Co przynosi przyszłość

Kobieta w szarej bluzce i białych spodniach oraz mężczyzna w pomarańczowej bluzce z krótkim rękawem i plecakiem

„Poznałem kogoś” – mówi po 25 latach mąż Nathalie, nauczycielki filozofii z Paryża. Kobieta jest zaskoczona, ale przyjmuje wiadomość ze stoickim spokojem. Ma na głowie inne rzeczy: pracę naukową i zaborczą, symulującą depresję matkę. Poza tym ludzie z inteligenckiego światka radzą sobie przecież z tragediami w dość ironiczny sposób. Mia Hansen-Løve w swoim najnowszym filmie „Co przynosi przyszłość” pokazuje jak.

Mia Hansen-Love jest jedną z najciekawszych reżyserek młodego pokolenia. Nigdy nie ukrywała, że jej filmy zawierają duży ładunek emocjonalny i są oparte na osobistych przeżyciach. Przy okazji poprzednich opowiedziała m.in. o własnej młodzieńczej miłości zakończonej traumatycznym rozstaniem, o życiu brata, narodzinach muzyki elektronicznej i zagubionej generacji lat 90. Co przyniesie przyszłość też ma korzenie w jej rodzinnym domu. Historii Nathalie to w głównej mierze historia jej matki: nauczycielki filozofii, która również została rozwódką w średnim wieku.

Nathalie w każdej sytuacji stara się zachować zimną krew i posługiwać się logiką. Filozoficzne książki, od których uginają się jej domowe półki stanowią oręże do walki z nieznanym, potencjalnie traumatycznym doświadczeniem. Potencjalnie, bo Nathalie pokazuje, że tylko od nas zależy, jak ukształtują nas następujące po sobie hiobowskie plagi. W pewnym momencie z poukładanego życia, w którym każda czynność miała swój czas i miejsce, kobieta zostaje wrzucona w całkiem nową, chaotyczną rzeczywistość. Musi zmierzyć się z narzuconą wolnością. W zaskakujący sposób pozbywa się wszelkich balastów i przystani, w których cumowała całe życie. Trochę nieporadnie, ale zawsze w zdradzający fascynację sposób uczy się nowych ról i odkrywa, że odmieniona proza życia może smakować inaczej.

Na pierwszy rzut oka film łatwo pomylić z lekką komedią obyczajową o zgranym małżeństwie akademickich wykładowców, które postanawia się rozwieść. Ma w sobie allenowski luz i z przymrużeniem oka przygląda się życiu „nowej burżujskiej” socjety. Jak przystało na historię dwóch rozstających się naukowców, film naszpikowany jest odniesieniami literackimi, historycznymi i oczywiście filozoficznymi. Mąż Nathalie Heinz niepokoi ją w wigilijny wieczór, bo nie może odnaleźć się w nowej rzeczywistości bez swojego egzemplarza Schopenhauera. Jej cierpliwość kończy się zaś wtedy, kiedy odkrywa, że kolekcja dzieł wielkich filozofów wraz z osobistymi notatkami została przez niego zagarnięta. To dom, w którym kłótnia o wyższość Rousseau nad Hobbsem jest substytutem sprzeczki o niezmyte naczynia.

Jakby w tle akcji rozgrywają się protesty francuskiej młodzieży, która sprzeciwia się nowym propozycjom reformy emerytalnej i podważają istotę funkcjonującego systemu szkolnictwa. Nathalie trzyma się z boku, rzuca swoim uczniom garść cytatów i uczy myśleć samodzielnie. Na odwieczny problem oderwania elit od rzeczywistości reżyserka dyskretnie narzuca szerszą perspektywę. Opowiadając o powtarzających się próbach naprawiania świata, nie ukrywa, że ten cykl kontestowania i wrzenia umysłów nigdy się nie spełnia. Z przekąsem obserwuje kolejne próby wskrzeszenia atmosfery 1968 roku.

Bohaterka stoi z boku wojen ideologicznych. Poszukuje i umacnia w sobie spokój i ćwiczy najtrudniejszą ze sztuk: odkrywaniu w sobie wolności, gdy utraciło się wszystko, co zapewniało szczęście.

Tekst: Kasia Mierzejewska

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera