Homoseksualizm dawniej i dziś

„Wielki Liberace”, główne wydarzenie tegorocznej edycji American Film Festival, jest niejako łabędzim śpiewem reżysera Stevena Soderbergha.

Skupia się na losach Władzia Valentino Liberace, ekscentrycznego pianisty z Los Angeles polskiego pochodzenia, w tym szczególnie jego namiętnej relacji z Scottem Thorsonem. Liberace został uznany pośmiertnie za ikonę ruchów LGBT, gdy w latach 80. wyszły na jaw skrywany przez niego homoseksualizm oraz uległość do używek. Do tego momentu był uznawany za utalentowanego, choć specyficznego pianistę tworzącego wystawne gale z fortepianem w tle. Jego wieczory muzyczne charakteryzowały się barokowym przepychem i niesamowitą, wirtuozerską grą. Liberace potrafił na fortepianie zagrać wszystko, mimo noszenia na palcach drogich (ozdobnych) sygnetów i pierścionków, co stanowi nie lada wyzwanie dla muzyka.

Soderbergh stworzył film jakby żywcem wzięty z poprzedniej epoki– zachowawczy, idący jasno wytyczonym torem podobnych filmów gender z poprzednich lat, gdy sztuka hardcorowe’a (widoczna szczególnie w kinie artystycznym; charakteryzuje się długimi, niesymulowanymi scenami erotycznymi) nie wpływała tak silnie na kinematografię jak obecnie. Poprzez taką konwencje oddaje zarówno charakter mówienia o homoseksualizmie, jak i sam sposób bycia queerowców, zwłaszcza celebrytów. Liberace, fenomenalnie zagrany przez Michaela Douglasa, do końca życia skrywał swoje preferencje seksualne a następnie wirus HIV, który nabył za sprawą przypadkowego seksu. Jego maską była imitacja, którą stworzył wokół siebie – gogusia mającego słabość do błyskotek i kiczu. Obecnie ten wystawny styl jest zawłaszczany przez niektórych gejów i lesbijek jako maska, ubiór w trakcie gejowskich parad. Homoseksualiści maja bowiem świadomość negatywności tego wizerunku. W związku z tym przywłaszczają go sobie, by podkreślić swoją inność i wyjątkowość. Liberace nigdy nie mógł sobie pozwolić na taki coming out, gdyż wiązałby się on z społecznym ostracyzmem oraz utratą wypracowanego przez długie lata statusu.

O ile kontrola społeczna i strach przed opinią publiczną jest wyczuwalny w „Wieli Liberace”, w „Życie Adeli, rozdział 1 i 2” jest on praktycznie niezauważalny. Bojkot nadal istnieje, ale jedynie w skali towarzyskiej, mikro. W dodatku miłość lesbijka w tym filmie rodzi się w erze skrajnej pochwały wolności, gdy dostęp do pornografii jest powszechny a świadomość seksualna rodzi się w bardzo wczesnym etapie życia. Homoerotyzm przestaje być klątwą, nieuleczalną chorobą a staje się powoli czymś na porządku dziennym. Od aspektów społecznych ważniejsze stają się poszukiwanie własnej tożsamości, której kierunek i kształt nadaje pożądanie. W nim tytułowa Adela lawiruje między hetero a homoseksualizmem, próbując odkryć swoje prawdziwe ja.

Film tunezyjskiego reżysera Abdellatifa Kechiche’a jest luźną adaptacją niezwykle popularnego w Francji komiksu Julie Maroh pt. „Le bleu est une couleur chaude” („Niebieski to najcieplejszy kolor”). O ile w komiksie podkreśla uwarunkowania społeczne lesbijek i gejów, ich walkę o równouprawnienie, w filmie Kechiche skupia się na cielesności kobiet oraz ich życiu intymnym. Z powodu długich, niecenzurowanych scen z autentycznymi scenami seksualnymi zebrał krytykę zarówno od recenzentów, jak i samej twórczyni komiksu, która wręcz oskarżyła go o uczynienie z filmu pornografii zamiast kina autorskiego. Jak się okazuje jednak, mylnie.

Kechiche w „Życiu Adeli” nie chciał przerysować kobiecości ani tym bardziej nie chciał znieważyć lesbijek, tak rzadko ukazywanych zarówno w kinie niszowym jak i głównego nurtu. W świecie, w którym praktycznie wszystko wolno i trudno czymkolwiek zaskoczyć, uznany reżyser stara ukazać się troski i cierpienia generacji wychowywanej w poczuciu absolutnego liberalizmu, kształtujących swe poglądy bez patriarchalnego bagażu poprzednich generacji. Orientacja przestała mieć już jakiekolwiek znaczenie we współczesności. Liczy się zaś samoświadomość swoich uczuć i bezpośredniość, zawarta w zgodzie ze sobą samym. I za tą namacalność dostał zresztą w tym roku Złotą Palmę w Cannes.

Oglądając film Soderbergha i Kechiche’a jeden po drugim można zadziwić się, jaki postęp uczyniło autorskie kino zachodnie w obrazowaniu różnych odmian miłości. Nieoczekiwanie spełnia się marzenie Alana Moore’a – komiksowego geniusza, postmodernisty i filozofa kultury zarazem. Autor „Zagubionych Dziewcząt” chciał wznieść erotykę oraz pornografię do rangi sztuki, uwznioślającej życie. W świecie bez prywatności liczy się bowiem autentyczność, ginąca w sztuczności reklam i neonów. Ta prawda pozwala zauważyć w seksie radość i afirmację życia, niekoniecznie obrzydzenie albo tabu.

Autor: Michał Chudoliński

Komentarze
Homoseksualizm dawniej i dziś
Oceń artykuł