Czy zaszły jakieś zmiany w muzyce Out Of Tune?

Pięciu mężczyn z szalikami na szyjach

Koszulki w paski i w panterkę, grzywki na prostownicę, chude spodnie w Kolorze żarówiasty róż. Kilka lat temu Out Of Tune byli ikoną i uosobieniem polskiej sceny indie, tej tańczącej na imprezach do The Strokes, Bloc Party i Klaxons. Dziś chłopaki porzucili jednak zarówno gitarowe brzmienie, jak i ostentacyjną fajność. Mogą za to wreszcie powiedzieć, że nagrali taką płytę, jaką chcieli.

Eryk, jak to było? Przestałeś grać na basie, żeby do zespołu mógł dołączyć Kuba, czy na odwrót, dołączył Kuba, więc odłożyłeś gitarę?

Eryk Sarniak (wokal): My się z Kubą znamy od stu lat…
Kuba Dykiert (bas, wokal): Konkretnie od 13.
Eryk: Zawsze muzycznie współpracowaliśmy, graliśmy jam sessions, jeździliśmy na festiwale.
Kuba: Obserwowałem zespół od samego początku.
Eryk: Później wyszła pierwsza płyta i Kuba jeździł z nami jako techniczny. On zawsze był członkiem tego zespołu, w ten czy inny sposób. Nowe kawałki pisałem zupełnie inaczej – już nie z basem w ręku, teraz przy pianinie. W związku z tym linia basowa była już dołożona do aranżu i nie bardzo mogłem grać i śpiewać w tym samym czasie, bardzo by to nas ograniczyło. Ale dzięki temu wreszcie mogliśmy oficjalnie zaprosić Kubę do zespołu, a on mógł powiedzieć sakramentalne tak. To było dziwne uczucie, trochę jakbyś powiedział swojej długoletniej koleżance, że ją kochasz.

W momencie, kiedy Kuba powiedział to sakramentalne tak, było już wiadomo, że Out of Tune pójdzie w stronę elektroniki?

Kuba: Dla mnie Out of Tune to zawsze był elektroniczny zespół. W muzyce zmieniło się tylko to, że doszli nowi członkowie: perkusista Kamil Kukla oraz ja.

A dla mnie to był jednak gitarowy zespół z dużą ilością elektroniki. Nie udawajcie, że nic się nie zmieniło. Wasz debiut i Lights So Bright to dwa światy.

Eryk: Różnica wynika między innymi z tego, kto nas produkował. Przy pierwszej płycie mieliśmy piosenki, ale poza tym nie wiedzieliśmy nic. Weszliśmy do studia z jakimiś pomysłami, z czymś, co się nam wydawało wizją płyty. Studio było bardzo profesjonalne, opłacone przez wytwórnię, z doświadczonym producentem. Zostaliśmy przez to zjedzeni. Dopiero teraz mniej więcej wiemy, co to znaczy mieć wizję brzmienia, wcześniej gówno wiedzieliśmy. Stąd różnica między tym, jak brzmiała nasza pierwsza płyta, a tym, co mieliśmy w głowach. Teraz mieliśmy producenta, z którym rozumieliśmy się w pełni.

Czyli Goodboy Khrisa, członka Dick 4 Dick. Jak doszło do tej współpracy?

Eryk: W 2009 roku zaczęliśmy już układać kawałki na drugą płytę i musiała się pojawić decyzja, kogo chcemy na producenta. Zanim pomyśleliśmy o kimś konkretnym, jednoznaczne dla nas było to, że koniec z producentami w takim klasycznym znaczeniu.

Czyli takim producentem profesjonalnym, który jednego dnia produkuje Kobranockę, drugiego Out of Tune, a trzeciego Beatę Kozidrak solo, tak?

Eryk: Dokładnie tak! Nie chcieliśmy po prostu gościa, który jest realizatorem dźwięku ze stuletnim doświadczeniem, obstawionym masą sprzętu, na punkcie, którego sam już dawno zwariował. Chcieliśmy kogoś, kto ma otwarty łeb i właśnie nie jest taki doświadczony, w związku z tym cały czas poszukuje, ma nieszablonowe pomysły. Kogoś, kto może się pomylić i czasem nagrać coś źle czy inaczej, niż było zamierzone, bo właśnie wtedy wychodzą ciekawe rzeczy. Choć nie twierdzą, że Krystian coś nagrał źle.
Kuba: Krystianowi ufaliśmy, wierzyliśmy w to, co robi, w to, co nam proponuje i do czego nas prowokuje. Byliśmy z nim w zupełnej zgodzie organizacyjnej i mentalno-muzycznej.
Eryk: Czas płyt idealnie wyprodukowanych, Dolby Surround 7.1, już minął. To nudne. Mnie interesuje to, co może wyjść komuś, kto poszukuje.
Kuba: Kto jest głodny.
Eryk: Krystian jest od nas starszy tylko i aż o dziesięć lat. Rozumiemy się na zasadzie kumplowskiej, ale ma te dziesięć lat doświadczenia więcej. Tu, gdzie kończy się nasza wiedza, zaczyna się Krystian. A do współpracy doszło tak, że poszliśmy na koncert D4D do Hydro (Hydrozagadka, klub na warszawskiej Pradze – przyp. red.), nie chcieliśmy iśc z pustymi rękami, więc przygotowaliśmy takie ośmiominutowe demo nagrane w domu. Spotkanie odbyło się w kiblu, bo tam nie było żadnej garderoby. Chociaż znaliśmy się towarzysko, to jednak sprawa była konkretna – Krystian powiedział, że musi najpierw przesłuchać demo i zobaczy, czy coś z tego będzie. Posłuchał, powiedziął, że coś z tego będzie, i tak się zaczęło.

Dicki, tak jak wy, trochę zerwały z przeszłością, z tym polskim indie. Teraz ich numery grają w TVN, w reklamie, która leci po Top Model.

Eryk: Tap Madl.. Moim zdaniem nowa płyta Dicków, Who’s Afraid Of?, jest ich najtrudniejszą płytą, na maksa niekomercyjną – poza singlowym Love Is Dangerous – ciężką i skomplikowaną. D4D zawsze mieli swój styl, byli w opozycji do tej fali indie, której my byliśmy częścią, którą wspominam miło, ale jednak nie było w niej myśli, fermentu, clashu muzycznego. Na szczęście był to dla nas tylko krótki epizod.

Kuba chyba nie był jej częścią. Jak to wyglądało z zewnątrz?

Kuba: Ja nie jestem nigdy częścią czegokolwiek.
Eryk: Kuba jest z innego świata, co jest dla nas fajne i poszerzające. Jak graliśmy przed Calvinem Harrisem i MGMT, to Kuba nie wiedział, kim oni są. I to jest zajebiste.
Kuba: Mnie inspiruje soul, Motown, Stevie Wonder, wychowałem się na klasycznym rocku, lubię elektronikę, lubię hip-hop. W zasadzie zawsze byłem gitarzystą, ale wpadł mi w ręce fajny bas..
Eryk: Opowiedz, jak to było!
Kuba: Mam wujka, który jest imitatorem Elvisa…
Eryk: Czaisz? Jego wujek jest imitatorem Elvisa!
Kuba: Umówiłem się z nim na obiad, to było przed koncertami Out of Tune, potrzebowałem basu. On mi powiedział, że ma jakiegoś Fendera pod łóżkiem, na którym nie gra. Zjedliśmy obiad, wyjęliśmy gitarę spod łóżka. Od razu spytałem o rocznik produkcji, to był 77 czy 78 rok. Od dziesięciu lat nieużywany Fender Precision Bass trafił w moje ręce. Oddałem za niego swojego Gibsona i to była deklaracja.
Eryk: Biorąc pod uwagę, że dostaliśmy wcześniej od Junior Boys syntezator z 83 roku, to coś z tym zespołem jest dziwnego.

To jest płyta do słuchania, czy do tańczenia?

Eryk: Ze zdziwieniem zorientowałem się, że ona jest bardziej do słuchania niż do tańczenia. Ja myślałem, że to będzie płyta taneczna – nie żebyśmy mieli taki zamiar, ale takie Cash and Hearts jest wyjątkowo taneczne. Dopiero kiedy zaczęliśmy ją grać na koncertach, zobaczyłem, że ona jest bardziej na poważnie niż pierwsza płyta. Może jest to mniej modne, mniej świeże, ale teraz gramy to, co zawsze chcieliśmy. Chociaż ktoś pewnie powie, że właśnie jest supernowoczesna – ale jeśli mnie spytasz, z czego zrzynałem, nagrywając tę płytę, to bardziej z lat 60. i 70.
Kuba: Zauważyłem opis płyty w jakimś portalu, ponoć brzmimy teraz jak Australijczycy albo Skandynawowie.
Eryk: Australijczycy? Ciekawe, czy bardziej Cut Copy, czy AC/DC?

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera