Fatalny felieton

Mężczyzna z potarganymi włosami siedzący na kanapie i jedzący chipsy

Od czasu do czasu zdarzają się felietony, które wolałyby pozostać w niebycie, niedruku i nieczycie. Nie szukajmy daleko i weźmy pierwszy lepszy – właśnie ten przed twoimi oczami. Robi wszystko, aby uprzykrzyć mi życie i nie pozwolić, aby pojawił się na świecie. Każde słowo muszę wygrzebywać z wielkim trudem niczym resztkę nutelli ze słoika. Czy też okaże się słodki jak mój ulubiony krem czekoladowy? Tego jeszcze nie wiem w tej chwili.

Najpierw felieton zaprosił do gości prosto z Polski, licząc, że w ferworze zabawy, zwiedzania i oprowadzania o nim zapomnę. Głowę miałem zaprzątniętą udzielaniem odpowiedzi, czy warto na przykład zabrać buty do konnej jazdy. Kinga wyobrażała sobie, że będzie cwałować po plaży, a końska grzywa rozwiewana przez wiatr stanie w szranki do konkursu piękności z grzywami fal oceanu. Powiedziałem, że owszem, buty może zabrać, ale pojeździć będzie sobie mogła najwyżej na ośle. A potem zajęty byłem organizowaniem kolacji-niespodzianki, bo w dniu przyjazdu moich gości wypadała dwunasta rocznica ich poznania.

Jednym z najbardziej romantycznych miejsc na wyspie Santiago, jest urocza latarnia morska położona na cypelku. Roztacza się stamtąd niezwykłej urody widok na ocean, zachody słońca, niebo oraz księżyc, który tego tej akurat nocy miał ukazać się w pełnej swojej krasie. W takich okolicznościach przyrody łatwo zapomnieć o felietonie, ale mam łeb nie od parady i felieton zapomnieć się nie dał rady.

Dlatego zaraz potem zorganizował nam wycieczkę na przeciwległy koniec wyspy. W jedną stronę jedzie się jej środkiem, poprzez góry i doliny. Zapierające dech w piersiach widoki i zmiany ciśnienia oraz tropikalna roślinność, która zmienia się w zależności od wysokości. Po drodze wdrapaliśmy się na tysiącletni baobab, jak Piotrek słusznie zauważył RÓWNO tysiącletni i przejechaliśmy obok portugalskiego obozu koncentracyjnego, w którym szalony dyktator Salazar przetrzymywał swoich przeciwników. I choć miejsce to znane było jako Campo de Morte Lenta (Obóz Powolnej Śmierci), przy Oświęcimiu czy Treblince jawi się niczym spokojny ośrodek wczasowy. Dobrze, że te miejsca należą już do historii. Natomiast droga powrotna prowadzi nad samym oceanem, fale rozbijają się o skały i chwilami aż nie wierzę, że mieszkam w tak pięknym miejscu. Planowałem, że kiedy wrócimy, zabiorę się do pisania felietonu, ale zdecydowaliśmy się iść na kolację do restauracji Pescador, która serwuje świeże ryby, pięknie wyłożone na lodowej ladzie.

Najciekawiej prezentowały się dwie: czerwona w niebieskie kropeczki garoupa (nie mam pojęcia, jak ta ryba nazywa się po polsku, a łumacz google pokazuje mi „grouper” – nie wiem, czy mogę w to wierzyć) oraz większa i cała czerwona garoupa madeira, co ja przetłumaczyłbym jako „drewniana garoupa”. Natychmiast zapytałem kelnera z poważną miną, czy to znaczy, że ta druga ryba jest wystrugana z drewna i pomalowana farbką, na co on oczywiście równie poważnie zaczął tłumaczyć jak głupkowi, że nie, że ta ryba jest prawdziwa i do jedzenia i pływa sobie na większych głębinach, niż ta kropkowana. Jak zwykle mało kto poznaje się na moich żartach, a tu już szczególnie – wszystko zawsze bardzo serio.

Jakby tego było mało, felieton wpadł na szatański pomysł: przeprowadzkę! Rzekomo, że lepiej nam i psom będzie w domu z ogródkiem i jeszcze bliżej plaży. I znowu na nic nie było czasu. Ten, kto przeżył przeprowadzkę, zna doskonale ów moment, kiedy już-już wydaje się, że to już, a tu nagle otwiera się szafa z milionem rzeczy w środku, o których dawno się zapomniało, ale które trzeba oczywiście zabrać. Po czterech dniach ciężkiej pracy, dźwigania pudeł i ponownego meblowania i ustawiania porcelany na półkach, usnąłem nad moim laptopem. A felieton się tylko cieszył, bo już było po dedlajnie! Wczoraj musiałem przeprosić naczelnego i obiecać, że napiszę tekst wieczorem. I co? I wróciłem po kolacji do nowego domu, wszedłem na piętro i okazało się, że bojler w jednej z łazienek zaczął przeciekać i cała podłoga była w wodzie. Wycierałem na kolanach do pierwszej w nocy i nici wyszły z ręczników i pisania. A łazienek jest pięć, więc jeszcze cztery szanse na kolejną katastrofę. Piszę zatem szybko i kończę, bo nie pozwolę, żeby jakiś felieton zesłał na mnie kolejny kataklizm. Bo nowi goście i tak przyjeżdżają już dziś.

tekst: Maciej Szumny

Komentarze
Fatalny felieton
Oceń artykuł