Duma uprzedzenia między kinem amerykańskim a brytyjskim

Kobieta i mężczyzna w zimowych płaszczach

Hollywood nie od dziś zapatrzone jest w Londyn, który nigdy nie gardził amerykańskim dolarem. Uwaga! Brytyjczycy nadchodzą!

Tylko w lutym na ekrany polskich kin trafiają nowe filmy Danny’ego Boyle’a (127 godzin), Mike’a Leigh (Kolejny rok) i Williama Monahana (London Boulevard). W styczniu mogliśmy oglądać Szukając Eryka Kena Loacha, Tamarę i mężczyzn Stephena Frearsa oraz Jak zostać królem Toma Hoopera, który w dodatku zgarnął w tym roku najwięcej nominacji do Złotych Globów, co jest, jak wiadomo, dobrą oscarową wróżbą.

Filmowi Hoopera daleko do arcydzieła – jest on tylko zgrabną i poprawną opowieścią z wyższych sfer, czyli najlepszym angielskim towarem eksportowym, szczególnie na Nowy Kontynent. Ale Wyspiarze eksportowali tam nie tylko angielską fegmę. Pierwszą zmasowaną brytyjską ofensywę kulturalną datuje się na lata 60., kiedy rozluźnieniu uległy usztywnione zimnowojennym konwenansem Stany. Amerykę najechała wtedy Dusty Springfeld, Beatlesi i Stonesi, za nimi przywiało reżyserów zwanych Młodymi Gniewnymi (największą karierę spośród nich zrobił w USA John Schlesinger), rzeszę aktorów zachęconych Oscarem dla Julie Christie za rolę w Darling (1965), modę i snobizm na wszystko, co angielskie.

W latach 80. do rangi symbolu urosło przemówienie potężnego angielskiego producenta Davida Puttnama, który odbierając Oscara w 1982 roku za Rydwany ognia Hugh Hudsona, krzyknął: Britains are coming, co tłumaczyć można, jako Brytyjczycy nadchodzą lub, jak chce krytyczka Sue Harper, szczytują (Harper zwracała uwagę na szowinistyczny pierwiastek filmów okresu thatcheryzmu).

Słowa Puttnama przepowiadały, że lata 80. w Stanach należeć miały do dawnych kolonistów i faktycznie za Ocean importowano, chociażby Neila Jordana czy Stephena Frearsa, nie mówiąc o kolejnym exodusie uzdolnionych aktorów, którzy osiedli w Hollywood.

W latach 90. mówiło się już o zjawisku zwanym Cool Britania, które nastało wraz z ekspansją britpopu, rave’u i sceny manchesterskiej w muzyce, idących w parze z modą i kulturą filmową. Nie byłoby bowiem lat 90. bez Czterech wesel i pogrzebu Mike’a Newella i Trainspotting Danny’ego Boyle’a – dwóch najważniej- szych brytyjskich filmów tego okresu.

Od czasu przejęcia sterów na Wyspach przez Tony’ego Blaira i zreformowaniu przez jego rząd ustawy o kinematografii postępowała także symbioza produkcyjna z USA. Obecnie za amerykańskie dolary pozwala się pograć Maggie Smith, Allanowi Rockmanowi czy Tildzie Swinton, pompując mnóstwo pieniędzy w koprodukcje w rodzaju Harry’ego Pottera, Opowieści z Narnii, czy Alicji w Krainie Czarów. Filmy te mają dla Amerykanów charakter prestiżowy, dowodząc nie tylko wspólnoty kulturowej, ale i dając realny wynik finansowy, mile widziany przez obie strony umowy. Stąd coroczna ceremonia rozdania Oscarów coraz bardziej staje się festiwalem brytyjskiego aktora. Helen Miren, Daniel Day Lewis, Forest Whitaker, Tilda Swinton, Judy Dench czy Kate Winslet – to tylko niektórzy uhonorowani Oscarami w ostatnich latach, a nominowanych Brytyjczyków wymieniałoby się znacznie dłużej.

Dawną metropolię łączy zresztą z dawną kolonią dwuznaczny stosunek. Anglicy pogardzają Ameryką jako prostackim krajem dorobkiewiczów, którzy za pieniądze próbują kupić coś, co na Wyspach jest bezcenne – szacunek i pozycję społeczną. Jednocześnie amerykańska potęga, a ponad wszystko pieniądz, całkiem słusznie, budzi ich respekt.

Amerykanie natomiast z jednej strony śmieją się z funkcjonujących w Anglii niedzisiejszych konwenansów, z drugiej zaś wiekowe tradycje i maniery jakoś im imponują. Mamy więc do czynienia z obustronną grą w dumę i uprzedzenia.

Transfery talentów bywają tyleż udane – na co wskazują wybuchłe w ostatniej dekadzie hollywoodzkie kariery Rachel Weisz, Keiry Knightley czy Carey Mulligan – co nieco karykaturalne, jeśli spojrzeć na niektóre role Colina Firtha (Czego pragnie dziewczyna) czy Hugh Granta (Słyszeliście o Morganach?). Ekranowa obecność tych skądinąd zdolnych aktorów często sprowadza się do strojenia angielskich min i marnowania talentu za duże pieniądze. To tak, jakby Polacy mieli grać tylko hydraulików albo pijaków – trochę wstyd, ale fortunami, które zbijają Firth i Grant, mało kto by pogardził.

Jeżeli jednak zmasowane ataki Brytyjczyków zaczęły się w latach 60. (biedna Anglia lat 40. i 50. nie mogła stanowić marketingowego wabika), to indywidualne transfery talentów miały miejsce przynajmniej od podróży za Ocean pewnego dżentelmena z wąsikiem.

Charlie Chaplin, brytyjski Żyd, nie tylko jest największym komikiem w historii kina, ale i symbolicznie zapoczątkował wielkie kariery Wyspiarzy w Hollywood. Chaplin jest twórcą największych sukcesów kina amerykańskiego i do tej kinematografii przynależy jego legenda. Ale dowodzi też, jak wiele Hollywood zawdzięcza imigrantom i jak samo potraf być niewdzięczne. Wydalenie Chaplina z USA podczas antykomunistycznej nagonki epoki McCarthyzmu (artysta nigdy nie przyjął obywatelstwa amerykańskiego, a jego lewicowe sympatie i żydowskie pochodzenie były powszechnie znane) sprawiło, że dwa ostatnie filmy (Król w Nowym Jorku i Hrabina z Hongkongu) nakręcił już w ojczyźnie.

Ameryka skusiła też Alfreda Hitchcocka, wielkiego innowatora, który najpierw w ojczyźnie, a potem w Stanach rozwinął sposoby opowiadania obrazem, wprowadził nowe chwyty do języka ruchomych obrazów, którymi kino posługuje się po dziś dzień. Czymże zatem jest tak naprawdę film amerykański?

Osobliwy charakter mają także wycieczki w odwrotnym kierunku. Wyrwać Anglikom pomysł na film okraszony monarszym sznytem i osobliwym poczuciem humoru udało się na przykład Robertowi Altmanowi w Gosford Park. Wziął on czołówkę brytyjskich aktorów (Kristin Scott-Thomas, Clive Owen, Alan Bates) i umieścił opowieść w środowisku arystokracji, wpuszczając do niej parę nieokrzesanych Amerykanów. Altman tym samym nawiązał do chlubnej tradycji ivoryzmu, którego znakiem rozpoznawczym stała się podróż w stronę angielskiego złotego wieku. Urodzony w Kaliforni James Ivory kręcił bowiem, jak się powszechnie wydawało, filmy bardziej brytyjskie niż sami Brytyjczycy. Co zatem tak naprawdę oznacza termin film brytyjski?

Wyjąwszy dziewiczy okres narodzin kina, kiedy to niezależnie od siebie język ruchomych obrazów tworzył w Ameryce przedsiębiorczy Edison, na Wyspach zaś tak zwana szkoła z Brighton, której twórcy wprowadzili zmienne kąty widzenia kamery, zbliżenia, zdjęcia plenerowe oraz krótkie ujęcia i system barwny – trzon historii anglosaskiego kina opiera się właśnie na wymianie doświadczeń amerykańsko-angielskich, wygrywaniu wzajemnych kompleksów i przezwyciężaniu ich. Na wzajemnych namiętnościach, jak w Closer, gdzie Clive Owen i Jude Law wymieniają się Julią Roberts i Natalie Portman, albo utarczkach, jak w Wojnie domowej, gdzie Jessica Biel stawała naprzeciwko Kristin Scott-Thomas. Przeciwieństwa się przyciągają, szczególnie jeśli są do siebie podobne.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera