Clotilde Courau: Nie lubię burżuazyjnego gustu

Czarno- białe zdjęcie mężczyzny i kobiety z parasolką

Niecodziennie „HIRO” otwiera łamy dla prawdziwej księżnej. Poza byciem małżonką wnuka ostatniego króla Włoch, Clotilde Courau jest jednak przede wszystkim znakomitą aktorką. Na ekranach zobaczycie ją wkrótce w nastrojowym dramacie „W cieniu kobiet”, najświeższej produkcji Philippe’a Garrela, reżysera, który od blisko półwiecza trzyma przy życiu ducha francuskiej Nowej Fali.

Powiedziała Pani, że gdyby Philippe Garrel kazał jej recytować książkę telefoniczną, to zrobiłaby to z przyjemnością. Co jest takiego wyjątkowego we współpracy z nim?

Garrel to prawdziwy maestro. Od wielu lat pozostaje niezależnym twórcą, realizującym filmy na swoich własnych zasadach. Wyjątkowym czyni go choćby to, że przed rozpoczęciem zdjęć bardzo mocno angażuje się w próby z aktorami. Oczywiście w granicach rozsądku, bo w końcu jest reżyserem filmowym a nie teatralnym, ale poświęca sporo czasu na przygotowania. Sama możliwość obserwowania go, słuchania, wymiany zdań jest czymś absolutnie wyjątkowym. Rola w filmie W cieniu kobiet była darem od życia, nie mogłam nim wzgardzić.

Czarno-białe zdjęcie mężczyzny i dwóch kobiet

Pani bohaterka wzbudza bodaj najwięcej sympatii – jest bardzo skromna, a jednocześnie pełna godności.

Myślę, że Garrel wybrał mnie do jej roli, ponieważ dostrzegł we mnie pewne podobieństwo do tej postaci. Ja także nie potrafię popełniać kompromisów, co przejawia się choćby tym, że nie robię kariery za wszelką cenę. Praca z danym reżyserem jest dla mnie niczym romans z jego kinem, taką swoistą love story. Garrel nie jest też typem filmowca, który po prostu zleca wcielenie się w jakąś rolę. Raczej docieka, zastanawia się, wymienia pomysły i temu też właśnie służą wspomniane próby. Na pewno kojarzysz scenę, w której Pierre przynosi mojej bohaterce kwiaty, gdy ta akurat gotuje. Ona wie, że kwiaty są podarkiem, jakim mężczyźni starają się zrehabilitować za zdradę. Philippe nie mówił mi, jakiej reakcji oczekuje ode mnie w tej scenie. Postanowiliśmy, że odpowiedź Manon będzie wyrażona językiem ciała. I dlatego na jej twarzy pojawia się uśmiech. Uśmiech, który sygnalizuje tak wiele – skromność, odwagę i wewnętrzną siłę.

W cieniu kobiet uświadomiło mi, jak silnym i szczególnym uczuciem jest zazdrość. Chyba trudno jest odtworzyć ją na planie?

Oczywiście, szalenie trudno. Na swój sposób było to wręcz przerażające, zwłaszcza że Garrel nie robi dubli. Próby – owszem, ale właściwa scena kręcona jest w jednym take’u.

Jest Pani zadowolona z odzewu na film?
Jestem bardzo dumna z tego filmu i cieszy mnie pozytywny odzew ze strony widzów. Jako aktorka dałam Philippe’owi wszystko, ponieważ wierzę w jego wizję kina. W cieniu kobiet jest piękną, niepozbawioną humoru opowieścią o nas wszystkich – o kobietach i mężczyznach. Uważam, że należy do rzadkiego gatunku filmów zdolnych trafić do każdego, także do osób niekoniecznie zainteresowanych autorskim kinem. Mamy tu uniwersalną historię: jest mężczyzna, jest kobieta, jest miłość między nimi, ale też trudne chwile, które można potraktować jako lekcję odwagi i wybaczania. Oraz oporu wobec przeciwności życia i własnych słabości.

Jest Pani w o tyle ciekawej sytuacji, że może z powodzeniem występować zarówno w popularnych serialach telewizyjnych, jak i artystycznych autorskich filmach takich jak W cieniu kobiet.
I bardzo to sobie cenię. Nie czuję wstrętu wobec mainstreamu – w nim także powstają dobre filmy, niemniej odnajduję się także w niszowym intelektualnym kinie. Lubię skrajności, nie lubię bezpiecznego środka. I – jak powiedziałby Garrel – nie lubię burżuazyjnego gustu (śmiech).

Z polskiej perspektywy może się wydawać, że francuskie kino lubi autocelebrację, a nagrody Cezara uchodzą za bardzo prestiżowe. Pani była nominowana do Cezara trzykrotnie, praktycznie zaraz na początku kariery. Czy takie branżowe wyrazy uznania są w ogóle istotne?

Nie pracuję z myślą o nagrodach i nikt nie powinien mieć ich na względzie, ale miło jest zostać docenionym. Uznajmy, że jest to wyraz szacunku dla ciężkiej pracy. I pod tym względem francuska branża filmowa nie różni się chyba zbytnio od włoskiej, amerykańskiej czy polskiej.

We Francji jest Pani także traktowana jako wzór do naśladowania – diva ekranu, żona i matka. Nie miałaby Pani obaw przed wcieleniem się w rolę kontrastującą z tym wizerunkiem?

Nawet najmniejszych. Wybierając role, nie sugeruję się tym, kogo mam zagrać, ale z kim mogę współpracować. Nie kalkuluję i nie myślę o tym w kategoriach ryzyka. Dziś liczy się dla mnie tylko przekonanie do danego projektu. Poza tym nie dbam też o wizerunek, jaki kreują mi media.

W tym roku wciela się Pani także w patrona konkursu filmu krótkometrażowego Femmes.

Tak, to bardzo ciekawy konkurs. Każdy może przesłać nam krótkometrażową produkcję, a w preselekcji wybranych zostanie osiem zgłoszeń. Potem spotkamy się z ich twórcami i zadecydujemy, kto otrzyma nagrodę główną. Zdecydowałam się na udział w tym przedsięwzięciu, ponieważ uważam, że filmy krótkometrażowe są dziś bardzo lekceważone. Wprawdzie we Francji nadal organizuje się wspaniałe festiwale im poświęcone, ale już kilka lat temu zanikł zwyczaj puszczania krótkometrażówek przed projekcjami w kinach. Wielka szkoda, bo krótki metraż jest ciekawą formą opowiadania historii, a zarazem dobrym środkiem na zaprezentowanie swoich umiejętności. Philippe Garrel w tym roku pokazał krótki obraz nakręcony jeszcze w 1968 roku i myślę, że zdradza on bardzo wiele na temat jego samego, Podobnie pierwsza krótkometrażówka Davida Lyncha była ciekawą zapowiedzią jego przyszłej kariery.

Dodajmy, że konkurs ma też silny wydźwięk społeczny, bo filmy dotyczyć mają roli kobiet we współczesnym świecie.

Stąd taka, a nie inna jego nazwa. To bardzo ważny temat, mówiący wiele o naszym społeczeństwie. Film nie powinien wyrzekać się swojej roli komentowania rzeczywistości. A tak się składa, że bycie kobietą nie jest dziś wcale łatwiejsze niż w przeszłości.

tekst | Sebastian Rerak

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera