Lilly Hates Roses: Jesteśmy niepoprawnymi optymistami

Z Kasią Gołomską z zespołu Lilly Hates Roses rozmawiamy o emocjach związanych z tworzeniem muzyki, pozytywnym nastawieniu do życia, Warszawie oraz o polskiej scenie folkowej. Dowiadujemy się też, co jest niezbędne, by osiągnąć sukces.

Czy są jakieś występy, które stresują Was bardziej niż inne, do których przygotowujecie się w specjalny sposób?

Dla mnie tak naprawdę każdy koncert jest wyjątkowy i do każdego podchodzę w inny sposób. Jeżeli chodzi o koncerty radiowe, skupiam się najbardziej na tym, żeby dobrze zaśpiewać, zagrać starannie, nie pomylić – żeby wszystko zabrzmiało bez zarzutu. Przez to mam często problemy, aby nawiązać odpowiednią interakcję z publicznością. To bardzo trudne skupić się na obu tych rzeczach równocześnie. Jeżeli chodzi o koncerty klubowe, to mają one zupełnie inny klimat niż plenerowe. Jedne i drugie uruchamiają we mnie różne emocje. Jednak od lat nie mogę wyzbyć się jednego – stresu przed każdym pojedynczym koncertem! Zawsze boję się mniej albo bardziej. Dużo zależy od tego, jak się w danym dniu czuję.

Graliście też sporo za granicą. Jak na muzykę Lilly Hates Roses reagują ludzie poza słupkami granicznymi Polski?

Wydaje mi się, że publiczność w każdym kraju jest trochę inna. Tak naprawdę przekraczając granicę, za każdym razem debiutujemy i to jest piękne, bo musimy przekonać do siebie ludzi tylko naszą muzyką, nie mamy nic innego do zaoferowania. Ostatnio, podczas pobytu w Anglii, grając pierwszy koncert, zaczęliśmy się zastanawiać nad tym, czy nasze anglojęzyczne teksty są dobrze napisane, czy to jest na pewno ich język (śmiech). Okazało się jednak, że ludzie bardzo uważnie nas słuchają i na przykład uśmiechają się pod nosem, kiedy śpiewam o czymś zabawnym. Bardzo lubimy wyjeżdżać za granicę. Ale oczywiście nie jest tak, że teraz chcemy grać tylko i wyłącznie poza Polską. Bardzo lubimy i cenimy sobie koncerty w naszym kraju i chcemy ich grać jak najwięcej.

Czy występy w Wielkiej Brytanii, m.in. w Londynie i Brighton, wywarły na LHR większy wpływ, czy była to po prostu fajna przygoda, o której szybko zapomnieliście?

Każdy taki wyjazd nas bardzo mocno rozwija. Bycie nikomu nieznanym zespołem, granie koncertów dla wielu ludzi i to w miejscach, do których przychodzą ufając, ze wydarzy się tam coś fajnego, jest ogromnym wyzwaniem. Wtedy my musimy w zamian zapewnić im rozrywkę na odpowiednim poziomie. Ponadto jest to wyzwanie nie tylko muzyczne, ale i fizyczne. Poruszamy się autobusami, a sama podróż do Brighton zajęła nam ponad 20 godzin! Mamy jednak w sobie bardzo dużo pokory i energii do działania.

A gdzie na całym świecie chcielibyście zagrać najbardziej? W jakim legendarnym klubie, na jakim festiwalu?

Chcielibyśmy polecieć do Stanów. Powoli o tym myślimy, ale nie mogę powiedzieć Ci w tej chwili nic więcej… Jeżeli chodzi o konkretne miejsce, to jest nim amfiteatr Red Rocks w USA. Ten przepiękny obiekt położony jest wśród skał i rozciąga się z niego niesamowity widok.

Wróćmy na chwilę do Polski. Lubicie Warszawę? Czy to może relacja na zasadzie miłość-nienawiść?

Oczywiście każde miasto ma swoje plusy i minusy, ale my bardzo lubimy Warszawę. W naszej karierze przewija się ona od samego początku. Nagrywaliśmy tutaj pierwszą i drugą płytę, spędzaliśmy w niej mnóstwo czasu. Kamil już tutaj mieszka, ja za chwilę będę się przeprowadzać. Dobrze się w Warszawie czujemy i mamy już wielu znajomych w tym mieście. Kiedyś zapytano mnie, czy można brać udział w przemyśle muzycznym, nie mieszkając w stolicy. Tak naprawdę można, ale należy się liczyć z tym, że trzeba tu bardzo często przyjeżdżać, czy się tego chce czy nie.

Pytam oczywiście o to przy okazji singla Mokotów promującego Waszą najnowszą płytę. Czy ta dzielnica to naprawdę przedsionek Mordoru?

Mokotów pojawił się w naszym życiu, gdy nagrywaliśmy płytę. Mieszkaliśmy tam przez pewien okres, więc codziennie rano widzieliśmy właśnie zakorkowany Mordor. Było wtedy szaro i zimno, a my nagrywaliśmy wesołe piosenki (śmiech). Sam Mokotów jest bardzo ładną dzielnicą, a ten Mordor jest jakby w nią wklejony na siłę, niepasujący, wyrwany z innej rzeczywistości.

Nie jesteście jedynym zespołem wydającym ostatnio album, który w jakimś stopniu opowiada o Warszawie. Taco Hemingway nagrał niezwykle popularny „Trójkąt Warszawski”. Słuchaliście?

Szczerze mówiąc, całej płyty nie słyszałam, ale widzę, jaki jest szał. To rzeczywiście bardzo dobra muzyka i świetne, trafne teksty.

Jak duży wpływ na brzmienie Mokotowa miał Bogdan Kondracki?

To jest chyba najważniejsze w roli producenta – na czas nagrywania płyty stał się on częścią zespołu. Bogdan, oprócz tego, że idealnie odgadywał nasze myśli, miał mnóstwo własnych pomysłów. Stworzyliśmy tę płytę wszyscy razem.

Czuliście się teraz pewniej w studiu niż wtedy, kiedy nagrywaliście debiutancki materiał? Czy praca wyglądała podobnie?

Czuliśmy się nieco pewniej. Chyba dlatego, że ogólnie dojrzeliśmy w ciągu tego całego czasu – przez dwa lata trochę rzeczy się wydarzyło. Fajne było, że sposób pracy nad pierwszą i nad drugą płytą wyglądał zupełnie inaczej. Pierwszą nagrywaliśmy analogowo, na taśmę z Maćkiem Cieślakiem i piosenki rejestrowaliśmy na setkę, a później dogrywaliśmy do tego jakieś drobne rzeczy. Przy drugiej korzystaliśmy z komputera, więc technologia pozwoliła nam na dużo więcej. Cieszę się, że mieliśmy okazję nagrać dwie płyty na dwa tak różne sposoby.

Wasza muzyka jest bardzo pozytywna, niewinna, pełna energii. Czy w życiu także jesteście takimi niepoprawnymi optymistami?

Tak, staramy się. Nawet, jeżeli mamy akurat trudniejszy moment, to robimy wszystko, żeby sobie z tym poradzić, nie przejmować się. Myślę, że jest to jeden ze składników „przepisu na sukces”. My wszystkie swoje smutki wylaliśmy na pierwszej płycie, teraz staramy się przekazać w naszej muzyce jak najwięcej radości. Przed nami jest jeszcze dużo pracy. Jednak, mimo że gramy dopiero trzy lata, to podchodzą do mnie młodsze osoby i pytają, co zrobić, żeby założyć zespół. Wtedy odpowiadam, że trzeba mieć w sobie dużo pokory, optymizmu i cały czas ciężko pracować.

Dawid Podsiadło wystąpił gościnnie na płycie Mokotów, Peter J. Birch występuje w viralu promującym płytę, Tomasz Biliński z Coldair pije z Wami piwo. Czy środowisko przedstawicieli polskiego młodego folku jest skonsolidowaną, koleżeńską, wspierającą się wzajemnie grupą?

Jest trochę tak, jak mówisz. To jest super, że w tym wszystkim jest jedna pula ludzi. Wszyscy się cały czas mijamy i spotykamy, chodzimy na swoje koncerty i pomagamy sobie muzycznie. Kiedyś myślałam, że „featuringi” planuje wytwórnia albo są one ustalane odgórnie, a tak naprawdę wychodzi to spontanicznie, na tak zwanym piwku.

Na swoją płytę zaprosiliście gości, a czy Was ktoś zdążył już zaprosić do nagrywania swojego albumu?

Tak. Fajnie, że mamy możliwość uczestniczyć także w innych przedsięwzięciach. Brałam udział w projekcie Miuosha, Jimka i Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Na płycie Miuosha też śpiewałam jedną piosenkę. Kamil również będzie śpiewał, ale na razie nie mogę zdradzić gdzie.

lilly

Kamil (druga połówka LHR) w jednym z wywiadów powiedział, że pisanie tekstów jest dla niego medytacją, pewnego rodzaju katharsis. A czym dla Ciebie jest śpiewanie?

Jest to przede wszystkim forma ekspresji. Staram się każdą piosenkę zinterpretować najlepiej jak tylko potrafię i przekazać wszystko, co mam do powiedzenia. Trudne jest dla mnie zwykłe odśpiewywanie. Kiedy tworzę muzykę, zamykam w niej wszystkie swoje emocje i ciekawe jest to, że kiedy Kamil pisze potem do tej piosenki tekst, często opowiada on właśnie o tym, co czułam.

Wasz zespół odniósł już kilka większych sukcesów, dużo koncertujecie, jesteście popularni. Czy na obecnym poziomie jesteście w stanie utrzymać się z muzyki, czy musicie raczej gdzieś sobie dorabiać, jak to niestety często bywa wśród rodzimych artystów?

Powiem tak: żyjemy skromnie, ale godnie!

rozmawiał | Kamil Downarowicz

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera