerażało, niż kusiło. Resztę załatwią elementy wzięte od Millera i Claremonta: Yakuza, ninja, samuraje. To w końcu nie jest intelektualne dzieło, choć przewijająca się przez cały czas kwestia nieśmiertelności ma mu nadać trochę głębi.

Nikt Wolverine’owi na wielkim ekranie umrzeć nie pozwoli, to pewne. Na 2014 zaplanowano X-Men: Days of Future Past. Za kamerą znów stoi Bryan Singer, który tchnął w dwie pierwsze części X-Men (zwłaszcza drugą) zaskakująco dużo wizualnego wysmakowania i wrażliwości, de facto pokazał w konwencji efektownego blockbustera uniwersalny traktat o tolerancji. Producentem i współscenarzystą jest Matthew Vaughn odpowiedzialny za Pierwszą klasę, gdzie na singerowski high-tech odpowiedział bondowską retro-elegancją. Na planie spotkają się dwie obsady. Czyli z jednej strony Patrick Stewart, Ian McKellen, Halle Berry (niestety ciężarna, więc jako Storm walczyć i latać nie będzie), Anna Paquin, z drugiej James McAvoy, Michael Fassbender, Jennifer Lawrence i Nicholas Hoult, a pomiędzy nimi spajający wszystkie X-filmy Hugh Jackman. Niby dobrze, choć fani opowieści z dymkiem zgrzytali zębami już po tym, kiedy dowiedzieli się, że The Wolverine będzie dziać się po Ostatnim Bastionie. Jak udźwigną to, co będzie ze spójnością i resztkami komiksowej wierności w fabule zakładającej czterdziestoletnie skoki w czasie? Wiadomo tyle, że Singer udał się na korepetycje do samego twórcy Terminatora Jamesa Camerona.

Jakby ktoś mnie pytał, fajnie by było pchnąć Logana w przyszłość. Przypominam sobie bowiem, jak kwestię howlettowej emerytury rozegrano w Old Man Logan, Millara i McNivena. Ta krwista krzyżówka postapokaliptycznego świata z westernowymi postawami i wciągającym komiksem drogi zaczyna się na pustynnej farmie. Rosomak jest głową czteroosobowej rodziny, rolnikiem płacącym czynsz wnuczętom Hulka i zdeklarowanym pacyfistą. Bieda zmusza go do przedarcia się na drugą stronę zrujnowanej, podzielonej przez najsroższych marvelowych bad-assów Ameryki. A jednak szpony i pięści zostawia na sam koniec, cierpliwie tłumiąc w sobie szał. To byłby film!

Tekst: Marcin Flint

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera