Clipping i fake consensus: skąd wiesz, że internet naprawdę o tym mówi?

tłum ludzi ze smartfonami
tłum ludzi ze smartfonami

Widzisz ten sam temat trzeci raz w ciągu dnia. Najpierw film na TikToku, potem podobny na Reelsach. Pod kolejnym kilkadziesiąt osób pisze, że „w końcu ktoś powiedział prawdę”.

Zaczynasz mieć wrażenie, że coś rzeczywiście dzieje się w internecie.

Tylko skąd właściwie wiesz, że ci ludzie istnieją?

Jeszcze kilka lat temu takie pytanie pachniałoby folią aluminiową. Dzisiaj już nie bardzo. Sztuczny tłum potrafi udawać trend, spontaniczny zachwyt albo społeczne oburzenie. A clipping sprawia, że podobny mechanizm staje się coraz ciekawszy dla marketingu.

Clipping: czy sztuczny tłum może sprzedać nam trend?

Przez ostatnie lata model był prosty. Marka znajdowała influencera, influencer miejsce na produkt pomiędzy poranną rutyną a kodem rabatowym, a odbiorca przynajmniej wiedział, że patrzy na reklamę.

Teraz można zrobić to inaczej.

Zamiast jednego dużego profilu pojawia się kilkadziesiąt małych. Publikują fragment podcastu, urywek piosenki, reakcję na wywiad albo film z produktem stojącym niby przypadkiem na biurku.

Jeden klip wygląda jak nic. Pięć zaczyna wyglądać jak moda. Przy pięćdziesięciu można pomyśleć, że internet naprawdę oszalał.

Clipping polega na wycinaniu krótkich fragmentów z dłuższych materiałów i wypuszczaniu ich na TikToku, Instagramie czy YouTubie. Samo cięcie nie jest ani nowe, ani podejrzane. Internet robił to, zanim marketerzy zdążyli przygotować do tego prezentację.

Ktoś ogląda dwugodzinny podcast, wycina najlepsze 20 sekund i wrzuca je dalej. Ktoś przerabia piosenkę. Jeszcze ktoś dopisuje własną puentę i powstaje mem.

Dla marketingu najważniejsza jest jednak inna cecha tego formatu: nie wygląda jak reklama.

Nie ma eleganckiego spotu, znanej twarzy trzymającej krem ani obowiązkowego „ostatnio odkryłam coś super”. Jest małe konto, nierówny montaż i film, który wygląda, jakby ktoś wrzucił go dla beki.

Skąd wiesz, że to konto fanowskie?

Dobrym punktem wyjścia jest Tommy Cash i „Espresso Macchiato”. Utwór reprezentujący Estonię na Eurowizji 2025 błyskawicznie obrósł przeróbkami, parodiami i dziwnymi filmami.

Do kwietnia 2025 roku utwór zebrał już 32 miliony wyświetleń na TikToku, a memy i przeróbki żyły daleko poza oficjalnymi kanałami artysty.

Część z nich trafiała na małe profile przypominające klasyczny internetowy śmietnik. Ten dobry: absurdalny, amatorski i najwyraźniej pozostawiony bez nadzoru.

Możliwe, że dokładnie tym był.

Nie ma podstaw, żeby przypisywać konkretne fanowskie konta Tommy’emu Cashowi, jego managementowi czy wynajętej agencji. Nie ma też łatwego sposobu, by ustalić, kto rzeczywiście za nimi stoi. Jednak specjaliści od marketingu muzycznego wymieniają clipping jako jedną ze skuteczniejszych metod promowania viralowych kawałków.

To może być fan z Radomia, który zrobił film po szkole. Freelancer zarabiający na wyświetleniach. Element kampanii promocyjnej. Profil prowadzony częściowo automatycznie. Albo cyfrowa postać z twarzą, głosem i historią wygenerowanymi w kilka minut.

Dawniej utrzymanie stu przekonujących kont było upierdliwą robotą. Każde potrzebowało nazwy, zdjęcia, wpisów, komentarzy i choćby szczątkowej osobowości. AI mocno obniżyła koszt produkowania takiego otoczenia.

Zdjęcie profilowe? Chwila. Opis? Chwila. Głos, komentarze i kolejne wersje tego samego filmu? Też da się załatwić szybko.

I wtedy pytanie „czy ten film jest prawdziwy?” przestaje wystarczać. Trzeba jeszcze zapytać, czy prawdziwi są ludzie dookoła niego.

Jak rosyjskie konta produkują wrażenie poparcia?

W tym miejscu kończy się zabawna część z memami.

Produkcja sztucznego tłumu nie jest futurystycznym scenariuszem. Ten mechanizm od dawna działa w operacjach wpływu. Nie wystarczy napisać fake newsa. Skuteczniej zbudować wokół niego otoczenie, w którym wygląda jak informacja przyjęta przez zwyczajnych ludzi.

W styczniu 2026 roku Demagog opisał pięć kont na TikToku, które najprawdopodobniej należały do większej siatki powiązanej z rosyjską operacją Undercut. Trzy publikowały po polsku, pozostałe po niemiecku i francusku.

Profile wykorzystywały sztuczną inteligencję, działały w skoordynowany sposób i powielały kremlowski przekaz. Atakowały Ukrainę, Unię Europejską oraz polskich polityków. Rosja miała wyglądać nie jak agresor, lecz jak jedyny dorosły przy stole.

Pod nagraniami pojawiały się komentarze po polsku, rosyjsku i angielsku. Powtarzalne, czasem zupełnie niedopasowane do języka filmu. Według Demagoga wiele wskazywało na boty używane do sztucznego wzmacniania publikacji. Zasięg materiałów podbijano też kupowanymi komentarzami.

Przed pierwszą turą wyborów prezydenckich w 2025 roku NASK zgłosił TikTokowi niemal 400 kont związanych z tą samą operacją.

Prawdziwy użytkownik nie widzi jednak wielkiej czerwonej planszy z napisem „ROSYJSKA OPERACJA WPŁYWU”. Widzi Ewę. Oliwię. Faceta z polską flagą w zdjęciu profilowym. Pod spodem ludzi, którzy najwyraźniej myślą dokładnie to samo.

Dlaczego bot nie musi cię do niczego przekonać?

„Brawo”.

„Sto procent racji”.

„W końcu ktoś powiedział prawdę”.

„Polacy zaczynają się budzić”.

Bot nie musi wygrać dyskusji. Wystarczy, że stworzy wrażenie, że dyskusja już się odbyła, a większość wybrała właściwą stronę.

Potem dołączają prawdziwi ludzie. Człowiek odpowiada botowi, bot komentuje wypowiedź człowieka, kolejna osoba widzi całość i uznaje ją za autentyczną rozmowę społeczną.

Granica nie znika nagle. Rozmywa się po kawałku.

Skala przestaje być zabawna. W analizie obejmującej okres od kwietnia do lipca 2026 roku Demagog znalazł ponad 40 prorosyjskich publikacji skierowanych do polskich odbiorców. Zebrały łącznie niemal 1,5 mln wyświetleń.

Wśród nich były wygenerowane przez AI grafiki przedstawiające przyjaźń Polski, Rosji i Białorusi, wezwania do rozbioru Ukrainy oraz materiały wybielające rosyjską armię.

To już nie jest bot podpisany jako Władimir, piszący „Polska great country” pod postem na Facebooku. To wygląda coraz lepiej. Czasami wystarczająco dobrze.

Platformy wiedzą. Tylko system nie nadąża

Meta od lat używa terminu coordinated inauthentic behavior, czyli skoordynowane nieautentyczne zachowanie. Chodzi o sieci kont i stron, które wspólnie wprowadzają użytkowników w błąd w sprawie tego, kim są i kto naprawdę stoi za ich działalnością.

Firma przyznaje przy tym rzecz kluczową: treści rozpowszechniane przez takie sieci nie zawsze są fałszywe. Problem może leżeć w ukrywaniu organizatora kampanii oraz tworzeniu wrażenia, że dany przekaz jest popularniejszy i bardziej wiarygodny, niż jest naprawdę.

Meta opisywała podobne działania nie tylko w wykonaniu państw i grup politycznych. Wskazywała również firmy komercyjne oraz kampanie nastawione na zarabianie, wykorzystujące fałszywe konta do generowania kliknięć i sztucznego zaangażowania.

Problem nie jest więc dla platform żadnym odkryciem. Mimo to moderacja zostaje daleko z tyłu.

W 2025 roku Ośrodek Analizy Dezinformacji NASK zgłosił platformom społecznościowym 46 511 materiałów naruszających regulaminy lub wprowadzających użytkowników w błąd. Jak wynika z raportu NASK, usunięto zaledwie 12 procent z nich.

Kolejne 68 procent poddano różnym formom moderacji. W przypadku 20 procent zgłoszeń platformy nie zrobiły nic. To 9301 materiałów, które pozostały dostępne.

Nie można powiedzieć, że platformy kompletnie nie reagują. Można powiedzieć coś mniej efektownego, ale chyba bardziej niepokojącego.

System ewidentnie nie nadąża.

Co clipping ma wspólnego z operacją wpływu?

Marketer stosujący clipping nie staje się automatycznie operatorem farmy botów. Krótkie klipy mogą być zwyczajną, uczciwie prowadzoną formą promocji. Konta mogą należeć do prawdziwych twórców, a współpraca może być jasno opisana.

Technika nie jest winna. Pokusa jest jednak dość czytelna.

Jeden oficjalny film marki wygląda jak reklama. Pięćdziesiąt materiałów na małych kontach może wyglądać jak trend.

Kiedy influencer mówi „współpraca reklamowa”, przynajmniej wiemy, na czym stoimy. Kiedy w ciągu dwóch dni siedem pozornie niezależnych profili pokazuje tę samą piosenkę, wypowiedź albo produkt, w głowie pojawia się inny komunikat: kurde, chyba wszyscy teraz o tym mówią.

A być może nie mówią.

Być może ktoś po prostu kupił nam wrażenie, że mówią.

Czy fake consensus zastąpi fake news?

Przez ostatnią dekadę nauczyliśmy się przynajmniej zadawać podstawowe pytanie: czy ta informacja jest prawdziwa?

Sprawdzamy źródło, zdjęcie i datę. Czasem zaglądamy do fact-checkerów.

Z fałszywym tłumem jest trudniej, bo każdy pojedynczy element może być autentyczny.

Film jest prawdziwy. Produkt istnieje. Piosenka również. Polityk naprawdę wypowiedział te słowa. Nawet komentarz może wyrażać opinię, którą ma część społeczeństwa.

Manipulacja znajduje się gdzie indziej: w liczbie kont, ich koordynacji, sztucznym podbijaniu publikacji i ukrywaniu tego, kto pociąga za sznurki. W produkowaniu obrazu spontanicznej reakcji tysięcy niezależnych ludzi.

To właśnie może być kolejny wielki problem internetu. Nie sam fake news, lecz fake consensus.

Fałszywa zgoda. Fałszywy trend. Fałszywe wrażenie, że wszyscy coś lubią, kupują albo myślą podobnie.

Bo człowieka coraz trudniej przekonać reklamą. Znacznie łatwiej przekonać go, że wszyscy inni już dali się przekonać.

 

TRENDY

FILM

MUZYKA

TECHNOLOGIA

SPOŁECZEŃSTWO

MODA

MIASTO

STREETWEAR