Lekcja Etyki

Jesz jajka od szczęśliwej kurki. Kanapkę z tuńczykiem popijasz kawę fair trade i zagryzasz czekoladą, przy produkcji której nie ucierpiał ani jeden metr kwadratowy lasu deszczowego. Wszystko to robisz w swetrze firmy odzieżowej, która szanuje swoich pracowników, a podatki odprowadza w miejscach sprzedaży. Czy w takim razie możesz uniknąć skazy na sumieniu, gdy wchodzisz na swój ulubiony pornoagregator?

porno-01

TVN Style kojarzy się raczej z pogaduchami dla pań, które nie mają przyjaciółek niż z czymkolwiek ekstremalnym. Najwyżej z „Ekstremalnymi transformacjami”. Mimo to Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji nało- żyła na stację karę w wysokości 200 tys. zł, uciekając się do środka, który według własnych sprawozdań Rada wykorzystuje „w skrajnych przypadkach”. O co poszło? W sierpniu ubiegłego roku, po godzinie 23.00, stacja wyemitowała film Siła pożądania w reżyserii Eriki Lust – obraz nagrodzony na Festiwalu Feministycznego Porno w Toronto. Zgroza. Ale zaraz, co to właściwie jest „feministyczne porno”? Wbrew pierwszemu skojarzeniu nie chodzi bynajmniej o to, że aktorki nie golą pach. Chociaż większość pornografii, którą można zobaczyć w sieci, wciąż podlega utartym schematom – takim jak damska głowa obijająca się gwałtownie o męskie krocze w takt mniej lub bardziej nieprzyjemnych wyzwisk, choćby o „niszczeniu tyłka” – koncepcja feministycznej pornografii mocno od tych norm odbiega. Narodziła się już w 1984 roku, a było to tak: aktorkę Candidę Royalle wkurzył fakt, że większość kobiet nie czerpie przyjemności z oglądania pornografii, tak jak mężczyźni.

Postanowiła więc robić własne filmy, w których przyjemność kobiety jest co najmniej równie ważna jak efektowny wytrysk na koniec. W ten sposób powstało studio Femme Productions. Choć nikt nie mówił wtedy o feministycznym porno
(gros ówczesnych feministek uważało sam fakt istnienia branży seksualnej za uwłaczający), dziś studio uważane jest za pioniera nurtu etycznej pornografii.

Wiotki biznes
„Bezproblemowy dostęp do ostrego porno w internecie zbiega się dziś z brakiem jakiejkolwiek umiejętności społeczeństwa, by szczerze rozmawiać o seksie. W ten sposób pornografia staje się naszym wychowaniem seksualnym” – mówi Cindy Gallop, założycielka strony Make Love Not Porn, streamingowego serwisu prezentującego amatorskie erotyczne filmy, które mają „pokazać, jak seks wygląda naprawdę i sprawić, by ludziom łatwiej się o nim rozmawiało”. Bez gigantycznych silikonowych biustów, platynowych blond włosów, doczepianych szponów i dławienia kogokolwiek półmetrowym kutasem. Przynajmniej nie bez jej lub jego zgody.
„Branża pornograficzna opiera dziś się na biznesowym modelu ze starego świata, niszczonym przez zalew darmowego porno w internecie, w którego miejsce nie powstało jeszcze nic nowego. Co robi grupa przerażonych facetów, jeżeli jakakolwiek ich branża się rozpada? Gra bezpiecznie” – mówi Gallop, której wystąpienie na konferencji TED z 2012 roku rozpętało niemałą burzę w internecie. „Eksplozja brutalnego, ekstremalnego porno nie wynika z działania złych, wynaturzonych sił w branży, ani z tego, że ludzie stali się bardziej zdeprawowani i zepsuci. Sprawa jest dużo bardziej prozaiczna – to kwestia konkurencji w przemyśle, który ma poważne problemy. Ludzie tego nie rozumieją”.

Głębokie gardło głębokiemu gardłu nierówne
Coraz bardziej rozumie to jednak sama branża. Pierwszą jaskółką był main-
streamowy sukces Jenny Jameson, aktorki, która oprócz gościnnych otworów ma także mózg i potrafi go używać. Potem była Sasha Grey, pornointelektualistka, która obaliła stereotyp, że ostry seks na ekranie musi prowadzić do uprzedmiotowienia kobiety. Grey robiła wszystko to, co piętnują światli krytycy pornografii, jednocześnie otwarcie przyznając, że robi to z przyjemnością i z własnej woli. Okazało się, że na tym właśnie polega ogromna różnica.

Dzisiaj triumfy święci James Deen – nieco na wyrost okrzyknięty pierwszym feministycznym aktorem porno. Deen słynie z przeciągłych spojrzeń w oczy swoich partnerek i tajemniczych szeptów. Furorę zrobiła jego wypowiedź, w której uzasadniał odrzucenie jednej z ról: „Dziewczyny miały udawać, że zrobiły coś «złego», np. nadepnęły mi na but, a ja miałem ukarać je przez ostry seks. To sprawiło, że poczułem się obleśnie” – mówił w wywiadzie dla Good Men Project. Deen i Grey wypowiadają się w imieniu świadomych aktorów, którzy w branży znaleźli się nie z desperacji czy braku innych perspektyw, tylko dlatego, że chcieli. W ten sposób walczą ze stygmatyzacją swojego zawodu i dziwną sytuacją, w której oglądanie porno jest społecznie akceptowane, natomiast tworzenie go – wręcz przeciwnie!

To nie tak, że w pornobiznesie wszyscy są szczęśliwi, upodmiotowieni, świadomi i w ogóle Zack i Miri kręcą porno. Przykłady wykorzystywania i szantażowania aktorów czy powiązań producentów z procederem handlu ludźmi to czarna strona różowego biznesu – i nie są to jedynie mity utworzone przez antypornograficznych agitatorów. Z tymi praktykami zamierza walczyć The Ethical Porn Partnership – związek twórców pornografii proponujący kodeks praktyk dla biznesu, oparty na trzech filarach: jakości, przejrzystości i zgodzie. EPP podkreśla wartość ochrony zdrowia i praw pracowniczych, planuje przekazywać fundusze na rzecz walki z przemocą seksualną i pornografią tworzoną bez zgody uczestników, w tym ze zjawiskiem pornozemsty.

Porno pod strzechy i na uniwersytety
Cywilizowanie pornografii pozwala jej przeniknąć z obszaru wstydu do głównego nurtu popkultury. Dokument Michała Marczaka Fuck For Forest w ubiegłorocznym festiwalu Kinoteka w Londynie pokazywano jako jeden z najważniejszych polskich filmów 2012 roku. Mniejsza o kontrowersje związane z tendencyjnym ukazaniem przez Marczaka norweskich aktywistów, którzy produkują filmy pornograficzne, by chronić tropikalne lasy. Jeżeli polską kulturę reprezentuje film o twórcach porno, to wiedz, że coś się dzieje!
Zamiast zatem udawać, że pornografii nie ma (tak jak stwierdza rząd Wielkiej Brytanii, odcinając obywateli od internetowych treści dla dorosłych, chyba że udowodnią operatorowi własną pełnoletność), warto byłoby dbać o jej jakość? Państwowe rządy nie kierują się spójną i konsekwentną polityką (mimo że w Europie i Stanach kwestia pornografii to sprawa rangi narodowej – w zależności od badań, do korzystania z pornograficznych serwisów przyznaje się ok. 40–80% respondentów obojga płci).
Nadzieja pozostaje w akademii. Szacowne, niemal dwustuletnie wydawnictwo naukowe Routledge opublikowało 21 marca pierwszy numer dziennika naukowego „Porn Studies”. Jeżeli więc interesuje cię trochę twardej akademickiej wiedzy, mam dobrą wiadomość: wszystkie teksty dostępne są za darmo w internecie. Tematyka waha się od aplikowania humanistycznych metodologii względem pocieraczy po gejowską mangę erotyczną. Czego chcieć więcej?

Na przykład tego, żeby im się udało. Kiedy poszła plotka, że koło naukowe Queer UW szykuje na Uniwersytecie Warszawskim konferencję naukową poświęconą pornografii, konserwatywne media podniosły raban tak wielki, jak zwykle, kiedy dzieje się coś naprawdę interesującego (np. kobiety domagają się praw do głosowania). Trzeba przyznać, że organizatorzy strzelili sobie w stopę, rezygnując ze ściśle naukowego charakteru wydarzenia na rzecz bardziej zabawowej formuły – nieszczęsne warsztaty robienia pejczy z dętek rowerowych zdominowały całą dyskusję wokół konferencji, nie pozostawiając wiele miejsca na refleksję o tym, dlaczego i po co warto rozmawiać o porno, i seksie w ogóle.

Czy porno w rękach ruchów feministycznych i intelektualistów nie przerodzi się jednak w bezbarwną, politycznie poprawną papkę z moralizatorskim tonem? Raczej nie ma się czego obawiać. Twórcy feministycznej
pornografii zdają się jednogłośnie mówić, że nie ma nic złego w pokazywaniu nawet
najbardziej wyuzdanych fantazji. Ważne tylko, by podkreślać, że obie (lub wszystkie) strony czerpią frajdę z pokazywanej sytuacji. Bo chyba o frajdę koniec końców chodzi?

 

Tekst | Maciej Piasecki

Ilustracja | Ewa Nowak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera