Jestem sobą i nie kiksnę

Ferry w ogóle słyszał wcześniej Pani muzykę czy to była sytuacja aranżowana wyłącznie przez wytwórnię?

Nagrałam kiedyś płytę z zagranicznym producentem, Wallym Brillem, i angielskimi muzykami (chodzi o wypuszczone w 1992 roku „Independence” – przyp. red.). Ta płyta została wydana przez Tripinicular Records w Los Angeles i nawet jedna piosenka trafiła na listę przebojów – co prawda na dziesiąte miejsce, ale to też jest gigantyczny sukces. A Ferry’emu podobało się wydanie. Pudełko rozkładało się na trzy części, w środku była moja figura – na jednej planszy tylko twarz, na kolejnej tylko biust i na ostatniej uda. Bardzo sexy zrobione, ale nie pretensjonalne. Wszystko na czarnym tle, do tego biało-czerwone kwiaty jako nawiązanie do polskości. I to mu się bardzo podobało. Poczekamy, może wyda coś podobnego.

Na Panią takie wizualne sytuacje też przecież działają. Cała oprawa towarzysząca muzyce była dla Pani zawsze bardzo ważna.

Jeśli ktoś płaci za bilet na koncert, to chciałby na tym koncercie zaspokoić wszystkie swoje zmysły. Nie można udawać, że ludzie na koncercie nie patrzą, bo tak nie jest. I jeśli można im sprawić jakąś wizualną przyjemność, to warto się o to starać. To przecież idealna okazja, żeby się pokazać – swój styl, swój smak.Na koncerty przychodzi mnóstwo ludzi.

A Pani miała kogoś, kto Pani doradzał wizerunkowo?

Dzisiaj pewnie trudno to zrozumieć, bo posiadanie stylisty jest normą. Kiedyś nie było nikogo, a nawet jak ktoś mi doradzał, to lepiej było nie słuchać. Na przykład w Opolu. Po festiwalu pisano, że byłam najlepiej ubraną piosenkarką, chociaż początkowo nie pozwolono mi wyjść na scenę w tym, w czym wystąpiłam. Musiałam użyć wybiegu – na próbie generalnej zaśpiewałam w jakiejś białej sukni, prawie ślubnej…

Cenzura odzieżowa!

Tak, potem w Sopocie było jeszcze gorzej. Niby powinni mieć już do mnie zaufanie, bo to, co zrobiłam wcześniej w Opolu, koniec końców zadziałało, biorąc pod uwagę recenzje. Ale nie. Chwilę przed festiwalem byłam w Londynie, skąd przywiozłam od ulubionego designera, Terry’ego Muglera, bordową garsonkę z brylantami i poduszkami.Do tego obcisła spódnica do kolanka, szpileczki z lusterkami na obcasie, śliczne… Ubrałam się tak na próbę. Reżyser powiedział mi – przez mikrofon – żebym wyjęła wieszak z marynarki albo zdjęła to coś, co mam na sobie. I musiałam wystąpić w jakiejś sukience, którą mi teściowa dała na bankiet – sukience z jej młodości, z czarnej tafty. Ratowałam ją, czym mogłam. A to był już stan wojenny, sklepy pozamykane, czarno na ulicach. Tylko Grand Hotel tętnił życiem. Garderobiana z Teatru Syrena, która przyjechała ze mną na festiwal, pastą do butów farbowała białą halkę, żebym mogła ją włożyć pod sukienkę i nadać całości rockandrollowy charakter.

Pasta do butów na halce to jest zdecydowanie rock and roll.

Jak się jest tym pierwszym, to trzeba wyłamywać drzwi. Chociaż czasem boli. Ale było warto.

Ale ten brak dostępu, o którym Pani mówi, w sensie muzycznym finalnie przysłużył się piosenkom. Nie było takiego kopiowania zachodnich gwiazd jak dziś, bo kultura zachodnia nie docierała do Polski z takim natężeniem. I to paradoksalnie dało jej oryginalność także w wymiarze światowym.

Tak, w pewnym sensie. Te piosenki są wciąż aktualne, ludzie je pamiętają, znają, śpiewają. I okazuje się, że słuchają też tekstów. Bo widzę, że słuchają. A to jest nawet przyjemniejsze, niż kiedy tańczą. Na przykład „Jestem twoim grzechem” – pięknie słuchają, a to taki numer na zapalniczki. Cieszę się, że koncertuję, bo płytę może nagrać każdy i ta płyta może potem leżeć na półkach w nieskończoność.A po koncertach od razu widać, czy się podobało.

A dlaczego na nowy zespół towarzyszący wybrała Pani akurat Mafię?

Spodobali mi się, bo są rzetelni. Pracujemy teraz nad tym, żeby technicznie wszystko mieć najlepsze. W Polsce jeszcze pokutuje to powiedzenie, że jakoś to będzie. „Jakoś” mnie nie interesuje.

Czyli perfekcjonizm?

Tak, na ile to jest oczywiście możliwe. Studiowałam aktorstwo u Henryka Bisty i on zawsze powtarzał: „Jak chcesz zbudować rolę, to musisz się odrzeć z tego, co nabudowałaś przy poprzedniej”. To jest cholernie trudne, ale nauczyłam się tego. I to, o czym powiedziałam wcześniej, jest właśnie takim zauważaniem pewnych rzeczy. Taką pracą. Nie lubię ludzi zachwyconych sobą. Nie lubię bicia piany, to mnie odstrasza.

W szczytowym momencie popularności wyjechała Pani za granicę, z premedytacją skazując się na anonimowość.

W pewnym momencie chciałam trochę tej anonimowości. Tu rozpoznawalność jest przyjemna, tam przyjemna jest z kolei nierozpoznawalność. Dziś mieszkam trochę w Berlinie, z córką, a trochę w Warszawie, gdzie trzyma mnie serial i muzyka. To jest zdrowe. Dzięki temu ciągle jestem sobą.

I co Pani robiła w tym Berlinie, nie będąc gwiazdą? Malowała?

Malowałam, czytałam, jeździłam po świecie.

A potem wróciła Pani jako polska Alexis, bogata, zepsuta, wyrachowana i zła.

No właśnie, do serialu wówczas według scenariusza Ilony Łepkowskiej i w reżyserii Pawła Karpińskiego. Żałuję, że musieliśmy w „Klanie” zrezygnować z kapeluszy. Zawsze zasłaniały mi oczy i odpowiednie ustawienie świateł zajmowało zbyt dużo czasu.

Panią często obsadzają w rolach toksycznych postaci.

Tak mnie ludzie widzą, zupełnie na kontrze do mojego charakteru.

Ale zabiegała Pani, żeby złagodzić bohaterkę z „Klanu”.

Ludzie często mylą fikcję z rzeczywistością. Dokuczano mi. Po co wróciłaś, jak jesteś taka zła? Czemu nie lubisz siostry? A do matki tak się nie odzywaj!

A serial to nie był trochę obciach? Nie było wahania?

Było. Dostałam naraz trzy scenariusze, byłam w kropce. Jeden był nudny, jeden był dla Polsatu, no i ten dla Jedynki. Gryzłam się z tym, myślałam, że dla Polsatu lepiej, tam miałam grać wredną reporterkę. Siedziałam w SPATiF-ie i czytałam te scenariusze. I nagle widzę, że obok siedzi mój były profesor, Henryk Bista. Mówię mu o swoim dylemacie. „Pokaż mi to!”. Wertuje, wertuje, wreszcie mówi: „Klan!”. No ale nie wiadomo było, czy będzie w ogóle, stawaliśmy do przetargu z dwoma innymi serialami. „To nie bierz niczego”. Pewnie, że można było w to nie pójść, telenowela to nie jest ambitne dzieło. Ale dzięki tej roli mogę mieszkać również w Polsce.

Wydaje się, że wybrała Pani idealny moment na powrót do regularnego nagrywania. Lata 80. też wracają…

Lata 80. wracają cudnie! Widzę tendencję do odchodzenia od muzyki techno. Młodzież potrzebuje ładnych słów i melodii. Ale do estetyki, do wizerunku lat 80. mamy trochę dystans.

Te kolory i plastik, i przepych – to nie było kiczowate?

Bywało różnie. Bywały koleżanki przesadzone w jedną albo w drugą stronę. Szły we właściwym kierunku, ale nie doszły.

A gdzie sobie teraz znajdzie miejsce Izabela Trojanowska?

Jasne, że chciałabym się podobać wszystkim, ale to niemożliwe. Jeszcze się taki nie narodził. Zresztą, jeżeli ktoś się podoba wszystkim, to jest przeciętny. Bryan Ferry też podoba się wybrańcom. I ja chciałabym być takim rodzynkiem.

Kobieta w czarnej chustce na głowie, czarnej bluzce i kurtce
fot. Patrycja Toczyńska
Komentarze
Rate this post