Krowarzywa, czyli jak mają żyć warszawscy pracownicy gastronomii?

Burger wegański i kalafior

No i stało się! Problem, który dotyczy większości warszawskich lokali, ujrzał światło dzienne. Choć stale obecny, to wciąż skutecznie zagłuszany i niesłyszalny dla konsumentów, stałych bywalców modnych knajp. Czyżby Krowarzywa otworzyły puszkę Pandory?

Od paru dni w internecie nic tylko Krowarzywa, pokrzywdzeni pracownicy i pracodawcy w roli tarczy. Celują internauci, czyli największa siła, jaką możecie sobie wyobrazić. I choć sprawa wciąż jest w toku, to już teraz zmusza nas do refleksji. Krowa dalej żywa, ale jak mają żyć młodzi, warszawscy pracownicy gastronomii? Nawet niezaangażowany użytkownik Facebooka nie musiał długo czekać, aby burgerowy konflikt sam napatoczył mu się przed oczy. Dlaczego informacja o zaniedbaniu praw młodych pracowników tak bardzo potrząsnęła Warszawą? Zacznijmy od początku. Zwolniony został menadżer, z którą to decyzją nie zgodziła się reszta załogi lokalu. W imię swojego sprzeciwu założyli związek zawodowy, za co mieli zostać zwolnieni.

Burger wegański na stoliku

Na publiczne forum wypłynęły informacje o niskich stawkach godzinowych, braku umowy o pracę, wypłatach „pod stołem”. Kolejne wzburzenie wywołała informacja o zainstalowanym monitoringu, który jak sądzą pracownicy, ma służyć tylko i wyłącznie wzmożonej kontroli. A że pracownicy byli fair, to owa kontrola jest niezasadna i krótko mówiąc, przykra. Właściciel lokalu niezłomnie się bronił, negocjował i podtrzymywał, że wynagrodzenie jest konkurencyjne, a jedyna osoba, która straciła pracę po prostu nie wywiązywała się należycie ze swoich obowiązków. Cała afera zakończyła się, jak mogłoby się wydawać, happy endem. Pracodawca poszedł na kompromis. Opublikował oficjalne oświadczenie, w którym to zapewnia, że podwyższy stawki dla pracowników, zagwarantuje umowę o pracę i wykaże przychylność wobec zawiązanego związku zawodowego. Zwolnionego do pracy przywrócić nie chce, co najwyraźniej dalej budzi kontrowersje, bo pomimo szeregu obietnic i konsensusu, następnego dnia żaden z obecnych, zatrudnionych pracowników nie stawił się do pracy. Kto na tym straci, a kto zyska? My wróżyć z fusów nie będziemy, pozostaje nam przyglądać się całej sprawie i trzymać kciuki za powodzenie dla obu stron. Bo pracowników, pracodawcy, tak samo jak i najlepszych wegańskich burgerów w Warszawie, zwyczajnie nam szkoda.

Warszawska gastronomia to jak wieczny konflikt interesów pracownika i pracodawcy. Pytanie, kto i w którym miejscu popełnił błąd, wydaje się zbyt trudne, aby odpowiedzieć na nie jednoznacznie. Umowa o pracę to dość rzadki zaszczyt, jaki spotyka młodego barmana czy kucharza. Praca na czarno stała się na tyle powszechna, że idąc na rozmowę kwalifikacyjną, mało kto pyta o formę współpracy. Stawki godzinowe też pozostawiają wiele do życzenia, jednak nie oszukujmy się, pracodawca płaci mało, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce za tyle pracować. Tylko kto? Wśród barmanów wciąż słychać prześmiewcze głosy w kierunku słoików, osób przyjezdnych, na których wciąż zrzuca się odpowiedzialność za obecny stan rzeczy. Przyjeżdża Sławek z Małkinii i chce być kucharzem. Zosia z okolic Piły zażyczyła sobie studia w Warszawie i pracę jako kelnerka. Kolejna Gośka, Wojtek i Marek pragną zaistnieć za barem. Za wszelką cenę. Idą do pracodawcy, on proponuje 8zł za godzinę. Osiem złotych! Super, pomyśleli, dorobię sobie parę stów i zostanie trochę na melanż, do czynszu dołożą się rodzice. Ósemka nie jest taka zła, jeśli postawimy ją na tle ogłoszenia, jakie umieścił ostatnio w internecie menadżer jednej z warszawskich restauracji. Ochoczo zaproponował potencjalnym kelnerom 6zł/h, obiecując jednocześnie niezwykle wysokie napiwki i procent od sprzedaży dla najlepszych. Fala komentarzy i oburzenia przerosła jego oczekiwania. Niestety, wiele osób wciąż daje się namówić na niepewne dodatki, zaniżając tym samym godzinową podstawę, która stanowi jedyny pewny zarobek. Rozmawiając z właścicielami restauracji, barów czy klubów, z pewnością usłyszymy opinię, że młodym tak naprawdę nie chce się pracować. Na umówioną wcześniej rozmowę stawia się połowa ochotników. Tych, którzy telefonicznie ją odwołają, jest jeszcze mniej. Na dzień próbny zawsze trzeba przewidzieć plan B, bo nigdy nie wiadomo, czy nowy pracownik przyjdzie się o uzgodnionej porze. Funkcjonuje też przekonanie, że nasze nowe, młode i modne pokolenie warszawiaków jest rozpieszczone na tyle, że nie czuje odpowiedzialności za swoje życie. W każdej chwili mogą wrócić do rodziców albo zapłakać i wyegzekwować od nich kolejny przelew.

Ludzie przed wejściem do knajpy

Największy problem mają ci, którzy naprawdę pragną pracować, a gastronomia jest dla nich jedną z dróg, pozwalających na zarobek przed uzyskaniem pełnego wykształcenia. To dobre rozwiązanie dla studenta, który nie chce już wyciągać ręki do starych po pieniądze na ciuch czy wakacje, a zajęcia nie pozwalają mu na pracę w pełnym wymiarze. Są też tacy, którzy w knajpach zostają z powołania i czują się świetnie za tą drugą, cięższą w obyciu stroną baru. Bo przecież ktoś kucharzem czy baristą być musi, a jeśli szczerze tego chce, to tym lepiej dla konsumenta. Tylko jak tu mieć satysfakcję z pracy, kiedy o umowę trzeba się kłócić, a w mieszkaniu czeka na nas trzech współlokatorów, bo na inne nas nie stać? Winny sam ręki nie podniesie a też trudno go wskazać. Faktem jest, że otrzymamy to, na co godzi się większość. Skala buntu pracowników Krowarzywa wydaje się odzwierciedleniem całego bałaganu obecnego w warszawskiej gastronomii, którego kulisy nie były znane osobom niezwiązanym z zawodem. Aż do teraz.

Tekst: Emilia Pluskota

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera