Dlaczego kobiety noszą szpilki?

dziewczyny w szpilkach
Fot. pexels-cottonbro-3419644

Wyprostowana jak struna ze wzrokiem skierowanym przed siebie i dumnie wypiętą piersią – idzie. Uważnie, niosąc na głowie książkę lub wazon, delikatnie stawiają kroki na miękkim, perskim dywanie. Nie jest to kadr z walczącego o telewizyjną Złotą Malinę „Projektu Lady”, a rzeczywistość uczestniczek kursu organizowanego przez The Japan High Heel Association.

Szpilki jako narzędzie władzy czy patriarchatu?

Półroczny kurs szpilkowej etykiety kosztuje bagatela 3 tysiące funtów. Cena zaporowa? Bynajmniej. Szacuje się, że już ponad 4 tysiące Japonek ukończyło ten osobliwy kurs, nie żałując ani jena na dogłębną edukację. Edukację, która (jak twierdzą pomysłodawcy) jest niezbędna do rozwijania swojej pewności siebie i kompetencji zawodowych. Choć wyskoczyłyśmy już z gorsetów i kilkuwarstwowych sukien, okazuje się, że w dobie kolejnej fali feminizmu nadal szpilki mają być niezbędnym atrybutem kobiety. Bez obcasów ani rusz?

Kurs elegancji w XXI wieku

Przesłanie The Japan High Heel Association jest proste. Niewiasty, porzućcie wygodne papucie i pokażcie swoim stopom czym jest czar i szyk, nawet za cenę odrobiny niewygody. Według trenerek szpilki nie tylko wyglądają lepiej, ale są też atrybutem władzy i wzmacniają pozycję kobiet w świecie. Nie wiadomo jednak czy chodzi o wzrost (na kilkunastocentrymetrowych platformach można na mężczyzn patrzeć z góry) czy o wartość dodaną produktu (odpowiednio wycelowaną szpilką można łatwo zrobić komuś krzywdę). Krytycy tej inicjatywy zgodnie twierdzą, że podobne głosy do złudzenia przypominają wszystko to, co kojarzy nam się z patriarchatem: brak logiki, seksizm i wywołanie poczucia „mindfucku” na twarzy. Bo też i jakim wzorem matematycznym da się udowodnić dodatnią korelację między szpilkami a posiadaniem realnej władzy. Wpływy mierzone centymetrami były kiedyś modne wśród gruboskórnych mężczyzn szalenie starających się sobie i innym coś udowodnić. W innych przypadkach jest to po prostu passé.

Szpilki kontra kultura pracy w Japonii

Obrzucani falą krytyki pomysłodawcy kursu chodzenia na szpilkach tłumaczą się chęcią przełamywania stereotypów w japońskim społeczeństwie. Od większości kobiet w tym kraju nadal oczekuje się porzucenia kariery zawodowej po urodzeniu dzieci i wypracowania w swoim charakterze idealnej mieszanki matki, żony i kucharki. Kiedy w Europie walczymy ze szklanym sufitem, pnąc się po szczeblach kariery, Japonki mają do przebicia istny beton kulturowy.

Kiedy szpilki przestają być wyborem

Niemniej, japońskie wezwanie do budowania pewności siebie poprzez szpilki stoi w całkowitej opozycji do zmian zachodzących w reszcie świata. Kiedy Japonki wkładają obcasy, żeby się wyzwolić, Brytyjki z powodzeniem nagłaśniają kampanię propagującą odchodzenie od „seksistowskiego” dress code’u w miejscach pracy. Obojętnie czy chodzi o mundurek czerwonego kapturka w barze czy o owe przyciasne, niewygodne szpilki, które mają okazać się idealnym obuwiem na bieganie po schodach czy noszenie sterty papierzysk.

nogi w szpilkach dziewczyna
Fot. Pexels Rankzl

Nicole Thorp i bunt w lakierkach

Szpilki jako symbol wyzwolenia z pewnością nie kojarzą się pisarce Nicole Thorp. O tym, że obcasy raczej marginalizują kompetencje zamiast je rzekomo zaakcentować, przekonała się pracując jako recepcjonistka w jednej z dużych korporacji. Zakładając jednego dnia do pracy buty na płaskim obcasie (zapewne złowieszcze baletki szyderczo śmiejące się z lakierków na platformie), nie przypuszczała, że ta decyzja będzie ją coś kosztowała. Szefostwo stwierdziło, że jej ubiór łamie idee i zasady firmy (tak jakby buty mogły namawiać do nienawiści albo spóźniania się do pracy) i została wysłana do domu. Thorp nie zwykła tłumić w sobie emocji i dała swoim przełożonym wykład o seksizmie, zwracając uwagę, że oni jako mężczyźni jakoś szpilek nosić nie muszą. Rozmowy na nic się nie zdały, bowiem kobieta została dyscyplinarnie zwolniona i pozbawiona ostatniej pensji. Nie poddała się jednak i nagłośniła sprawę, by dziś świętować zwycięstwo nad chorymi zasadami.

Szpilki, baletki i baryton Thatcher

Nic więc dziwnego, że musiała ona zabrać głos w sprawie japońskiej wersji feminizmu. Uznała szkołę chodzenia na szpilkach za niedorzeczną i porównała ją do lekcji z czasów wiktoriańskiej Anglii, kiedy to kobieca edukacja ograniczała się do zajęć z dobrych manier i szybkiego kursu, jak złapać za męża młodzieńca z dobrego domu.

Z drugiej jednak strony powstaje pytanie, czy konieczne jest posiadanie „typowo męskich” atrybutów, by mieć większą szansę na sukces. Czy nie jest to przypadkiem jeszcze większa, choć zawoalowana dyskryminacja i brak wiary w kobiecość u władzy? Nawet Margaret Thatcher chodziła na zajęcia z emisji głosu, by wydobywać z siebie dźwięki mniej piskliwe, a bardziej przypominające baryton. Tylko czy wtedy nie stajemy się karykaturami samych siebie? I jak to o nas świadczy? Załóż spodnie – wygraj wybory. Ano tak, że jako społeczeństwo mamy jeszcze dużo do zrobienia. I zmiana szpilek na baletki (bądź odwrotnie) jest tylko wierzchołkiem góry lodowej.

Tekst: Kasia Mierzejewska

Zobacz też: 

Daddy issues – jak wpływa na nasze życie i relacje


Lubisz nas? Obserwuj HIRO na Google News