„Dobra bibka to taka, na której zgubisz majtki”. Za Hajs Matki Baluj, czyli regresja gatunku ludzkiego

Dwie ilustracje z książki Za Hajs Matki Baluj

Kiedyś hasło przeczytałem książkę kojarzyło się z aktywnością poszerzającą horyzonty i wiedzę odbiorcy. Dzisiaj, jak się okazuje, nie różni się ono wiele od walnięcia się cegłą w czoło.

Za Hajs Matki Baluj nigdy nie było mi obce jako fanpage na Facebooku. Przyznam, że nie zwracałam nigdy na niego większej uwagi, bo kojarzył mi się jedynie z drętwymi memami o imprezowaniu, z którymi ciężko było mi się utożsamić. Nawet okazjonalne Pracuje w Za Hajs Matki Baluj nie budziło we mnie większych kontrowersji. Kiedy jednak usłyszałam powyższy tytuł jako planowaną publikację w formie papierowej, moje odczucia były podobne do autora PigOut. Oczekiwałam cringe’owych listów do Bravo i porad jak ukryć malinki przed mamą. Nie spodziewałam się jednak tej totalnej regresji całego gatunku ludzkiego, jakim okazała się ta pseudo publikacja.

Nie ma w tym nic dziwnego, że w pogoni za milionem monet publikuje się dzisiaj coraz gorsze pomyje, ale to, czym okazało się być Za Hajs Matki Baluj przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.

Promowanie molestowania, popychanie do rozwiązłości oraz spożywania alkoholu mając poniżej 18 roku życia, to młodzieżowe publikacje na miarę polskiego rynku w 2019 roku. Oczywiście nie byłoby w tym nic złego, gdyby targetem tej straty czasu były osoby dorosłe, które nie są już tak podatne na wpływy rówieśników i w pewnym stopniu ich pozycja życiowa jest ugruntowana.

Na widok mocno wyretuszowanej DZIEWCZYNKI prowokacyjnie ssącej słomkę nonszalancko spoglądającej w moją stronę z okładki, moja krew wrze. To wizja wszystkich niepewnych siebie nastolatków, którzy uznawać będą tę stertę bzdur za rzetelne porady, jak zdobyć popularność wśród znajomych.

Dzięki dorosłym ludziom, którzy próbują zarobić na podatnych na wpływy nastolatkach, możemy już niedługo wypatrywać problemu z szerzącymi się chorobami wenerycznymi, niechcianymi ciążami i wszelkimi uzależnieniami u dorastających. Myślałam, że za sprawą takich akcji jak międzynarodowe #metoo, czy SexEd Anji Rubik z naszego rodzimego podwórka świadomość seksualna i jakość publikacji dla ludzi w wieku dojrzewania ma potencjał. Mocno się jednak przeliczyłam. Niestety, po spojrzeniu na półkę bestsellerów w księgarniach nietrudno dostrzec czemu takie dzieła mają miejsce bytu. Brylują one przecież obok pseudo pornosów dla niezaspokojonych gospodyń domowych.

W świecie, w którym walka ze stereotypowymi rolami społecznymi obu płci trwa pełną parą, nietrudno załamać ręce na widok tego, wydanego na błyszczącym papierze cudeńka. Kobiety, a raczej dziewczynki, zachęcane są do uprzedmiotawiania siebie, chłopcy zaś oceniani są miarą ich mięśni brzucha i liczby zaliczonych lasek.

W momencie, gdy walczymy z niesprawiedliwymi osądami spraw o molestowanie i gwałt, zachęca się do łapania kobiet za pupę bez ich zgody. Głupie komentarze w mediach społecznościowych o podobnej treści nie są czymś niecodziennym, jednak publikowanie tego shitpostingu w utrwalonej na papierze formie jest dowodem, że dorośli za nic mają problematykę dorastających – ba – nawet są w stanie ich kosztem zarabiać na równoważniku papieru toaletowego aktualnych publikacji.

Wszystkie porady zawarte w tym chłamie, który próbuje udawać poradnik, na kilometr śmierdzą brakiem pewności siebie, pozerstwem i kreacją roli społecznej godnej statuetki Oscarowej. Najgorsze z tego wszystkiego jest jednak to, że samo Edipresse, które podjęło się publikacji tej perełki, nie bierze odpowiedzialności za książkę, co pokazuje tylko jak mała odpowiedzialność brana jest za następstwa wypuszczenie tego cuda w świat ze strony wszystkich dorosłych, którzy przyczynili się do jej powstania. WSTYD.

Update: W chwili publikacji artykułu okazało się, że książka została wycofana ze sprzedaży.

Tekst: Natalia Joanna Bajor

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera