Detroit wczoraj i dziś. Upadek olbrzyma

Kiedyś drugie najbogatsze miasto USA, potęga motoryzacji i kopalnia muzycznych talentów. Dzisiaj stolica przestępczości, gdzie mieszkanie można kupić nawet za kilka dolarów. Detroit z teledysków Eminema i oscarowego Sugar Mana ogłosiło bankructwo. Jakie poniesie konsekwencje?

OD MOTOR CITY DO GHOST TOWN

Miasto niegdyś hołubione za przyjmowanie niewolników i emigrantów miało być olbrzymem. Założone przez niejakiego, nomen omen, Cadillaca, dążyło do wypełnienia swojego przeznaczenia. Fabryki Forda, Chryslera i General Motors wprawiły Detroit w ruch – dosłownie. Kiedy ogląda się filmy z lat 50., można odnieść wrażenie, że jedynym celem tego miasta był właśnie ruch. A wokół niego kręciło się wszystko. Powstały więc szerokie drogie i autostrady, reklamowane jako te, którymi mieszkańcy łatwo dostaną się do pracy. Nikt nie zawracał sobie głowy, że trudniej już było przy nich mieszkać. Hałas łagodziły dźwięki płynące z legendarnej wytwórni Berry’ego Gordy’ego. Motown – skrót od nazwy Motor Town – wpłynęła na gust Amerykanów i Europejczyków, szlifując takie diamenty muzyki jak Michael Jackson (wówczas członka The Jackson 5), Marvin Gaye czy Diana Ross. W mieście, gdzie większość stanowią Afroamerykanie, miało to ogromne znaczenie. Przyszłość pokazała jednak, że będzie pierwszą rysą na idealnym obrazie dawnego ośrodka abolicjonizmu. W 1967 roku rozpętało się tam prawdziwe piekło – zamieszki na tle rasowym tłumione przez Gwardię Narodową trwały 5 dni, zabijając kilkadziesiąt osób. Na tym tragedia miasta się nie skończyła: upadały wielkie fabryki, a biała ludność ze strachu opuszczała centra. Pół wieku później Detroit przypomina pustynię. Przestrzeń niegdyś eksplorowana, tętniące życiem drogi, przepełnione parkingi to przeszłość. Ludność zamieszkuje dwie trzecie tego, co pozostało – reszta świeci pustkami, a raczej straszy i przygnębia. Nie ma już łagodnej muzyki Motown, jest odgłos przeładowywanej broni. Nie wszystkich to jednak przeraziło.

DETROIT ŻYJE / DETROIT GINIE

Najpierw byli artyści. W pustce znaleźli coś inspirującego. Wynajmowali zrujnowane mieszkania i w nich tworzyli. Swoim przybyciem zaktywizowali lokalnych społeczników. W dokumencie „Detroit Lives” przekonywali, że jeśli znajdziesz się na dnie, możesz już się tylko od niego odbić. Po mieście widzów oprowadza Johnny Knoxville, pokazując swoje nieznane dotąd oblicze, jakby chciał podkreślić, że Detroit także je ma. Pojawiła się bowiem szansa naodrodzenie – artyści, dizajnerzy, muzycy i przedsiębiorcy chcieli wpłynąć na miejsce, w którym żyją. Opustoszałe fabryki zmieniły się w siedziby makro i mikroprzedsiębiorstw. Powoli powstawały projekty rewitalizacyjne, w których ważną rolę miały odgrywać kultura i ekologia. Jeden z aktywistów, Tommy Barlow, żywił przekonanie, że nie ma raczej już podobnego miejsca, gdzie ludzkie możliwości mogą być tak realizowane. Ta wiara jednak została mocno nadszarpnięta, bo Detroit przyciągając podobnych mu, ściągnęło na siebie kłopoty w postaci gentryfikacji. Przekształcanie poprzemysłowej dzielnicy w obszar przeznaczony dla klasy średniej nie budzi entuzjazmu zwykłych obywateli. Do miasta za aktywistami przybywali ludzie, którzy w ruinach wywęszyli interes. Kupowali ledwo stojące budynki, remontowali je, płacąc przy tym małe podatki, a później sprzedawali z dużym zyskiem. Chcieli w ten sposób powtórzyć sukces Williamsburga, niegdyś żydowskiej dzielnicy Nowego Jorku, później artystycznej mekki, choć dziś bardziej żyły złota dla przedsiębiorstw. Porównanie z nim nie było jednak trafione, bo gentryfikacja w Detroit nie jest typowa – nie obejmuje jednej dzielnicy, ale wiele i to przypominających wysepki na oceanie. Jakiekolwiek gentryfikatorzy mieli intencje, stracili poparcie mieszkańców, którzy narzekają już nie na to, że wszyscy wyjeżdżają, ale że wprowadzają się nowi. Nowi, którzy – chcąc, nie chcąc – odbierają im domy. Emocje wzięły górę. Zaczęło się wybijanie okien i podpalanie nowo zajętych budynków. Źródłem problemu nie było jednak bezprawne wchodzenie w czyjąś przestrzeń, ale brak komunikacji. Nikt nie kwapił się do prowadzenia rozmów z mieszkańcami, bo nie załatałyby one rosnącej dziury w budżecie. Nie jest tajemnicą, że w Detroit stopa bezrobocia od dawna przekraczała średnią krajową. Do tego wyludnianie miasta przez klasę średnią ciągnęło za sobą wyższe świadczenia społeczne, a pieniędzy nie przybywało. Władze stać na zatrudnienie 10 tysięcy osób, co w 700-ty-sięcznym mieście wydaje się niesmacznym żartem. Bezrobotni musieli za-ciągać pożyczki, których nie mogli spłacić, więc banki zajęły ich domy. Dzi- siaj takich domów jest 100 tysięcy. Oliwy do ognia dolewa fakt, że oficjele też mają swoje za uszami – jeden z byłych burmistrzów, Qwame Kilpatrick został skazany przez sąd za korupcję i defraudację środków publicznych. O tym, że miasto ogłosi bankructwo, prasa pisała już od kilku lat. Kwiecień 2013 roku miał być ostatnim miesiącem chwiejącego się, ale wciąż olbrzyma. Upadek nastąpił trzy miesiące później – Detroit dobiły zbyt duże wydatki i branie kredytów na pokrycie długów. Rządzący muszą teraz dokonać kolosalnych zmian, żeby spłacić 18,5 miliarda dolarów Ameryce. Plan ratunkowy oznaczałby budowę hali hokejowej, nowej kolei i dróg, chociaż nie wiadomo, kto będzie z tego korzystać. Szykują się też cięcia – Detroit oszczędzi nawet na emeryturach. Czyżby oznaczało to, że miasto umarło? Niekoniecznie.

ZIELONA DROGA DO ODRODZENIA

Phillip Laurie, reżyser filmu „After the Factory”: Tu są najgorsze w kraju szkoły publiczne, ludzie nie wierzą w nic, ale pulsujące w wielu miejscach inicjatywy dają kopa, zarażają optymizmem. Dla wielu ludzi sam fakt mieszkania w Detroit staje się „sprawą”, której się poświęcają. Zaletą miasta tak zdegenerowanego jest to, że można je tworzyć w zasadzie od zera. Jego słowa znajdują potwierdzenie – mieszkańcy nie są bezradni i pokazują to nawet ozdabiając zrujnowane domy kwiatami. Większe wrażenie robią jednak pola uprawne między fabrykami. Oddolna inicjatywa miejskiego rolnictwa zwraca uwagę świata, szczególnie teraz, gdy miasto oficjalnie zbankrutowało. Niemałym zaskoczeniem jest, że całe społeczności uczą się uprawiania ziemi. Nie potrzebują do tego pieniędzy, bo nasiona i przyrządy otrzymują za darmo. W ten sposób piaszczyste tereny Detroit zmieniają się w farmy. Dzisiaj ich liczba wynosi niemal 1400, co ma szczególne znaczenie społeczne – bezrobotni i najczęściej niepiśmienni mieszkańcy odzyskują poczucie własnej wartości. Z drugiej strony są wykształceni młodzi, którzy w miejskim rolnictwie odkryli samowystarczalność. Mówi się, że Detroit staje się mekką urban agriculture, co przyciąga ludzi spoza Michigan, szukających alternatywnego stylu życia. W upadającym mieście widzą początek ewolucji całego kraju. Detroitczycy im wtórują, mówiąc z przekonaniem: „Mamy w sobie siłę, aby stworzyć nowy świat” – nawet po upadku olbrzyma.

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera