Łukasz Krakowiak: Funkcjonuję poza systemem

Łukasz Krakowiak wiele lat pracował w agencjach kreatywnych jako copywriter. Odejście z branży postanowił zakończyć mocnym akcentem. Napisał książkę „Copyfighter”, w której w ironiczno-zabawny sposób portretuje świat reklamy. Nie wszystkim jest jednak do śmiechu. Z autorem głośnego debiutu rozmawiamy o tym, dlaczego z dnia na dzień zmienił swoje życie, co pozwoliło mu nabrać dystansu i dlaczego przestał marzyć o zarabianiu dużych pieniędzy.

Twoja praca polegała na umiejętnym napędzaniu popytu. Ciekawa jestem, jaki masz stosunek do konsumpcjonizmu.

Wtedy, kiedy pracowałem jako copywriter czy dyrektor kreatywny mój stosunek był bezrefleksyjny. Na początku kariery wydawało mi się wręcz, że uprawiam sztukę. I zawsze pierwszą wersję reklamy przygotowywałem dla siebie. Natomiast oczywiście w miarę upływu czasu zacząłem dostrzegać, że robię rzeczy, z którymi nie zgadzam się etycznie. W tej chwili mój stosunek do konsumpcjonizmu jest całkowicie neutralny, nie zastanawiam się nad tym zjawiskiem. Sam konsumuję niewiele, zaspokajam tylko podstawowe potrzeby. Wymienione w książce fury i lofty są już za mną (śmiech).

Czy w związku z tym jest jakiś produkt, którego nigdy nie kupisz?

Odpowiedź będzie stereotypowa. Staram się nie kupować produktów testowanych na zwierzętach. Ma to bezpośredni związek z tym, czym zajmowałem się zawodowo przez trzy lata. Byłem behawiorystą zwierzęcym, trenerem psów.

Dlaczego właściwie odszedłeś? To był impuls czy do decyzji dojrzewałeś długo?

Podczas pewnego spotkania u jednego z klientów naszej agencji – które zostało zresztą strawestowane w fabule Copyfightera – absurd osiągnął już taki poziom, że nie wytrzymałem i zrobiłem prawie dokładnie to co mój bohater. Publicznie wykpiłem jakość myślenia klienta, merytoryczny bezsens jego uwag. A ten i tak skorzystał z mojej pracy, kupił mój pomysł, bo terminy go goniły i nie miał wyjścia. Ale ja poczułem wtedy, że jeszcze jedno takie spotkanie i zacznę mordować. Niemal z dnia na dzień załatwiłem wszystkie formalności ze swoim wspólnikiem. Moje udziały w agencji miał kto przejąć, więc wymiksowałem się z branży prawie natychmiast.

I postanowiłeś napisać książkę. Czujesz, że rozpoczynając romans z literaturą przeszedłeś do kultury wysokiej? Masz wrażenie przeskoku jakościowego?

Kiedy zaczynałem pracować nad książką, wydawało mi się, że teraz to ja dopiero sięgnę gwiazd i zrealizuję swój potencjał (śmiech). Podczas pisania rzeczywiście ta różnica jakościowa była. Trzy miesiące pracy nad książką, bez cienia wątpliwości, były najszczęśliwszym okresem w moim zawodowym życiu. Doceniałem, że wreszcie mogę robić coś całkowicie na własnych warunkach, choć sama praca była ciężka. Brak różnicy dostrzegłem za to, gdy próbowałem książkę wydać.

To znaczy?

Bardzo szybko okazało się, że codzienny los copywritera różni się w niewielkim stopniu od twórcy prozy. Szukając wydawcy książki, trafiałem na te same absurdalne zarzuty i sugestie, z którymi stykałem się, pracując w agencji reklamowej Na początku pewne duże wydawnictwo wykazało zainteresowanie materiałem, ale już po wstępnej analizie państwo uznali, ze kilka wątków należałoby dopisać. I tu zaczęła się taka procedura, jaką po wielokroć przerabiałem podczas pracy z reklamodawcą. Mam na myśli całkowite niezrozumienie dla głównej myśli artystycznej dzieła. W książce zupełnie pozbawiłem bohatera życia osobistego. To był taki zabieg celowy, który miał wzmocnić w czytelniku poczucie, że w reklamie nie ma się czasu na nic. Natomiast recenzentów z wydawnictwa nie przekonałem do tego pomysłu. Uznali, że bohater nie może funkcjonować w takiej osobistej próżni, a ponieważ, jak stwierdzili, jest dziwny, należałoby mu parę „dziwnych” punktów do biografii dodać. I tu punkt pierwszy: toksyczna matka.

Nie zapaliła Ci się czerwona lampka?

Wtedy jeszcze nie. Pomyślałem, że ci ludzie mają przecież większe doświadczenie, więc spróbuję ich posłuchać. Dopisałem kilka fragmentów, takich sążnistych. Dostałem odpowiedź, że jest już nieźle, ale pojawił się nowy problem – zarzut, że bohater na kartach powieści wydaje się mizoginem. Doróbmy mu zatem jakąś traumatyczną miłość. Dolepiłem więc biedakowi dziewczynę, która go kiedyś strasznie skrzywdziła. Państwo wydawali się w miarę zadowoleni, ale po burzy mózgów stwierdzili, że wciąż im mało. Może niech Artur (główny bohater – przyp. red.) ma jakiś nałóg albo dolegliwość? Np. niech za dużo pije albo niech będzie dwubiegunowy. I tu już nie usiadłem do poprawek. Podziękowałem serdecznie i stwierdziłem, że muszę znaleźć wydawcę spoza mainstreamu. Wydawnictwo Nisza to był strzał w dziesiątkę. Książka wyszła w całkowicie akceptowalnej dla mnie formie. Jest naprawdę moja.

Dlaczego akurat literatura? Poza nią interesujesz się innymi dziedzinami sztuki?

Pasjonuje mnie muzyka. Próbowałem kiedyś nawet zostać wokalistą zespołu heavy metalowego. Szybko okazało się jednak, że na scenie bardzo przydatne jest poczucie rytmu, którego nie posiadam za grosz. W związku z czym muzyka jest teraz dla mnie tłem, ale takim, którego bardzo potrzebuję. Jestem bardzo konserwatywny w muzycznych gustach. Do dziś moją ulubioną kapelą jest Pink Floyd i będę się upierał, że mało kto stworzył cokolwiek lepszego niż The Dark Side of the Moon. Jeśli chodzi o sztuki wizualne, to – jako były twórca billboardów – siłą rzeczy jakoś się tam nimi interesuję. Niemniej, nie czuję się koneserem. A literatura zawsze była moją pasją. Jako czytelnik pochłaniam średnio cztery książki tygodniowo.

I co czytasz?

Bardzo różne rzeczy. Teraz na przykład wracam do bohaterów młodości, wspomnianego już Białoszewskiego czy Stanisława Jerzego Leca. Ale niedawno miałem też burzliwy romans z polskim kryminałem retro. Z tym że nie czytałem tego dla fabuły, bo ta jest na ogół dość przewidywalna. Zachwycałem się językiem, jak np. u Marcina Wrońskiego, u którego można obcować  z piękną, nazwijmy to, gwarą lubelską okresu międzywojennego. Zaimponował mi też Marek Krajewski – u niego z kolei gwara lwowskich batiarów z serii o komisarzu Popielskim. Lektura to dla mnie przede wszystkim obcowanie z językiem.

O ludziach kreatywnych zwykło się mówić, że są liberalni albo lewicowi. Jak jest z Tobą?

W Polsce nietrudno być liberalnym. Oficjalna linia jest bardzo konserwatywna, więc każdy, kto w ujęciu europejskim jest chociaż odrobinę centrowy, w Polsce wychodzi na lewaka. Jestem liberalny społecznie, przy równoczesnym braku liberalizmu, jeśli mowa o gospodarce. Uważam, że dziki kapitalizm, którego zresztą byłem częścią, jest zjawiskiem, które należy objąć jakąś odgórną, państwową regulacją. Jeśli chodzi o sferę społeczną, to jestem za jak największą wolnością.

Czyli ustawiłbyś sobie tęczową profilówkę na Facebooku.

Nie, bo tęczówki to jest chwilowy trend, a ja nie za bardzo lubię wpisywać się w takie trendy. Poza tym legalizacja związków jednopłciowych to sukces społeczeństwa amerykańskiego, nie polskiego. Więc trochę nie wypada się podczepiać. Ja ostatnio poczułem się szczęśliwy z powodu działań polityków, kiedy przeszła ustawa o in vitro. Napisałem do mojego przyjaciela, że się bardzo cieszę, siedzę i piję wino z poczuciem, że dopiero teraz naprawdę wszedłem do Europy. Na co on mi odpisał, żebym rozkoszował się tą chwilą, bo za cztery miesiące, po wyborach, obudzę się w mentalnej Azji.

No właśnie. Boisz się tego?

Już się tego nie boję, bo na tyle, na ile to możliwe, funkcjonuję „poza systemem”. Jestem samowystarczalny, nie prowadzę działalności gospodarczej, nie pracuje na etacie. Dyskusje wokół zmian wieku emerytalnego niespecjalnie mnie dotykają. Podobnie jak upadek ZUS. Staram się wykroić swój własny kawałek świata, w którym się swobodnie poruszam. A ponieważ nie mam na sumieniu żadnych teczek i TW, nie czuję się specjalnie zagrożony.

Jesteś uduchowiony? Masz jakąś filozofię życiową?

Jestem niewierzący, ale – może to zabrzmi głupio – jedność z bliżej niesprecyzowanym wszechświatem, czuję właśnie w kontakcie ze zwierzętami. Natomiast nie modlę się, staram się znajdować siłę na radzenie sobie z rzeczywistością w samym sobie.

Nie możesz tego mówić głośno w tym kraju.

Jeszcze mogę (śmiech).

Przyznam Ci się, że jako dziennikarka wszędzie widzę brakujące przecinki. Przypominasz sobie jakieś swoje zboczenie zawodowe? Patrzysz na coś w wykrzywiony sposób przez to, że byłeś copywriterem?

Jak jeżdżę po mieście i stoję w korkach, to atakują mnie bilboardy, więc patrzę na hasła. Zastanawiam się, czy jest jakieś, które mi zapadło w pamięć. Nic nie przychodzi mi do głowy, co też uważam za dowód na to, że poziom spada. To chyba dlatego, że intuicja copywritera nie jest już tak istotna, o czym wiem od moich znajomych, którzy nadal pracują w zawodzie. Wszystko w agencjach jest podporządkowane działowi strategii. Badania dotyczące przekazu, którymi kiedyś podpierali się klienci, dziś są przeprowadzane również w agencjach. Stratedzy predefiniują komunikat reklamowy nawet na poziomie doboru słów.

W książce pojawia się fragment, który przekonuje, że copywriter to ktoś dobrze opłacany za w istocie niewielki nakład pracy. Wymyśla jakieś pojedyncze hasełko i dostaje przelew. Dziennikarz wręcz przeciwnie, a sytuacja literata zdaje się wyglądać jeszcze gorzej. Przebranżowienie odczuwasz finansowo?

Dwanaście lat pracy w agencjach, w tym prowadzenie własnej, dały mi pewne zabezpieczenie, które pozwoliło mi chociażby teraz na zupełnym luzie napisać książkę i nie bać się o to, czy następnego dnia będę mógł posmarować chleb masłem. Poza tym dawne marzenie o zarabianiu dużych pieniędzy zdążyłem już w jakimś stopniu zrealizować. I uznać je za absolutnie jałowe.

rozmawiała | Jagoda Michalak

zdjęcie | Dominika Jarczyńska

Komentarze
5/5 - (1 vote)

Zapisz się do Newslettera