Rozmawiamy z Jessy Lanzą!

jessy lanza

Specjalnie dla „HIRO” Jessy Lanza opowiada, co sądzi o swoim rodzinnym Hamilton, które przypomina kanadyjskie Katowice, o spacerach do lasu i młodzieńczej fascynacji Junior Boys.

Po raz pierwszy grałaś w Warszawie dwa lata temu – także na Weekenderze. Promowałaś wtedy swój pierwszy album Pull My Hair Back. Jak to wspominasz?

Dopiero zaczynałam występować na żywo. Ogólnie było super, choć trochę inaczej niż teraz, bo przyjechałam wtedy sama. Muszę przyznać, że jednak wolę grać z kimś, dlatego bardzo się cieszę, że moja perkusistka Tori jest tutaj ze mną (śmiech).

W Twojej muzyce słychać inspiracje R&B z lat 90. Sama sugerowałaś w swoich wypowiedziach, że wpłynęli na Ciebie tacy artyści, jak Missy Elliott i Timbaland. Czego słuchałaś ostatnio?

Tak, Missy Elliott, Timbaland, Genuine – o nich się mówiło, kiedy dorastałam. Słuchałam ich bardzo często, gdy byłam dzieckiem. Przy pracy nad moim nowym albumem Oh No wspominałam już o Yellow Magic Orchestra. Byłam pod dużym wrażeniem ich twórczości. Poza tym wciąż słucham bardzo dużo mainstreamowego rapu i R&B. Zawsze podziwiam stosowane w nich techniki produkcji. Producenci zawsze znajdują prosty sposób na uzyskanie świetnego brzmienia z sampli czy też komputera.

Czy słuchałaś już Views From The 6 nowego albumu swojego rodaka Drake’a?

Słyszałam już singiel, ale całego albumu jeszcze nie, ale ogarnę temat, obiecuję. Za to słuchałam już nowego albumu Rihanny.

Od czterech lat pracujesz nad swoją muzyką razem z Jeremym Greenspanem z Junior Boys. Oboje pochodzicie z Hamilton. Jak się skrzyżowały Wasze drogi?

Zgadza się, jesteśmy oboje z Hamilton. Mój kuzyn Al, który współtworzył Azari & III, już wcześniej znał Jeremy’ego. To jest bardzo kameralne środowisko, a jeśli interesujesz się elektroniką, to już w ogóle liczy kilka osób na krzyż. Poza tym moją najlepszą przyjaciółką z dzieciństwa jest młodsza siostra Matta – drugiego członka Junior Boys.

Pewnie bujaliście się w tych samych miejscach i na tych samych koncertach?

Tak, Junior Boys są od nas starsi, ale ich gwiazda rozbłysła, gdy byliśmy w liceum. Zawsze bardzo lubiłam ten zespół. Byli dla mnie autorytetami. W tamtych czasach nie było zbyt wielu elektronicznych zespołów z Hamilton, które grały na całym świecie, więc to, co robili Junior Boys, wydawało mi się bardzo spoko (śmiech). To na pewno nie był taki typowy zespół. Hamilton jest bardzo rockowe i grunge’owe. Jest tu dużo spłukanych ludzi. Ludzie nie mają pojęcia, że jest tutaj lokalna scena elektroniczna, która stanowi część tego miasta.

Twój nowy albumu Oh No jest bardzo lekki i łagodny. Nie połączyłbym go z industrialną estetyką Twojego rodzinnego miasta. Czy czerpiesz inspiracje z Hamilton?

Myślę, że to miasto w jakiś sposób wkrada się do moich pomysłów, ale nie wiem do końca jak. Bardzo wiele z moich instrumentów kupiłam właśnie w Hamilton. Poza tym bardzo dużo sprzętu dostałam od mojego taty, który też był kiedyś muzykiem.

Kiedyś wspomniałaś, że Twój tata ma ogromną kolekcję instrumentów do tworzenia elektroniki, którą zaczęłaś doceniać dopiero w okresie dorastania.

Tak, mój tata miał w piwnicy studio. Gdy byłam mała średnio mnie to interesowało. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, ile ciekawych rzeczy tam zgromadził. Wracając jeszcze do Hamilton. To jest strasznie dziwne miasto. Panuje tam specyficzna atmosfera, która nie ma w ogóle związku z tym, co jest „istotne” dla większości ludzi. I to właśnie podoba mi się w Hamilton. Chociaż gdybym tyle nie podróżowała, pewnie nie byłoby mi tak wesoło. Bardzo lubię te powroty do miejsca, w którym ludzie mają gdzieś to, czym się zajmuję i nie obchodzi ich muzyka inna niż Led Zeppelin (śmiech). Na swój sposób fajnie jest mieć wokół siebie ludzi, którym w ogóle nie zależy.

Jessy Lanza zaslania twarz

Czy czerpiesz siłę z tej izolacji?

Tak. To tak jak z Berlinem, w którym każdy jest artystą albo przynajmniej każdy obrał sobie podobną ścieżkę do twojej i to często prowadzi do stagnacji. Ciągle rozmawiasz z ludźmi na te same tematy, a ja nie chcę dyskutować w domu o muzyce. Nikogo to nie obchodzi i to jest właśnie fajne. Uważam, że takie zupełnie przyziemne, codzienne doświadczenia są o wiele bardziej rozwijające niż rozmowy z ludźmi, którzy robią dokładnie to samo.

Jaka jest Jessy Lanza, gdy zajmuje się przyziemnymi sprawami? Na przykład pewien DJ w Berlinie powiedział mi, że gra w piłkę nożną, żeby sobie oczyścić umysł. Czy masz swoje ulubione zajęcie, dzięki któremu odrywasz się na chwilę od muzyki?

Tak, w Hamilton jest mnóstwo lasów i zawsze lubię chodzić na tam spacery.

Zabrzmiało to bardzo kanadyjsko!

To najbardziej kanadyjska rzecz na świecie. Po prostu iść do lasu (śmiech). Lubię oglądać filmy i robić te wszystkie zwyczajne rzeczy, jakie ludzie robią, żeby się odprężyć. Nie uprawiam żadnego sportu, jestem w tym fatalna. Nie mam też konkretnego hobby. Tak naprawdę jestem bardzo nudna (śmiech).

Twoja muzyka z pewnością nudna nie jest! Nowy album wydaje się bardziej popowy niż poprzedni. Łączą Cię też związki ze sceną footworkową. Na Twoją EPkę You Never Show Your Love dostałaś bity od DJ-a Spinn i DJ-a Taso z kolektywu Teklife i od zmarłego dwa lata temu DJ-a Rashada, ikony sceny footwork/juke house. Podobno wykorzystałaś produkcje tego ostatniego po jego śmierci? Jakie miałaś z nim relacje? Czy poznaliście się kiedyś osobiście?

Tak, zagraliśmy razem kilka koncertów. Wystąpiłam na szołkejsie SXSW na scenie Resident Advisor i DJ Rashad grał tam razem z DJ-em Spinnem. Nie znałam go zbyt dobrze, ale pamiętam, że bujaliśmy się razem kilka razy. Był wielkim artystą, nasza współpraca przebiegała dość zabawnie. Wysłałam mu swoje szkice – tylko wokal i klawisze w tempie 160 bpm. Myślałam, że oni tam ostro namieszają i odeślą mi z powrotem coś zupełnie innego. Czekałam bardzo długo. W międzyczasie zmarł DJ Rashad i moimi szkicami zajęli się DJ Spinn i DJ Taso. W końcu odesłali mi nowe wersje niewiele różniące się od moich pomysłów. Po prostu dodali bas i sekcję perkusyjną. Wydaje mi się, że DJ Rashad zaczął nad tym pracować, ale potem przestał. Od momentu jak to napisałam do publikacji minęły chyba dwa lata (śmiech).

Czerpiesz dużą frajdę ze współpracy z innymi muzykami. Czy koncentrujesz się na wokalu i melodiach, a sekcje rytmiczne zostawiasz innym producentom?

Nie, robię wszystko od A do Z. Z Jeremym pracujemy nad wszystkim wspólnie. Czasami on pisze melodie, a ja komponuję perkusję albo na odwrót, ale de facto oboje mamy swój udział w każdym elemencie tej układanki.

Wciąż dominuje stereotyp, że kobiety to wokalistki…

Tak, to prawda. Z kolei w jednym moich projektów pobocznych The Galleria z Morganem Geistem też tylko zajmowałam się wokalem. On wszystko skomponował i zapytał mnie, czy chcę zaśpiewać. Bardzo lubię ten nasz projekt. Podobnie było z Caribou. Napisaliśmy piosenki wspólnie, ale ostatecznie to on wysłał mi gotowy instrumental.

Podoba mi się to, że Twój wokal jest tak śmiało wysunięty do przodu na nowym albumie, pomimo że panuje moda na chowanie głosu za warstwami efektów. Jak rozpoczęłaś swoją przygodę ze śpiewem? Czy zaczęło się od śpiewania piosenek pod prysznicem?

(śmiech) Od dziecka kochałam śpiewać. Moi rodzice są muzykami, więc zachęcali mnie zawsze do śpiewu i gry na pianinie. Myślę, że przy pracy nad moim pierwszym albumem byłam zbyt przewrażliwiona na punkcie własnego głosu. Wtedy uznałam, że chcę się odciąć od sceny R&B, gdzie słychać rozmyte wokale. Kiedy obserwowałam sposób, w jaki ludzie rozmawiali o moim pierwszym albumie, miałam wrażenie, że szufladkują mnie razem z artystami, z którymi się średnio utożsamiałam. Patrząc wstecz, widzę, że moim nadrzędnym celem było, żeby przy Oh No odciąć się definitywnie od tej grupy. Chciałam zadbać o to, żeby nikt mnie nie umieścił znowu w tym samym gronie (śmiech).

Masz gruntowne wykształcenie muzyczne, które łączysz z praktyką. Uczyłaś też dziewczyny z Hamilton produkcji muzycznej. Dalej prowadzisz warsztaty?

Od dawna już ich nie prowadzę. Moja przyjaciółka Crissy, która też mieszka w Hamilton, sama je zorganizowała i poprosiła mnie oraz kilka innych osób, abyśmy je poprowadziły. Te warsztaty były super. Bardzo chętnie poprowadziłabym znowu takie zajęcia, ale na to potrzeba funduszy i to niemałych. Każdy musi mieć komputer i kartę muzyczną. Potrzebowaliśmy grantu, żeby to zrealizować.

Jessy Lanza na schodach

Wspomniałaś, że uczyłaś się gry na pianinie, gdy byłaś dzieckiem. Ta umiejętność pewnie ułatwiła Ci szybki przeskok na produkcję muzyki na komputerze.

Tak naprawdę nauczyłam się wszystkiego przy pomocy przyjaciół i YouTube’a. Bardzo mi pomógł Jeremy i wspomniana już przeze mnie Crissy. Kiedy miałam jakiś problem, po prostu szukałam rozwiązania na YouTubie. To jest niesamowite, ile można się nauczyć z tutoriali w internecie. Notabene, wiele z tych filmików wrzucili absolwenci Red Bull Music Academy. Sami uczą się z internetu i potem dzielą tą wiedzą z innymi.

Wracając jeszcze do Kanady, jedną z pierwszych osób, które mi się z nią kojarzą, jest oczywiście premier Justin Trudeau, za którym ostatnio wszyscy szaleją. Co o nim sądzisz?

Obiecał legalizację marihuany. Zobaczymy, czy się z tego wywiąże (śmiech).

Czy właśnie tym zyskał Twój głos?

Hehe, nie głosowałam na niego. Jest okay, ale zobaczymy, jak to się wszystko potoczy.

Jakie masz plany wydawnicze?

Mam nadzieję, że po powrocie z trasy, czyli około w lipcu, będę miała trochę czasu dla siebie, ale póki co średnio mi wychodzi pisanie muzyki na komputerze. Nie lubię siedzieć i stukać w klawiaturę. Czuję się, jakbym pisała piosenkę MIDI na karaoke. Lubię być w moim studiu. Myślę, że właśnie dlatego tyle czasu upłynęło między tymi dwoma albumami. Po prostu nie jestem w stanie komponować, gdy jestem w trasie. Zobaczymy. Za to lubię samplować, gdy jestem w drodze. Słucham muzyki i wyciągam z niej pętle. Póki co koncentruję się na rozwijaniu moich występów na żywo.

 

Zaciekawił mnie pewien incydent dotyczący Twojego domu. Podobno uznałaś kiedyś, że doszło do skażenia ekologicznego i otoczyłaś się roślinami. Notabene, na okładce nowej płyty siedzisz zamyślona przed rzędem podświetlonych palm.

Pytasz o mój zawilgocony dom? Heh, chyba przechodziłam jakiś stresujący okres w życiu, a wiesz jak to jest w takich chwilach. Człowiek odwraca swoją uwagę od źródła stresu. Jednak te problemy pojawiają się tak czy inaczej w naszej podświadomości. Wtedy zafiksowałam się na tym, że nasz dom jest zawilgocony. Rzeczywiście, piwnica była bardzo wilgotna, a w powietrzu utrzymywał się dziwny zapach. Koniec końców chodziło chyba po prostu o ten stres, ale swoją drogą rośliny bardzo mi pomogły.

Czy możemy się teraz teleportować do Twojego studia? Trzymasz tam jakieś dziwne przedmioty? Rośliny albo pamiątki czy też jakieś inne rekwizyty?

Tak, mam dużo śmiesznych bibelotów, ale nic szczególnie dziwnego. Czasami przyklejam do ściany zdjęcia przyjaciół i rodziny. Takie drobne rzeczy.

Integrujesz się z ludźmi, gdy jesteś w trasie, czy raczej ogólnie szukasz ciszy?

Jeśli mam czas, lubię się trochę pokręcić, ale nie zawsze to wychodzi. Na przykład wczoraj grałyśmy w Rzymie i miałyśmy dzisiaj rano lot o siódmej, więc trzeba było wyjechać z hotelu o wpół do piątej (śmiech). Nigdy nie ma na to czasu. Wszystko leci rach-ciach.

Czy przypominasz sobie ostatnio jakieś śmieszne akcje?

Bardzo lubię spotykać przyjaciół. Chętnie zobaczyłabym się z RP Boo, ale on grał tutaj wczoraj, także nie tym razem. Wiesz, to jest wszystko dużo bardziej nudne niż się ludziom wydaje, przynajmniej dla większości z nas to jest nudne (śmiech). Przez dużą część czasu siedzimy w tych naszych boksach odizolowani od innych ludzi. Ostatnio jak tu grałam, po mnie występował Danny Brown. Był na backstage’u i z niego to jest dobry wariat. Pamiętam, że on i jego DJ nieźle tu szaleli. Uwielbiam muzykę Danny’ego.

rozmawiał | Mateusz Mondalski

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera