Jak całkowicie zniknąć – recenzja

Przemysław Wojcieszek chciał zrobić film o miłości z jak najmniejszą liczbą dialogów, co przyznał w jednym z wywiadów. I prawie mu się to udało.

„Jak całkowicie zniknąć” rozpoczyna się od długiego, blisko dwudziestominutowego wstępu, w trakcie którego dwie dziewczyny zauważają się w metrze. Wymieniają spojrzenia, nerwowo się uśmiechają i biegają za sobą, wsiadając do kolejnych pociągów. Badają się wzajemnie, dając się ponieść iskrze obopólnej fascynacji. Wszystko to odbywa się bez wypowiedzenia ani jednego słowa.

W dalszej części filmu obserwujemy, jak bohaterki ubrane w długie, wieczorowe sukienki trafiają do kolejnych klubów z głośną muzyką, upijają się, dla jednej z nich taka noc kończy się szybkim numerkiem w toalecie. Ale owo poszukiwanie miłości, o którym mówił reżyser, nie jest zatracaniem się w kontaktach z kolejnymi mężczyznami. Niemal od początku wiadomo, że kobiety zainteresowane są przede wszystkim sobą. A ich relacja budowana jest na wspólnym pokonywaniu kolejnych granic.

Ograniczenie dialogów i opowiedzenie całej historii za pomocą obrazów i dźwięków jest jednocześnie wadą i zaletą. Pomysł, choć dla tej konkretnej historii interesujący, bo nadający opowieści pewnej ascetycznej czystości, pozwalający jaskrawiej ukazać jej clou, daje momentami efekt dłużyzny. Szczególnie od połowy filmu, gdy niemal pewne jest, że Mała rozbójniczka (Agnieszka Podsiadlik) i Gerda (Pheline Roggan) dadzą w końcu upust rosnącemu erotycznemu napięciu i zrealizują swoją fantazję. Niezwykle odważna scena seksu jest jednym z najmocniejszych elementów całego obrazu. Pozostałymi są rewelacyjnie sfotografowany Berlin, umiejętnie portretowany dodatkowo za pomocą muzyki, której autorką jest Julia Marcell.

„Jak całkowicie zniknąć” jest filmem o pragnieniu uczucia, które nadaje sens. Czegoś, co przeciwstawi się bezsensowności wprowadzania się w dający złudne poczucie wolności i niezależności imprezowy trans.

Komentarze
Jak całkowicie zniknąć – recenzja
Oceń artykuł