Dlaczego kobiety noszą szpilki?

Wyprostowana jak struna ze wzrokiem skierowanym przed siebie i dumnie wypiętą piersią – idzie. Uważnie, niosąc na głowie książkę lub wazon, delikatnie stawiają kroki na miękkim, perskim dywanie. Nie jest to kadr z walczącego o telewizyjną Złotą Malinę „Projektu Lady” a rzeczywistość uczestniczek kursu organizowanego przez The Japan High Heel Association.  

Półroczny kurs szpilkowej etykiety kosztuje bagatela 3 tysiące funtów. Cena zaporowa? Bynajmniej. Szacuje się, że już ponad 4 tysiące Japonek ukończyło ten osobliwy kurs, nie żałując ani jena na dogłębną edukację. Edukację, która (jak twierdzą pomysłodawcy) jest niezbędna do rozwijania swojej pewności siebie i kompetencji zawodowych. Choć wyskoczyłyśmy już z gorsetów i kilkuwarstwowych sukien okazuje się, że w dobie kolejnej fali feminizmu nadal szpilki mają być niezbędnym atrybutem kobiety. Bez obcasów ani rusz?

Brunetka w czarnej sukience i czarnych szpilkach leży na białej kanapie

Przesłanie The Jana High Heel Association jest proste. Niewiasty, porzućcie wygodne papucie i pokażcie swoim stopom czym jest czar i szyk, nawet za cenę odrobiny niewygody. Według trenerek szpilki nie tylko wyglądają lepiej, ale są też atrybutem władzy i wzmacniają pozycję kobiet w świecie. Nie wiadomo jednak czy chodzi o wzrost (na kilkunastocentrymetrowych platformach można na mężczyzn patrzeć z góry) czy o wartość dodaną produktu (odpowiednio wycelowaną szpilką można łatwo zrobić komuś krzywdę). Krytycy tej inicjatywy zgodnie twierdzą, że podobne głosy do złudzenia przypominają wszystko to co kojarzy nam się z patriarchatem: brak logiki, seksizm i wywołanie poczucia „mindfucku” na twarzy. Bo też i jakim wzorem matematycznym da się udowodnić dodatnią korelację między szpilkami a posiadaniem realnej władzy. Wpływy mierzone centymetrami były kiedyś modne wśród gruboskórnych mężczyzn szalenie starających się sobie i innym coś udowodnić. W innych przypadkach jest to po prostu passé.

Obrzucani falą krytyki pomysłodawcy kursu chodzenia na szpilkach tłumaczą się chęcią przełamywania stereotypów w japońskim społeczeństwie. Od większości kobiet w tym kraju nadal oczekuje się porzucenia kariery zawodowej po urodzeniu dzieci i wypracowania w swoim charakterze idealnej mieszanki matki, żony i kucharki. Kiedy w Europie walczymy ze szklanym sufitem, pnąc się po szczeblach kariery, Japonki mają do przebicia istny beton kulturowy.

Nogi w czarnych szpilkach

Niemniej, japońskie wezwanie do budowania pewności siebie poprzez szpilki stoi w całkowitej opozycji do zmian zachodzących w reszcie świata. Kiedy Japonki wkładają obcasy, żeby się wyzwolić, Brytyjki z powodzeniem nagłaśniają kampanię propagującą odchodzenie od „seksistowskiego” dress code’u w miejscach pracy. Obojętnie czy chodzi o mundurek czerwonego kapturka w barze czy o owe przyciasne, niewygodne szpilki, które mają okazać się idealnym obuwiem na bieganie po schodach czy noszenie sterty papierzysk.

Szpilki jako symbol wyzwolenia z pewnością nie kojarzą się pisarce Nicole Thorp. O tym, że obcasy raczej marginalizują kompetencje zamiast je rzekomo zaakcentować przekonała się pracując jako recepcjonistka w jednej z dużych korporacji. Zakładając jednego dnia do pracy buty na płaskim obcasie (zapewne złowieszcze baletki szyderczo śmiejące się z lakierków na platformie), nie przypuszczała, że ta decyzja będzie ją coś kosztowała. Szefostwo stwierdziło, ze jej ubiór łamie idee i zasady firmy (tak jakby buty mogły namawiać do nienawiści albo spóźniania się do pracy) i została wysłana do domu. Thorp nie zwykła tłumić w sobie emocji i dała swoim przełożonym wykład o seksizmie zwracając uwagę, że oni jako mężczyźni jakoś szpilek nosić nie muszą. Rozmowy na nic się nie zdały, bowiem kobieta została dyscyplinarnie zwolniona i pozbawiona ostatniej pensji. Nie poddała się jednak i nagłośniła sprawę, by dziś świętować zwycięstwo nad chorymi zasadami.

Kobiety w szpilkach z walizkami idą po schodach

Nic więc dziwnego, że musiała ona zabrać głos w sprawie japońskiej wersji feminizmu. Uznała szkołę chodzenia na szpilkach za niedorzeczną i porównała ją do lekcji z czasów wiktoriańskiej Anglii, kiedy to kobieca edukacja ograniczała się do zajęć z dobrych manier i szybkiego kursu jak złapać za męża młodzieńca z dobrego domu.

Z drugiej jednak strony powstaje pytanie czy konieczne jest posiadanie „typowo męskich” atrybutów, by mieć większą szansę na sukces. Czy nie jest to przypadkiem jeszcze większa choć zawoalowana dyskryminacja i brak wiary w kobiecość u władzy? Nawet Margaret Thatcher chodziła na zajęcia z emisji głosu, by wydobywać z siebie dźwięki mniej piskliwe, a bardziej przypominające baryton. Tylko czy wtedy nie stajemy się karykaturami samych siebie? I jak to o nas świadczy? Załóż spodnie – wygraj wybory. Ano tak, że jako społeczeństwo mamy jeszcze dużo do zrobienia. I zmiana szpilek na baletki (bądź odwrotnie) jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Tekst: Kasia Mierzejewska

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera