Czym Lizbona zachwyciła Bartka Kieżuna? Oto zapis niezwykłej podróży z książki „Portugalia do zjedzenia”

Dwa zdjęcie przedstawiające Lizbonę i zdjęcie mężczyzny po środku

Bartek Kieżun specjalista w zakresie kuchni śródziemnomorskich, dziennikarz i bloger kulinarny, podróżnik, fotograf po raz kolejny wybrał się w podróż, kierowany potrzebą stworzenia opowieści o malowniczych miejscach oraz kuchni niezwykłej w swej prostocie.

Po sukcesie, jakim okazała się Italia do zjedzenia, Bartek Kieżun wyruszył do Portugalii. Portugalia do zjedzenia wydana nakładem Wydawnictwa Buchmann to połączenie książki kulinarnej i przewodnika po jednym z najczęściej odwiedzanych europejskich krajów.

Znajdują się w niej zarówno fantastyczne przepisy, jak i pasjonujące opowieści o historii i sztuce, które sprawiają, że bacalhau (suszony dorsz), francesinha (dekadencki tost z mięsem) i pieczone sardynki smakują jeszcze lepiej. Książka jest dostępna do kupienia tutaj, a my dzisiaj zapraszamy was do podróży po Lizbonie!

W Lizbonie wszystko było na tak od samego początku. Uwiodło mnie to miasto całkowicie. Zachwyciło wyjątkowym temperamentem i energią. Było jak wystrzałowy koktajl!

Niewłaściwe to w moich ustach porównanie, bo nie znoszę koktajli, a Lizbonę uwielbiam. Chodzi mi jednak o to, że portugalską stolicę widzę czasem jako efekt pracy nieco szalonego barmana, który do shakera wrzucił wszystkie składniki, które powinna zawierać europejska metropolia, i parę innych sekretnych ingrediencji, a potem solidnie to wymieszał, podał na tacy w wielkim kieliszku i z dumą oznajmił: Oto moje dzieło, kochaj albo nie, nie obchodzi mnie to!

Jest w Lizbonie wszystko. Można posiedzieć z kieliszkiem porto i pogapić się, jak płynie Tag. Można odwiedzić parę gotyckich kościołów (jeden bez dachu, no ale nie będziemy się czepiać). Są tutaj świetny ogród botaniczny i eleganckie centrum, są też rewelacyjne muzea. I do tego można w Lizbonie dobrze zjeść, bo lokale takie, jak: Ramiro — Avenida Almirante Reis 1, restauracje Avilleza, zwłaszcza Cantinho do Avillez — Rua Duques de Bragança 7, czy A Cevicheria — Rua Dom Pedro V 129, to miejsca popularne zarówno wśród lizbończyków, jak i wśród turystów.

Nasza pierwsza wizyta w Lizbonie trwała 10 dni i wyjeżdżałem z portugalskiej stolicy z poczuciem sporego niedosytu (choć spałem tylko w nocy, i to krótko). Plątaliśmy się po mieście trochę tropem Anthony’ego Bourdaina, trochę według przewodnika, a trochę na czuja. Zwiedzaliśmy i jedliśmy na przemian. Zaglądaliśmy wszędzie tam, gdzie poprowadziły nas nosy. Wszędzie było super! No, prawie, bo gdzieś po drodze złapałem porządne zatrucie pokarmowe, choć zazwyczaj jadam wszystko i wszędzie i nic mi nigdy nie jest. Tym razem, cóż, nie udało się, ale już następnego dnia otrzepałem się jak pies po wyjściu z wody, zamówiłem w Ramiro porządną porcję smażonych w oliwie krewetek (strona 21), poprawiłem białym winem z Douro i stwierdziłem, że mimo nocnej przeprawy Lizbonę uwielbiam nadal, bo jest za co!

Jest tu całe mnóstwo sklepów o długiej historii, które wbrew globalizacji trwają i nic sobie z upływającego czasu nie robią. Uwielbiam zaglądać do takich miejsc jak Carioca przy Rua da Misericórdia 9. To działający nieprzerwanie od 1936 roku sklep z kawą i herbatą. Lizbończycy z kawą radzą sobie doskonale, trochę jak Włosi, a trochę jak wiedeńczycy — więc Carioca to adres idealny dla miłośników małej czarnej! Nad Tagiem prażą kawę długo, ale w temperaturze niższej niż średnia europejska, dlatego nieco wyróżnia się smakiem. Znam takich, którzy przywożą z Portugalii kilogramy kawy w walizkach.

Przy okazji wyjaśnię: w Lizbonie kawa zamawiana w kawiarni ma trzy ceny: przy barze, przy stoliku w środku i w ogródku. I ostrzeżenie: położona przy Rua Garrett 122 kawiarnia Brasileira, miejsce niegdyś kultowe, dziś uwodzi głównie secesyjnym wystrojem, kawą — z pewnością nie! Jest też LX Factory przy Rua Rodrigues de Faria 103. To miejsce modne, skrojone według dobrze sprawdzonych wzorów: weź starą fabrykę, podziel na kawałki, tu umieść fryzjera, tam vintage store, dopraw kawą z chemexu i organicznymi ziołami z upraw prowadzonych przez alterglobalistów. Nie lubię za bardzo takich konceptów, ale to nie zmienia faktu, że w Cantina LX można zjeść świetny niedzielny brunch albo lunch. A jeśli ktoś woli posiedzieć przy śniadaniu, to te niedzielne trwają tam w nieskończoność, a tamtejsza księgarnia robi konkurencję tej z Porto. Przy okazji każdej wizyty wpadamy też do By The Wine przy Rua das Flores 41–43, tuż obok posterunku lizbońskich strażaków. To fantastyczny wine bar z krótką, nowoczesną kartą i rewelacyjnym wnętrzem. Sufit zdobią ciągi zielonych butelek, a za barem ściana jest udekorowana rzędami słodkiego muscatela. Idealne miejsce na popołudniowy kieliszek musującego wina i ostrygę.

Mimo upływu czasu nic się w mieście nie zmienia oprócz liczby turystów. Czy Lizbona to Portugalia w pigułce? Nie, wcale. Lizbona to Lizbona i muszę powiedzieć jasno: jeśli komuś marzy się Portugalia, to zdecydowanie powinien wystawić nos poza stolicę. Ale Lizbona to świetne miejsce na początek przygody z ojczyzną Magellana.

Ovos verdes to lizboński przykład petiscos i znaczy dosłownie „zielone jaja” — pozwolicie więc, że zostanę przy oryginalnej nazwie. Dwa będą świetną przekąską, cztery mogą wystąpić w roli przystawki, a sześć wystarczy za całe danie główne, zwłaszcza jeśli podane zostaną na przykład z ryżem. Tak to uniwersalne są portugalskie petiscos.

Do dzieła!

OVOS VERDE | SMAŻONE JAJKA FASZEROWANE NATKĄ PIETRUSZKI

Składniki dla 4 osób:
• 8 jajek
• Pęczek natki pietruszki
• 11 łyżek octu winnego
• 4 łyżki oliwy z oliwek
• Sól, pieprz
• Dodatkowo:
• 2 jajka
• Bułka tarta do panierowania
• Olej do smażenia

Jajka gotujemy na twardo i po zahartowaniu ich zimną wodą zostawiamy w garnuszku do kompletnego wystudzenia. Obieramy i delikatnie przekrawamy na pół. Żółtka wrzucamy do miseczki, dorzucamy 2 garście drobno posiekanej pietruszki, dodajemy ocet i oliwę. Dokładnie mieszamy, doprawiając przy okazji solą i pieprzem. Powstałą pastą faszerujemy białka. Tak przygotowane połówki jajek panierujemy (w jajku i bułce tartej) i smażymy na złoto w głębokim tłuszczu. Brzmi dziwacznie, wiem, ale smakuje świetnie, więc bez obaw! Ocet jest konieczny, bo ożywia smak jajek jak poranna kawa człowieka! Ovos verdes świetnie smakują z majonezem z dodatkiem sosu z piri-piri (strona 76), który z łatwością można zrobić w domu.

MOLHO de PIRI-PIRI | SOS Z PAPRYCZEK PIRI – PIRI

Składniki:
• 3 łyżki oliwy
• 2 ząbki czosnku
• 2 łyżki octu winnego
• Łyżeczka drobno posiekanej papryki pikantnej
• Łyżka drobno posiekanej papryki słodkiej
• Łyżeczka soku z cytryny
• Łyżka portugalskiej brandy, czyli aguardente,
• ale jeśli nie znajdziecie, to whiskey i bourbon
• również będą okej
• Sól

Podane składniki łączymy ze sobą przez roztarcie w moździerzu. Sos powinien mieć konsystencję domowego pesto. Smak ma być kwaśny, ostry i słony jednocześnie. Przepisu na majonez nie podaję, bo wszak to kuchnia francuska!

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera