Jak powstał snowboardowy słownik?

Dziewczyna w zielonej kurtce na snowboardzie

Bez względu na to, czy jaracie się snowboardem od zawsze, czy może dopiero co porzuciliście pizzę i frytki na rzecz nart (i służą wam raczej do wycierania raili niż lodu), z całą pewnością jedno przyciąga waszą uwagę – triki.

Sztuczki małe i duże, bardziej i mniej szalone, na stoku czy streecie, w opuszczonym budynku bądź na oślej łączce. Udane próby cieszą oko i budzą podziw, nieudane – powodują śmiech bądź pełne współczucia przerażenie, obarczone oczywiście cichym, sadystycznym chichotem.

Dlaczego ktokolwiek w ogóle bierze się za robienie trików? Czy stoi za tym masochizm? Niska samoocena, wymagająca tego typu wsparcia? Być może istotne są obie te rzeczy, jednak przede wszystkim mniej lub bardziej spek­takularne, zakończone sukcesem albo przynajmniej w miarę dobrze wyglą­dające dają więcej satysfakcji, niż noc spędzona wśród gromadki tajlandzkich lady boys po pełnej zmianie płci. Niezliczone upadki, siniaki, stłuczenia, skręcenia, złamania w końcu na coś się przydają. Sprawiają, że wybuchasz radością w jednej sekundzie, a po zrobieniu pierwszego boarda na rurce cieszysz się, piszcząc jak dziecko.

Skąd jednak wiemy jak to cudo nazwać? Choć czasem głupio się do tego przyznać, niemalże każdy entuzjasta zimowych zabaw, oglądając X Games i słysząc nazwy kolejnych trików, potakuje tylko w zrozumieniu, nie mając jednocześnie większego pojęcia, na czym polega kolejna sztuczka o po­kręconej nazwie, której bohater wykonuje więcej obrotów niż śmigło helikoptera podczas startu. Jeśli więc nie jesteście pewni, dlaczego ktoś chwali wasz Chicken Salad, nie rozróżniacie Fresh Fish od Stale Fish, a na py­tanie o YOLO flip, jedynym, co przychodzi Wam na myśl, jest czarna twarz Drake’a – nie jesteście sami.

Choć byłoby cudownie móc powiedzieć, że nazw jest tyle, ile trików, nawet to jest niemożliwe. Temat jest ciężki do ogarnięcia, bo wszystko zależy wy­łącznie od ludzkiej kreatywności. Snowboard, skateboard, surfing i cała reszta mają wiele cech wspólnych i oczywiście wywodzą się od siebie na­wzajem. Nic więc dziwnego, że niektóre triki będą nazywać się identycznie, choć w większości przypadków mogą oznaczać coś zupełnie innego.

Większość określeń dla danej sztuczki można zaczerpnąć, chociażby ze wspomnianych już X Games albo po prostu poszperać w internecie i tuto­rialowych filmach na YouTubie. Tu pojawia się jednak jeszcze inny problem. Wielość nazw przypisywanych danemu trikowi zależy w znacznej mierze od liczby jego wykonawców. Chcemy być wolni, nie lubimy postępować zgodnie z zasadami, bo przecież lepiej je nagiąć i śmigać także po nich. Nikt nam nie powie, że nie możemy naszej świeżej sztuczki nazwać, jak tylko chcemy. Wystarczy przekonać odpowiednią liczbę osób, popracować nad samozaparciem i może coś z tego będzie. Oficjalne nazwy w snowboardzie pochodzą często z deskorolki, surfingu czy też po prostu odzwierciedlają to, na czym dana sztuczka polega. Dzięki takim zabiegom nie musimy tłuma­czyć, czym jest 360, choć może nie każdy Andrzej od razu zrozumie nasze jeden osiem. Na nazewnictwo wpłynęli także słynni riderzy, tacy jak Allen Ollie Gelfand, Steve Caballero, Eddie Elguera czy Mike Jacoby, którzy do­czekali się swoistego ukoronowania ich pionierstwa w wykonywaniu kon­kretnych trików. Jednak genezy nazw niektórych nawet nie chcielibyśmy dociekać, po prostu po cichu potakujmy, słysząc o kolejnych pokręconych grabach i dalej cieszmy się jak dzieci, słysząc o Rodeo.

Biorąc jednak pod uwagę kolejność uczenia się, właśnie na graby warto zwrócić większą uwagę. Indy, Method czy Mute brzmią lepiej niż złapanie deski tą ręką i w tym dokładnie miejscu, którego dobrze nie wskażemy, nie mając akurat przy sobie snowboardu. Nie mówiąc już o Swiss Cheese Air czy Drunk Driver. Cała reszta poddaje się opisowi i znając podstawy, raczej nie powinniśmy mieć problemu z wyartykułowaniem, o jakiej ewolucji my­ślimy. To oczywiście przejdzie, o ile nie chcemy pochwalić się bogatą wiedzą przed mniej doświadczonymi ziomkami, dziewczynami mającymi akurat mniejsze pojęcie w tym temacie, czy też niedzielnymi zapaleńcami, dla których sezon oznacza cały tydzień spędzony we włoskim kurorcie.

Tak czy inaczej, jeśli chcielibyście przejść od słów do czynów i podłapać parę nazw ze snowboardowego słownika, to poniżej wymieniliśmy kilka trików, które wykonał dla nas polski rider Piotr Janosz. Niektóre z nich pewnością przysporzą nieco siniaków i stłuczeń. Z premedytacją nie dajemy etykietki: nie próbujcie tego w domu, a tego upragnionego backflipa możecie odło­żyć na następny raz, jeszcze przyjdzie jego kolej.

Jednak do rzeczy, backside 720 to, jak sama nazwa wskazuje, rotacja przez backside o 720 stopni. Podobnie jest z Cab 180 – określeniem, pochodzą­cym od legendarnego skate’a Steve’a Caballero – oznaczającym po prostu frontside ze switcha. Jeśli jesteśmy przy frontside’ach, to ten z 360 w nazwie obróci was o całe 360 stopni, o ile oczywiście go dokręcicie i nie wylądujecie twarzą w śniegu. Z grabem, nawet indie, z pewnością będzie wyglądać bar­dziej stylowo. Z kolei switch backside 540, wykonywany również z grabem (tzw. melon), to również rotacja ze switcha, tym razem o 540 stopni.

Piotrek Janosz reprezentuje marki DC Shoes, Monster Energy, Union Bindings oraz Wakeshop.pl. Pochodzi z Katowic, a pierwsze skręty na desce wykonywał w pobliskich Beskidach. Pasja zaprowadziła go w Alpy, gdzie łączył klejenie trików ze studiami na Uniwersytecie w Innsbrucku. Jego głównym zamiłowaniem jest slopestyle, ale oczywiście nie odmawia też zabawy w głębokim puchu. Piotrek jeździ na desce DC Media Blitz 150 z wiązaniami Union Contact Pro. Dopiero co zwyciężył podczas 7. edycji OSCYP Snowboard Contest w Białce Tatrzańskiej.

Odwiedźcie też piotrjanosz.com oraz jego instagram.

Tekst: Dorota Iskrzyńska

Komentarze
Jak powstał snowboardowy słownik?
Oceń artykuł