Marcel Sabat: Bohaterstwo i groza

Umiejętności aktorskie Marcela Sabata zaskakują kolejnego reżysera. Ostatnio otrzymał rolę Zośki w dramacie wojennym Roberta Glińskiego Kamienie na szaniec. Wszyscy wiele oczekują od tego wyjątkowego filmu. Jakie wrażenia z planu zdjęciowego posiada Marcel? O tym i kilku pasjach młodego, zdolnego opowiada – on sam.

Jak podszedłeś do propozycji  zagrania Zośki? To z jednej strony bohater kojarzony przez wszystkich, dzięki książce „Kamienie na szaniec” z drugiej postać historyczna, a dla ciebie  – pierwsza tak ważna rola filmowa, prawda?

Tak, dlatego starałem się podejść do tego z pokorą i szacunkiem do samej postaci Zośki. Próbowałem jak najlepiej poznać tamte realia i zdobyć jak najwięcej wiedzy zarówno o Akcji pod Arsenałem, jak i samych bohaterach tamtych zdarzeń, tak, by wyjść już poza same „Kamienie na szaniec”. Przyznam, że na początku się trochę stresowałem. Wiedziałem, że wymagania wobec mnie są duże i oczekiwania wobec samego filmu także będą rosły. Wiedziałem, że nie mogę  zawieść. Te myśli ciążyły mi na początku, ale w miarę, jak wciągaliśmy się w granie, zapominaliśmy o tych obawach.

Dobrze się pracuje z takim reżyserem jak Robert Gliński?

Okazał się być reżyserem wymagającym, z konkretnymi zadaniami. Mieliśmy intensywny czas prób przed planem zdjęciowym. Bywały zgrzyty z tego powodu, ale to tylko i wyłącznie dlatego, że byliśmy rozkojarzeni albo nie wykonywaliśmy stuprocentowo zadań. Dobrze mieć takiego reżysera, który wie czego chce. Dodatkowo był bardzo zaangażowany emocjonalnie w pracę, bo jego mama brała udział w Powstaniu Warszawskim, znała bohaterów „Kamieni na szaniec” , choć sam reżyser nie opowiadał o tym zbyt wiele, dało się odczuć, że to dla niego dość osobista historia.

Urodziłeś się w Warszawie?

Nie, pochodzę z Kielc.

Czy po pracach nad takim filmem inaczej patrzysz na stolicę?

Ja już mieszkałem w Warszawie. Pracowałem. Obyłem się z tym miejscem. Warszawa nie robi już na mnie takiego wrażenia jak na samym początku. Nie wiem czy  praca nad „Kamieniami na szaniec” zmieniła jakoś mój odbiór tego miejsca. Ja po prostu lubię Warszawę. Można tu znaleźć miejsce dla siebie. Jest wiele ciekawych propozycji spędzania czasu. Poza tym ja wiem, że w innych miastach nie mógłbym realizować się tak, jak tutaj.

Rozmawiamy jeszcze przed premierą kinową filmu „Facet (nie)potrzebny od zaraz”, ale nasz wywiad ukaże się już po niej. Jak pracowało ci się w zupełnie innej sytuacji, na planie filmu zdecydowanie bardziej rozrywkowego?

Przede wszystkim Weronika Migoń (reżyserka i scenarzystka jednocześnie) miała zupełnie inny sposób pracy. Inna była atmosfera na planie. Sama opowieść jest też lekka, a zarazem dosyć smutna. Przeżyłem przy okazji niesamowitą przygodę, bo miałem okazje polecieć do Tel Avivu, poznać nieco inne zakątki świata. Bardzo dobrze pracowało mi się z Kasią Maciąg, która grała tam główną kobiecą rolę. Atmosfera na planie była dosyć luźna, a wszyscy byli bardzo otwarci. Ledwie zaś zszedłem z planu zdjęciowego zaczęły się próby w teatrze, jeden spektakl, drugi. Teraz mam nieco spokojniejszy moment. Kończę pracę magisterską. Mam trochę czasu na spotkania ze znajomymi, ale już czuję, że chciałbym podjąć się nowych wyzwań. Jestem gotowy, by działać dalej.

Wspominasz o teatrach, spotykamy się w budynku jednego z nich, wolisz grać na scenie i mieć możliwość zweryfikowania tego, co robisz na bieżąco, przed żywa publicznością, czy jednak występować w filmach?

Materia filmowa i teatralna jest dla mnie tak samo fascynująca. Na równi traktuję więc obie płaszczyzny, natomiast wiadomo, że w teatrze liczy się tu i teraz. Jest sporo adrenaliny przy każdym przedstawieniu. Wszystko musi się udać, bo widz kupił bilet i chce otrzymać dobrze podaną, genialnie smakująca potrawę. Plan zdjęciowy charakteryzuje za to niesamowita energia, ludzie potrafią się tutaj zaprzyjaźnić, jest rodzinna atmosfera, co ułatwia pracę. Podobnie jak świadomość, że można sobie pozwolić na dubel. W filmie ma się też żywą scenografię i to sprawia, że gra się nieco inaczej.

Jesteś młodym, także stażem  aktorem, są takie sytuacje, których się zupełnie nie spodziewałeś?

Poznałem całe mnóstwo wartościowych osób, które sporo osiągnęły, mają wiele do zaproponowania jako partnerzy do rozmowy i do pracy. Tego się spodziewałem! Nie spodziewałem się natomiast tego, że tuż po skończeniu szkoły aktorskiej uda mi się zagrać główną rolę w filmie kinowym, że na jednen z pierwszych planów zdjęciowych polecę aż do Izraela. To dla mnie wielkie przeżycie. Podobnie jak emocje związane z premierą filmów w kinach. Liczę, że dzięki temu będę mógł podejmować kolejne wymagające zadania. Nie spodziewam się też tego, co może wydarzyć się po premierze. Póki co mam w planie poszukiwania nowych ról teatralnych.

Wiadomo, że każda placówka ma swoja specyfikę. Inaczej się gra u Warlikowskiego, a inaczej u Jarzyny. W którym teatrze widzisz siebie najchętniej?

Bardzo mi odpowiada to, co proponuje Teatr Studio i pani Agnieszka Glińska, sztuki w teatrze Warlikowskiego, czy w Dramatycznym ̶ to mnie urzeka. Sam aktualnie gram w Teatrze Kamienica. To jest zupełnie inny rodzaj teatru, instytucja prywatna, dużo lekkiego repertuaru.

Jesteś z tych, którzy zaczytują się w tekstach dramatycznych i szukają tam ról dla siebie? Masz jakiś ulubiony nurt?

W tej kwestii jestem bardzo otwarty. Bardzo lubię klasykę i współczesność. Nie mam swoich faworytów, chociaż myślę, że dobrze się czuje w sztukach brutalistów. Miałem okazje „pobabrać się” w czasie studiów i to było bardzo fajne doświadczenie z bardzo ciekawym reżyserem, Grzegorzem Wiśniewskim. Uwielbiam „Trans-Atlantyk” Gombrowicza. Uważam, że sama powieść jest genialna. Moje aktorskie marzenie to zagrać kiedyś Gombrowicza z „Trans-Atlantyku”.

Tekst| Dominika Węcławek

Foto| Filip Żołyński

Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera