Ile jest z beja w warszawskim bezdomnym?

facet w dzinsach na lawce

Liczba bezdomnych w Warszawie wydaje się nie mieć końca. „Bezdomny” to nawet ładne słowo. Zazwyczaj jednak zastępujemy je mianem żula, menela czy innego degenerata społecznego. Przynajmniej raz w miesiącu każdy warszawiak przeklnie pod nosem, widząc wyżej wspomnianych dżentelmenów. Co tak naprawdę wkurza nas w ludziach bezdomnych i dlaczego, paradoksalnie, wolno im więcej niż nam? Żeromski pewnie przewraca się w grobie, ale spokojnie, Panie Stefanie, rozprawiać będziemy o takich bejach, jacy się Panu nawet nie śnili.

Skoro mowa o większych prawach bezdomnych w przestrzeni miejskiej, to zacznę od tego, czego najczęściej doświadczamy wiodąc aktywne życie w Warszawie. Jak często zdarza Wam się wsiąść do autobusu i wstrzymać oddech? Pamiętaj, jeśli wchodzisz do komunikacji miejskiej, a większość pasażerów przesiaduje jedynie w połowie pojazdu, coś się święci. Oznacza to nie więcej niż tyle, że na którymś z wygodnych siedzeń wyleguje się Pan, który ostatni prysznic brał wiele miesięcy temu. Pomijając fakt, że w doskonały sposób rozwiewa to mit o czystych tapicerkach, na których chciałbyś w przyszłości usiąść, to bardzo klarownie ukazuje wyższą pozycję społeczną naszego zawadiaki. Nogi rozłożone na siedzeniach, gil wytarty w oparcie, w lewej ręce browar, w prawej ręce wóda, pawik swobodnie puszczony na bok, no żyć nie umierać! Co więcej, ten kolega nie potrzebuje biletu. Żaden kanar do niego nie podejdzie i nie poprosi o (jak mogłoby się wydawać) obowiązkowy kartonik. Natomiast Ty dostaniesz mandat jako pierwszy, kiedy Twój 20-minutowy bilet ulegnie przeterminowaniu na 3 minuty przed kontrolą. Kurczę, taki to ma dobrze!

O! A ile razy chciałeś swobodnie usiąść na ławce pod Pałacem Kultury? Niestety, wszystkie zajęte. Pamiętaj, że wybudzanie menela z popołudniowej drzemki byłoby wielce niestosowne. Nawet policjanci ani pracownicy Straży Miejskiej nie odważyli się nigdy złamać tej niepisanej zasady. Opalanie opasłych brzuchów w centrum Warszawy teleportuje naszą wyobraźnię do Sopotu, Dębek, Świnoujścia, aż chciałoby się nad morze… Wystarczy, że zasłonisz dłonią oczy swojemu dziecku i możecie spacerować dalej.

A teraz parę słów o życiu nocnym. Jeśli kiedykolwiek odwiedziliście kultowe, warszawskie pawilony to na pewno mieliście okazję zapoznać się z ich stałymi, niezmiennie oddanymi bywalcami. Przyznam szczerze, że bezdomni oblegający te knajpy to zupełnie nieszkodliwi goście. Jasne, to trochę frustrujące, kiedy każdy prosi Cię o papierosa, dwa złote, a nawet 10 gorszy, bo właśnie tyle brakuje mu na browar albo „jedzenie”.

Wspomnę w tym miejscu o pewnej anegdocie, której to akcji byłam świadkiem parę miesięcy temu przy ulicy Mokotowskiej. Pewien Pan, bez zażenowania udający bezdomnego, zaczepiał wszystkie miłe dziewczyny i prosił o wsparcie finansowe. A że z oczu mu dobrze patrzyło, to jedna z nich skoczyła do sklepu, kupiła mu dwie kajzerki, ponadczasowy serek wiejski i pomidory. Ależ miała minę, kiedy siatka z zakupami wylądowała pod jej nogami, a nowy kolega krzyknął: „Zupę! Zupę chciałem ugotować! Pieniądze mi daj!”.

Wróćmy na pawilony, zakątek rozpusty. Pomijając te wszystkie niedogodności związane z natręctwem żuli i ich chybionymi manierami, niektórzy z nich to naprawdę fajne ziomki. Uśmiechną się, posłużą dobrą radą, zawsze są na wyciągnięcie ręki. Lokale opuszczają po pierwszym ostrzeżeniu, szanują policję i ochroniarzy. No tak, nic dziwnego, skoro wyżej wspomniani mundurowi jeszcze nigdy nie zabronili im pić taniego wina na środku ulicy czy rzucać petami lub butelkami. Czasami czekałam, aż zbiją sobie na przywitanie piątkę.

Do meritum. Czy wieczna ulga dla bezdomnych faktycznie nie ma granic? Śmierdzący Staszek może paradować z Królewskim na środku Krakowskiego Przedmieścia, zaspany Lechu beztrosko pije wino na ławce, a Mietek całe życie jeździ bez przypału na gapę. Chyba na zawsze będziemy skazani na taką kolej rzeczy. Policjant też człowiek, bezdomnego się brzydzi. Kontroler biletów założył nową koszulę, a po pracy ma randkę, więc sami rozumiecie, przepychanki z żulem nie są mu na rękę.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, jaki Wy macie w tym udział? Pamiętajcie, że bezdomność w Warszawie to temat żywy i wbrew pozorom, niewesoły. Nie każdy uliczny grajek czy bezpretensjonalny alkoholik to doszczętny debil. Nikt nie neguje tragedii życiowych, przykrego splotu wydarzeń, który sprawił, że pozostali na lodzie, a ich jedyna koleżanka to Perła. Zastanówcie się zatem, zanim wrzucicie takiemu złotówkę czy poczęstujecie setką. Ze wstydem muszę przyznać, że to właśnie my, bezproblemowi i w modnych ciuchach, karmimy nałogi warszawskich bezdomnych i z przyjemnością dokładamy się do koszmaru, jakim jest smród, głód, boląca wątroba i klepanie biedy.

tekst | Emilia Pluskota

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera