Julia Bosski o Berlinie: Zmuszeni do ekscesu, czyli zwierzenia exberlinerki

Dziewczyna w wieczorowej sukience z krótkimi czarnymi włosami i szklanką whiskey

Od starych berlińskich rockmenów, artystów, dekadentów, studentów, polityków, aktywistów, szefów kuchni, barmanów, ekspatów, młodych i starszych imprezowiczów po arystokratów i celebrytów – widziałam wszystkie te berlińskie światy.

Piłam piwko na ławce w parku z młodymi artystami i popijałam szampa z Tilem Schweigerem na ekskluzywnych imprezach. Doszłam do wniosku, że w Berlinie – mieście grzechu, w którym można robić wszystko, co się chce, mieszkańcy wykorzystują tak bardzo tę wszechobecną frywolność, że nastąpiła degeneracja społeczeństwa.

Analizowałam sobie te wszystkie kwestie: pracowe, życiowe, towarzyskie, finansowe przez ostatnie kilka lat i to jest moje spojrzenie na to miasto.

Byłam w nim bardzo zakochana, ale w końcu ulotniły się ze mnie hormony szczęścia i zobaczyłam rzeczywistość. Nie muszę wam tłumaczyć, że dlatego też bardzo świadomie zdecydowałam o powrocie do Warszawy.

Moje dzieje z fejsa – z eleganckich knajp, barów i luksusowych hoteli – to wszystko się wydarzyło i nie ma w tym kłamstwa. Ale to są rzeczy, które wy widzicie. Nikt kto nie był moim bliskim przyjacielem, nie widział ile wysiłku, zmagań, cierpienia musiałam przejść przez moją berlińską tułaczkę, żeby tak sobie pożyć. Ile przeprowadzek, ile pokręconych umów, ile zleceń za psie pieniądze przyjmowałam, żeby się utrzymać i nadal z dumną miną organizować Obiady Czwartkowe.

To była długa, wyczerpująca walka, usłana sukcesem i przyjemnościami, przetkana ciężkimi zmaganiami, która doprowadziła mnie do wycieńczenia i burn-out’u w wieku 26 lat w zeszłym roku… Ale to oczywiście sama sobie trochę zawdzięczam, bo ja chciałam coś osiągnąć w tym mieście. I osiągnęłam.

A oto moje zapiski berlińskie.

Berlin. Jakże tam jest wspaniale. Utopijna wyspa na ziemi, gdzie wszystko jest dozwolone, czynsze są niziutkie, knajpka stoi przy knajpce, codziennie jest gdzie iść na imprezę, a spacerując, można popijać piwko na ulicy, a w lecie grillować w parkach. Tyle się dzieje, ze wszystkim wiruje z ekscytacji w głowie.

Wiruje do tego stopnia, że wiele osób traci ot tego wirowania zmysły.

Kiedy przeprowadzałam się do Berlina w styczniu 2011, podobało mi się tam wszystko. Poczucie bezgranicznej wolności – można robić, co się chce i być kim się chce i nikt cię za to nie ocenia. Zachwycała mnie też berlińska międzynarodowość, tzw. multikulti. Przez ostatnie 8 lat w Berlinie poznałam ludzi z całego świata, mam znajomych z Japonii, Brazylii, Kanady, Australii i Kapsztadu… Multikulti na szczęście nadal jest tutaj bardzo aktualne. Natomiast wiele rzeczy, które urzekały mnie w tym mieście, zmieniły się lub kompletnie zanikły.

Faktycznie, jeszcze kilka lat temu Berlin był najtańszą stolicą Europy Zachodniej. Ludzie z Warszawy żartowali, że taniej wyjdzie im wynajmować mieszkania w Berlinie i dojeżdżać do pracy w Warszawie.

Były takie czasy, że świetne mieszkania kosztowały grosze. Wiele osób przyjeżdżało tu też po to, by jak najszybciej zarejestrować się jako bezrobotny i ssać słodkie mleko z cycka urzędu pracy i nie robić nic.

Kiedyś mój znajomy przyjechał do Berlina ze swoją dziewczyną z Warszawy. W niedzielny, skwarny letni dzień przechadzaliśmy się Mauerparkiem. Na trawie leżał sobie chłopak z piwkiem, widać było, że spędził tam już dłuższą chwilę… Donald powiedział do Agaty: Spójrz, tak możesz przeżyć w Berlinie całe życie.

No i to tak właśnie trochę jest. A raczej było.

Miasto artystów i dekadentów nigdy nie było znane z okazywania swojej finansowej szczodrości. Berlin zawsze był biedny, stolica Niemiec to najbiedniejsze miasto w całym kraju. Stąd powiedzenie byłego prezydenta Berlina, Klausa Wowerweita Berlin ist arm aber sexy Berlin jest biedny, ale seksi.

Tylko czy biedny jest naprawdę seksi? Gdzie jest granica między nonszalancją i cieszeniem się wolnością a permanentnym życiem na krawędzi Berlińczyków, którzy nie są w stanie utrzymać się ze swojej pracy?

Ostatnio zdałam sobie sprawę z wielu rzeczy.

Ludzie w Berlinie nie przyjeżdżają tu dla materialnego dobrobytu. Wiele osób traktuje to miasto jako korytarz na drodze do innego celu.

Zawsze dziwiły mnie skromnie urządzone mieszkania Berlińczyków – materac na podłodze i jeszcze jakies 2 meble znalezione na ulicy albo na ebay kleinanzeige. Puste i przygnębiające pokoiki to zjawisko, które nagminnie tu obserwowałam i nurtowało mnie: dlaczego ci ludzie, którzy mieszkają już tu kilka lat, żyją w takich warunkach? Olśniło mnie dopiero niedawno – bo oni wcale nie chcą się tu na stałe osadzać.

Większość z nich przyjechała tu, by przed czymś uciec. Przed traumami, problemami, złamanym sercem, ale też z ekonomicznych powodów, uciekali przed zbyt wysokimi czynszami i wyścigiem szczurów. Wiele osób z Londynu, Paryża, Nowego Jorku zaczęło pragnąć życia, w mieście, w którym kipi i wrze, ale w którym można też odetchnąć, usiąść w parku i napić się piwka. Ci wszyscy Expaci (Exberlinerzy) zapragnęli po prostu żyć. I cieszyć się życiem.

Kiedy przeprowadziłam się do Berlina, miałam 19 lat i pamiętam, że już wtedy, mimo ogromnej miłości do tego miasta, nie potrafiłam sobie wyobrazić tam mojego dorosłego życia.

Berlin to wspaniałe miasto, by odnaleźć prawdziwego siebie, ale jeśli nie ma się wewnętrznej determinacji, nawet jeśli ma się na początku ambicje Berlin-dream’u, można skończyć właśnie na ławce w parku z piwkiem w ręku i budzić się codziennie w iluzorycznym dobrobycie i już się z tej iluzji nie wydostać.

Ostatnio byłam kilka dni u znajomych i jakoś tak, zamiast dwóch dni zostałam prawie tydzień. Berlin is a trapBerlin to pułapka, powiedziałam do znajomego, któremu codziennie mówiłam, że jednak, jutro wracam do Warszawy.

Wiele razy słyszałam tę samą historię. Ludzie przyjeżdżają tu na kilka dni, a później zostają 10 lat. Bo Berlin jest trochę jak związek, na początku porywający, intensywny i intrygujący, ale w końcu nadchodzi moment, w którym wiesz, że ogień się skończył, ale nadal jest ci w nim bezpiecznie. Nawet jeśli często czujesz się niekomfortowo i marzysz o czymś innym, jednak zostajesz w swoim poczuciu bezpieczeństwa, w comfort-zone.

W moim przypadku doszło do momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że żyję w bardzo toksycznym związku (symbolicznie i dosłownie, bo wszystko się zbiegło ze sobą). Już w 2017 roku zaczęłam wszystkim ogłaszać, że się wyprowadzam, wtedy marzyłam o Londynie, pragnęłam, jeszcze większej metropolii i światowości.

Los chciał jednak, że 2017 rok okazała się najważniejszym rokiem w mojej berlińskiej karierze. Wszystko mi się udawało, wszyscy mnie chcieli, byłam na topie. A pod koniec roku zakochałam się w pięknym chłopaku i wydawało mi się, że jestem strasznie szczęśliwa i, że życie nie może być już lepsze.

No i tak to też się zdarza, że euforia szybko się kończy.

Wchodząc w związek z pięknym chłopakiem, wyszłam z mojej bańki topowego życia Berlinetki.

Mój chłopak był typowym przykładem nowego Berlińczyka. Przyjechał z małego miasta z Polski, żeby uciec przed swoim smutnym życiem i traumami. Dostał pracę w jakimś startupie, bez znajomości języka niemieckiego, dostawał pensję na tyle wysoką, żeby wystarczyło na przysłowiowy materac i na imprezę.

Kiedy go poznałam, właśnie zaczynał pracę w firmie, która dostała milionowe inwestycje, chodził do wielkiego biura nad szprewą, nosił ze sobą modnego maczka, w biurze była kawa od hipsterskiego kawiarza, a szef jeździł porsche.

Ten piękny sen trwał kilka miesięcy, dopóki startup z dnia na dzień nie splajtował, szef zniknął, a pracownicy zostali na zupełnym lodzie.

Standard.

Mój były chłopak otworzył mi oczy na to, czego nie chciałam widzieć, albo co wypierałam. Ekspaci, imprezy, życie bez ambicji.

Przez całe berlińskie życie nie chciałam mieć nic wspólnego z taką grupą ludzi.

Exberlinerzy nawet po kilku latach w tym mieście nie mówią po niemiecku. Bo nie muszą, więc im się nie chce nauczyć, nawet podstawowych sformułowań. Przez to nie wchodzą też w żadne bliższe kontakty z lokalsami, łączą się w swoich expackich kółkach, bez próbowania zrozumienia ani kultury kraju, w którym mieszkają ani jego mieszkańców.

Jest już mnóstwo kawiarni, w których kelnerzy po prostu automatycznie zaczynają mówić do Ciebie po angielsku, a kiedy mówisz: ich spreche deutsch, odpowiadają: oh sorry i don’t speak german.

W 2011, nawet jeśli chciałabym pracować w barze, wymagałoby to choć trochę znajomości języka niemieckiego, nikt by cię nie zatrudnił tylko z angielskim. W wieku 19 lat, nie znając tam nikogo, nie mając kasy, na początku pracując jako au-pair u zamożnych niemieckich świrów, uczyłam się niemieckiego, żeby pójść w Berlinie na studia.

Po przejściach traumatycznych z pracy au-pair udało mi się zdać egzamin z niemieckiego i pójść na amerykanistykę na FU (jako wolny słuchacz, bo moje dokumenty z polski nie były w czas skompletowane i uznane przez niemiecki system uni assist).

W międzyczasie (koniec 2012) poznałam moją pierwszą miłość, Johanessa, który organizował kolacje, imprezy, wystawy, był kucharzem i DJ-em. Dzięki niemu weszłam w towarzystwo berlińskich artystów i intelektualistów, ale również niestety zobaczyłam bardzo szybko piekielną stronę berlińskich imprez, narkotyki, i zniszczenie psychiczne, przeszłam przez okropnie toksyczny związek, gdzie byłam psychicznie terroryzowana przez mojego ukochanego, który jak większość młodych osób w Berlinie poddał się imprezowej aurze tego miasta i był uzależniony od alkoholu i narkotyków.

Na szczęście po roku udało mi się od niego odejść i zaczęłam odkrywać Berlin po swojemu.

Nie było to zawsze łatwe życie – prace dorywcze w knajpkach były pracami bez żadnych papierów (bardzo częste w Berlinie) – kiedy z tygodnia na tydzień po półtora roku pani właścicielka zdecydowała się na zamknięcie lokalu, nie miałam żadnych papierów, które udowadniały, że pracowałam (co oznacza, że nie mogłam dostać tzw. arbeitslosengeld – zasiłku dla niemających pracy i ponieważ żyłam z dnia na dzień, nie miałam żadnych oszczędności, bo płaca w kawiarni nie jest dostateczna)

Dzięki papierom ze studiów płaciłam dość niskie ubezpieczenie zdrowotne (obowiązkowe ubezpieczenie krankenversicherung musi płacić każdy niezależnie od dochodów). W ciągu 8 lat zmieniłam mieszkanie z 8 razy (fałszywe kontrakty, ześwirowani współlokatorzy itd.).

Miałam mnóstwo znajomych i sporo przyjaciół, których poznałam przede wszystkim dzięki moim Obiadom Czwartkowym, ale wielu z nich okazywało się szybko tylko imprezowymi znajomymi.

W Berlinie zdałam sobie sprawę, że: i learnt to be deep in my superficiality – nauczyłam się być głęboka w mojej powierzchowności. Poznałam wielu ludzi, którzy na berlińskim haju pakują się w pustą dziurę beznadziei, uciekając od swoich traum i niespełnionych ambicji w imprezę i narkotyki.

Piękne młodziutkie dziewczyny, które 7 lat temu były barmankami i marzyły o studiach, fajnej pracy, po 7 latach tkwiły w tej samej knajpie, coraz chudsze i coraz bardziej skoksowane.

Kiedyś czytałam, że Berlin to miasto, w którym są najpiękniejsi ludzie, ale w którym jest najwięcej samotnych ludzi. Doszłam do tego sama, wyciągając wnioski z własnych doświadczeń i słuchając historii innych znajomych.

Wszyscy są na Tinderze ekstremalnie chętni do znajomości i wszyscy bez zgorszenia ruchają się na dragach w klubowym kibelku, ale w stanie trzeźwości i rzeczywistości ludzie boją się nawiązania głębszej relacji. Dwie, trzy randki wystarczą, ale więcej nie, bo ktoś zobaczy, że nie jesteś tym hip-chłopakiem w płaszczu od Prady, pijącym drineczki z soho house, tylko barmanem, który wynajmuje pokój na spółkę z 3 innymi osobami i ledwo starczy ci na piwko ze szpejti dla twojej nowej dziewczyny…

CZĘŚĆ NASTĘPNA WKRÓTCE

Tekst: Julia Bosski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera