Crown Tattoos: coś więcej niż tatuaż

Dwie ręce z wytatuowanymi koronami

Która dziewczynka nie marzyła o życiu w royal family? Oglądając kolejne bajki Disneya, każda młoda kobietka w pewnym momencie miała już swoją ulubioną księżniczkę. Jedne marzyły o pocałunku księcia i zamykały się „w najwyższej wieży”, czekając na prawdziwą miłość. Inne z lubością mierzyły kolejne tiulowe, cukierkowe sukienki i paradowały na placu zabaw z plastikową koroną na głowie. Przywołując tamte wspomnienia reakcja jest jedna: pobłażliwy uśmiech i politowanie.

Księżniczkowe zapędy u dziewczyn bez dwóch zdań kojarzą się z kiczem i niskim IQ. Bo i kto rozumny dobrowolnie, „na serio”, bawi się w odwołania do monarchii ozdobione górnolotnym cytacikiem z Paulo Coelho. Wszyscy to znają. Dzióbki, selfie w lustrze, za dużo makijażu i przepalone włosy. Rozpaczliwa próba zwrócenia na siebie uwagi okraszona jest tekstem w stylu „jestem pieprzoną księżniczką”, „czekam na księcia”, „zasługuje na królewskie traktowanie”. Tak samo alergicznie reaguje się na T-shirty z nadrukami o podobnym walorze intelektualnym, zakładając, że księżniczkowa faza to dobry materiał na tzw. „bekę”.

Kobieta ubrana na czarno z tatuażem korony na obojczyku

Wielki powrót

Ostatnimi czasy internet obfituje w zdjęcia zwiastujące powrót „księżniczkowej ery”. Instagram wypełniony jest fotkami tatuaży w kształcie korony. Są małe, subtelne umiejscowione zwykle na palcu bądź w jakimś niewidocznym miejscu. Zanim jednak nastąpi fala dezaprobaty i zniesmaczenia, warto poznać kulisy nowego trendu w tatuowaniu i motywy kierujące dziewczynami, które decydują się paradować przez życie z permanentną koroną. „Dostałam od życia gorzką lekcję. Powoli wychodzę jednak na prostą. Za każdym razem, gdy dopada mnie chwila zwątpienia (czyli bardzo często), spoglądam na tę małą rzecz zdobiącą mój palec i mój oddech się uspokaja. Może to głupie, ale korona przypomina mi, że nawet kiedy upadam, to nadal jestem wartościowa. Nadal mogę być królową życia. I mogę być z siebie dumna.”

Tego typu posty robią prawdziwą furorę w sieci i w błyskawicznym tempie są powielane przez kolejne zwolenniczki „crown tattoos”. Wytatuowana korona stanowi coś w rodzaju talizmanu szczęścia, zajęła miejsce pluszaka, który towarzyszył nam na sprawdzianach z przyrody. Korony przypominają dziewczynom, że są silnymi, wartościowymi królowymi i mają oczekiwać od innych takiego właśnie traktowania – z szacunkiem. Kiedy sami nie będziemy tego wymagać, nikt ochoczo nie zacznie dbać o nasze dobre samopoczucie. Prowodyrką akcji jest blogerka parentingowa Constance Hall. Dzieli się ona ze swoimi czytelnikami blaskami i cieniami życia aktywnej mamy, która nie boi się przybrać dodatkowych kilogramów. Jej konto na Instagramie śledzi ponad 100 tysięcy osób. Niedawno wydała też książkę Like a Queen – wymowny tytuł rzuca światło zrozumienia na jej wpływową pracę w internecie.

Trzy ręce z wytuowanymi koronami

Hall jest chwalona przede wszystkim za otwarte przeciwstawianie się wszelkim rodzajom dyskryminacji czy niesprawiedliwości dotykającej kobiety. Począwszy od krytyki ciała i presji osiągania rozmiaru „O”, po krzywdzącą rolę matki, żony i kucharki, w którą po założeniu rodziny próbuje się na siłę wpasować większość pań. Ona pierwsza opublikowała zdjęcie z koroną na palcu okraszone motywującym opisem. Jedna z dziewczyn poczuła się wyjątkowo zainspirowana tym postem i powieliła go na swoim koncie. Tym sposobem, od słowa do słowa, koronowy szał rozprzestrzenił się wśród tysięcy użytkowniczek Instagrama i obecnie „crown tattoo” można spokojnie nazwać nowym trendem, który oprócz designu niesie za sobą mocny, choć prosty, przekaz społeczny.

Królową być

Hall nie przebiera w słowach. Jej przekaz jest bezkompromisowy, twardy i pełen soczystych, dosadnych określeń. Jej definicja „bycia królową” jest kompletnie różna od tego, czym karmiły nas bezmyślne figury tworzone przez Disneya. Królowa powinna wspierać inne królowe oraz pomagać im w wychodzeniu z życiowego bagna. Nie może pozwolić, by zaczęły w siebie wątpić i traktować się zbyt surowo. Królowa nie jest i nie może być idealna. Nie byłaby wtedy realna. Królowa jest świadoma swoich wad, przywar i cech charakteru, które są denerwujące. Jednocześnie ma poczucie własnej wartości, akceptuje i szanuje siebie. Zmienia to, co utrudnia jej życie. Nie rani innych ludzi i z pełną odpowiedzialnością akceptuje to, na co nie ma bądź nie chce mieć wpływu. Królowa jest jedna z niewielu osób, która realnie wdraża w życie truizm „żyj po swojemu, żyjesz tylko raz”. Ludzie często o tym zapominają. Hall nie czuje się „trenerem osobistym”, nie chce nikogo na siłę zmieniać czy zabawiać się w wielką moralizatorkę.

Ruch królowych jest całkowicie egalitarny i inkluzywny. Niewinna, instagramowa zabawa zamieniła się w prężnie działającą grupę wsparcia, która jest pełna solidarności i akceptacji. To zadziwiające jak ludzie potrafią tłumić w sobie złe emocje, a potem pod wpływem spontanicznej akcji podzielić się najbardziej traumatycznymi przeżyciami z grupą de facto obcych ludzi, stając się tym samym żywym przykładem na zbawienny wpływ podnoszenia się po porażkach.

Para młoda z wytuaowanymi koronami na rękach

Poprawianie sobie samopoczucia to jedno, jednak crown tattoos poszły o krok dalej. Kolejne publikowane historie nie dotyczą już tylko pogodzenia się ze swoją tuszą czy problemami dnia codziennego. Swój tatuaż postanowiła pokazać ofiara przemocy domowej, samotna matka ledwo wiążąca koniec z końcem czy osoba przykuta do wózka. Tatuaż-talizman daje nam przyzwolenie na porażkę, błędy, po prostu na bycie człowiekiem. Może przypominać o dawnej świetności albo wręcz przeciwnie – oddzielać przeszłość grubą kreską i zachęcić do dania sobie samemu szansy na lepszą przyszłość. Przekonanie samego siebie, że zasługuje się na dobre rzeczy, to czasem naprawdę trudna sztuka. Sami jesteśmy swoimi największymi krytykami, a nawet wrogami, zależy jak bardzo poplątane emocjonalnie było dotychczasowe życie.

Przystępny wymiar feminizmu

W ruchu crown tattoos niektórzy dopatrują się nowego, przystępnego wymiaru feminizmu. Nie trzeba już palić staników, wyrywać sobie książek Simone de Beauvoir czy prześcigać się w cytowaniu Susanne Sontag. Można zwolnić w wyścigu, w którym chodzi o udowadnianie za wszelką cenę swojej wartości. Hall ma na to piękną odpowiedź: nie musisz wylewać siódmych potów, żeby stać się cudowną. Już jesteś cudowna. Ze smutkiem można skonstatować, że blogerka jest jedną z niewielu aktywnych przedstawicielek tej odwróconej psychologii myślenia, które tak bardzo ułatwiłoby życie wielu kobietom i oszczędziło im nocy przepłakanych w poduszkę. Ciągłe dążenie do mitycznego, lepszego jutra, stawianie sobie za wysoko poprzeczki, pokutowanie za błędy sprawia, że przegapiamy teraźniejszość. Taka ciągła walka z samym sobą bywa przytłaczająca.

Dlaczego warto czasem się zatrzymać, zrobić przerwę i z uśmiechem powiedzieć do lustra „jesteś super!”. Co jest złego w chwaleniu siebie i dbaniu o komfort psychiczny? Choć w dzisiejszym świecie satysfakcja ze swoich dokonań nie jest w modzie (zawsze możesz być lepszy, nie wolno ci stać w miejscu), można wzorem Hall pokusić się o „rewolucyjny” eksperyment społeczny i zobaczyć co się stanie, gdy będziemy dla siebie życzliwi. Czy naprawdę spektakularnie zakończymy klęską naszą drogę rozwoju? Przy okazji warto pamiętać także o panach (w końcu crown queens to egalitarne przedsięwzięcie). Każdy nieszczęśliwy i krytyczny wobec siebie samiec alfa powinien znaleźć swojego wewnętrznego króla (nie mylić z samozachwytem!) i także spróbować być z siebie choć czasem dumny. Początkowy szok i niedowierzanie mogą z czasem zamienić się w miły i częsty rytuał. W końcu płacimy krocie za używki i rozrywki, które mają nas rozweselać. Warto poszukać tańszych zamienników.

Tekst: Kasia Mierzejewska

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera