Bohater drugoplanowy. Kilka słów o absurdzie pracy ratownika medycznego

otwarta żółta karetka, do której ratownik medyczny, przenosi rannego

Co już wie, czego się uczy, a czego nauczył dotychczas, jak bardzo rozwinęła i rozwija się jego świadomość. Co osiągnął oraz czego doświadcza w zderzeniu z zawodem, który będzie wykonywał w następnych latach. Rozmowa z przyszłym ratownikiem medycznym.

Ratownik jest osobą po sześćdziesięciogodzinnym kursie, która może opatrywać, unieruchamiać złamania, prowadzić resuscytację krążeniowo-oddechową z użyciem automatycznej defibrylacji, nadgłośniowych przyrządów do udrożniania dróg oddechowych, nie ma pozwolenia na udzielanie świadczeń z zakresu ratownictwa medycznego. Ratownik medyczny za to jest osobą po trzyletnich studiach, która może podawać 47 leków (sama bez zlecenia lekarza), może wykonywać defibrylację, kardiowersję, elektrostymulację przezskórną, może robić konikopunkcję oraz intubować dotchawiczo.

Zacznijmy od początku. Spotkanie organizacyjne przed rozpoczęciem studiów. Przyszedłem prawie spóźniony. Na szczęście. Każdy z nas rzuca po sobie dziwne spojrzenia. Czekamy. Przychodzi mężczyzna. Nie wiem, ile mógł mieć lat. Może 35. 35 lat to dobry wiek. Przyjmijmy, że tyle miał. Wszedł pewnie, spojrzał na nas, lekko się zaśmiał i powiedział:

Połowy z was tutaj nie będzie. Ci, którzy zostaną, przez psychiatrów określani są mianem dewiantów pozytywnych.

Portable hospital bed in hallway

Praktyki

Korytarze wyglądają dziwnie, gdy nikt na nich nie siedzi. To jak wejść do opuszczonej szkoły. Zapalona jest co czwarta lampa. Migocące świetlówki napawają uczuciem niepokoju. Wszędzie jest pusto i ciemno. Wieczorna pora zmusza pacjentów do zajęcia miejsc w swoich pokojach. Oni z resztą o takich godzinach nawet nie sprawiają wrażenia szczególnie chętnych do wychodzenia. Nie słychać ich, pewnie śpią albo udają. Skądś dobiega dźwięk trzaskających drzwi. Poza tym – cisza. Przerywa ją czasami tylko ciche piszczenie jednego uszkodzonego kółka łóżka szpitalnego. W dzień było duszno. Dobrze, że mamy klimatyzację. W powietrzu poza wonią chorób i medykamentów, czuć nadchodzącą jesień. Nic się nie dzieje. Chodzimy po salach z sanitariuszem i robimy poglądowe zdjęcia RTG leżącym pacjentom. Nic szczególnego.

dwaj ratownicy medyczni wnoszą rannego do karetkiW nocy przyjeżdża do nas 95-letni pacjent z Domu Pomocy Społecznej. Mężczyzna ze średnim kontaktem z rzeczywistością. Nie mówi, ma otwarte oczy i fusowate wymioty. Jego wstępna diagnoza to krwawienie z górnego odcinka układu pokarmowego. By wykonać zdjęcie RTG, układamy go na boku. Sanitariusz, będący w tym czasie ze mną, idzie do techników w celu zrobienia zdjęcia. Po wykonaniu badania pacjent znowu zaczyna wymiotować. Z racji szczególnego stanu, nie jest to dla nas niepokojące. Ma prawo. Podkładam mu worek pod głowę oraz układam w pozycji bocznej. W pewnym momencie pacjent przestaje wymiotować, ruszać się i wydawać jakiekolwiek dźwięki.

wnętrze karetki z napisem RATOWNICTWO MEDYCZNE

Biegnę szybko do pokoju dalej po sanitariusza. Wchodzi do sali, spogląda na pacjenta i mówi O kurde, umarł nam. Nastaje dziwny chaos. Sanitariusz dalej stoi, a ja nie wiem, co robić. Do sali wpada technik radiologii. Prosi mnie o sprawdzenie tętna. Wtedy rozpoczynam resuscytację krążeniowo-oddechową, choć w tym przypadku są to głównie uciski klatki piersiowej. Ktoś przynosi zestaw przeciwwstrząsowy, a do mnie dociera, że ten zamęt jest tylko niewielkim preludium do prawdziwego wybuchu. Przychodzi pani pielęgniarka, choć w sumie… w tej chwili może być równie dobrze najlepszą radiolog w Polsce, jak i sprzątaczką, a ja i tak nie dowiem się, kim ona jest. Pyta się mnie, czy intubuję. Jeszcze bardziej roztrzęsiony odpowiadam jej, że tego nie miałem jeszcze nawet na zajęciach teoretycznych. Dalej na zmianę prowadzimy resuscytację. Przyniesiono monitor, który na szczęście umiałem podłączyć. W międzyczasie pojawia się lekarz. Pani pielęgniarka intubuje żołądek.

zdjęcie kroplówki

Do końca życia będę wypominał ten moment, kiedy poproszono mnie o naszykowanie laryngoskopu i rurki. Wybrałem rurkę numer 9. Jest bardzo duża. Teraz już wiem, że dla takiego pana powinna być 7,5 bądź 8. Po długim uciskaniu, strzelaniu defibrylatorem i podobnych czynnościach, lekarz stwierdza zgon. Wszyscy zabierają sprzęt i wychodzą. Na sali zostaję znowu tylko ja i starszy pan. Podczas przykrywania zmarłego prześcieradłem, tętnica szyjna ponownie zaczyna pulsować. Biegnę przywołać sanitariuszy. Wieziemy pana na SOR. Poproszono, aby podłączyć pacjenta pod tlen oraz respirator. W zaistniałym chaosie uciskam worek samorozprężalny, który nie jest podpięty do rurki intubacyjnej. Stres — tylko to czuję. Wentylacja, defibrylacja, resuscytacja… w końcu powiedziano nam, że pan ma 95 lat, podejrzenie hipowolemii i dalsza resuscytacja nie ma sensu.

Tak spędzamy minutę bądź dwie, patrząc jak migotanie komór zmienia się w drobnofaliste migotanie, a potem w asystolię. Po zmianach w szpitalu zazwyczaj wracam do domu od razu. Tym razem zostałem do 7­­ rano. Zespół ratunkowy o mnie zadbał. Dostałem swoje miejsce do spania. Szpital znowu stał się ciemny i pusty. Tylko powietrze w nim jakieś gęstsze.

puste szpitalne łózko

Medycyna ratunkowa

Zajęcia z medycyny ratunkowej miały być takie jak zwykle. Chodzenie po salach pacjentów, zbieranie wywiadów itp. Czekamy na lekarza. Wszystko takie jak zwykle. Lekarze prowadzący z nami zajęcia praktyczne z reguły się nie spóźniali, dlatego nie wiemy, co ze sobą zrobić, gdy zegarek pokazuje, że jest już prawie 11 minut po czasie. W pewnym momencie dostajemy od niego telefon z wiadomością, żebyśmy przyszli na górę. Sytuacja jest trochę napięta– to nam dokładnie przekazał.

Cel: pracownia endoskopowa. Trochę schodów i kaszlących ludzi do ominięcia. W białym gabinecie znajduje się pani, która miała robioną gastroskopię. Tak samo, jak u poprzedniego pana, stwierdzono u niej krwawienie z górnego odcinka układu pokarmowego. Celem gastroskopii było określenie miejsca krwawienia. W pewnym momencie z racji ciężkiego stanu zaczęto wręcz agresywnie przetaczać jej krew. Pielęgniarki i lekarze muszą mocno ściskać worki, by krew szybciej płynęła.

zdjęcie przedstawia wnętrzności ukazane na monitorze w pracowni endoskopowej Widok jest przerażający. To tak jakby na siłę, ktoś próbował wlać w ciebie życie. Kiedy skończono wykonywać gastroskopię, planowo mamy jechać z pacjentką na blok operacyjny, żeby zaopatrzyć miejsce krwawienia. Problem rodzi się jednak, gdy okazuje się, że brakuje monitora, który przy krytycznym stanie leżącej, jest konieczny do kontrolowania jej czynności życiowych. Wraz z młodą lekarką biegniemy na intensywną terapię, gdzie przez dobrych pięć minut próbujemy wyciągnąć monitor.

Wracamy na salę. Widzę odsłoniętą klatkę piersiową kobiety oraz swojego kolegę, którego kolor skóry przypomina najbielszą kartkę papieru. Od razu dociera do mnie, co się działo. Podłączamy monitor. W tym samym momencie pani się zatrzymuje. Po trwającej chwilę akcji ratunkowej kobieta wraca. Odzyskuję nadzieję. Kiedy zaczynamy z powrotem przewozić ją na blok operacyjny, ponownie się zatrzymuje. Z racji tego, że jestem najbliżej, zaczynam uciskanie. Dostaje adrenalinę oraz krew z tętnicy udowej. Kolejny powrót. Po wjechaniu na blok, pani po raz kolejny się zatrzymuje. Umiera.

puste szpitalne łóżko

Filmowa (nie)rzeczywistość

Śmierć wygląda różnie. Zmarli są zwiotczali, zdarza się, że oddają mocz bądź wymiotują. Często człowiek może mieć również otwarte oczy bądź buzię. Nigdy nie zapomnę oczu tamtego starszego pana. Kiedy przeprowadzałem resuscytację, miał je bardzo szeroko otwarte. Śmierć wcale nie jest taka ładna ani czysta, jak pokazuje się nam na filmach. Rzeczywistość jest bardzo daleka od nich.

Duża część prac ratownika medycznego wcale nie jest satysfakcjonująca. Ta praca to nie ciągłe wyjazdy, ciekawe „przygody” i adrenalina 24 godziny na dobę. Ryzyko tej pracy to zupełnie inna dziedzina niż np. ryzyko pracy przy liniach wysokiego napięcia. Nie wybiega się codziennie z dzieckiem na rękach z płonącego domu na obrzeżach miasta, nie strzela się dwa razy defibrylatorem, ocala ledwo oddychające niemowlę, którego matka rzuca się z wdzięczności na szyję.

zdjęcie ukazuje dłoń starszej osoby, na której młoda osoba trzyma swoją rękę Na co dzień nie ratujemy ludzi od śmierci. Wielokrotnie zdarzają się sytuacje, w których wyjeżdża się do ludzi starszych, zaniedbanych, samotnych. Wtedy rola ratownika zdecydowanie się zmienia. Stajemy się wtedy kimś bliskim, zastępujemy rodzinę, której ewidentnie brak chęci do zajmowania się starszą osobą, zastępujemy lekarza Podstawowej Opieki Zdrowotnej, który powinien do nich przyjść i pomóc, zastępujemy Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej, który również powinien brać w tym udział, czyt. zaopatrywać, dbać o tych ludzi.

Kiedy przychodzę do starszej osoby w charakterze kogoś bliskiego, czuję się źle, nieswojo. Nie lubię takich sytuacji, w których muszę kogoś przytulić, pogłaskać po głowie, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, kiedy sam nie wiem, czy to prawda. Zauważam, że idzie mi coraz lepiej, ale i tak to nie zmienia faktu, że jest to dla mnie nienaturalne. Choć bardzo miło robi się wtedy, gdy przewozi się starszą panią z domu do lekarza (i z powrotem), mimo że nie są to sytuacje zagrożenia zdrowia i życia, to jednak szczery uśmiech, spojrzenie w oczy i słowo dziękuję, bardzo podnoszą na duchu i dają ogromną satysfakcję. Uczucie docenienia jest czymś wyjątkowym.

Kolej rzeczy

Trzy lata temu miałem jeszcze problem z udzielaniem pierwszej pomocy. Musiałem sobie przypominać, ile ucisków i ile wdechów trzeba wykonać. Teraz sam uczę ludzi jak udzielać pierwszej pomocy. W tym momencie swojego życia każdy przypadek traktuję jako naukę na przyszłość. Po trudnych zmiana bywa, że odczuwam wewnętrzny dyskomfort. Kiedy jest ciężko, rozmawiam z kimś o tym. Staram się nie tłamsić niczego i nie zamykać w sobie. Wiem, czym to grozi– szczególnie w tym zawodzie. W szpitalnych realiach brakuje ludzi uśmiechniętych. Rzadko kiedy są, dlatego potrzeba umieć wyczuć sytuacje, uważać na słowa, wykazać się ogromem taktu. Z czasem to bywa obciążające. Szczególnie wtedy, gdy w takim systemie pracuje się parę lat i tych sytuacji trochę się nazbiera.

U wielu ratowników po czasie następuje wypalenie zawodowe, czyli tak zwana znieczulica. Dochodzi do momentu, w którym nie wzrusza to, co wzruszać czasami powinno, nie czerpie się żadnej satysfakcji z tej pracy. Na początku jest się niepewnym tego, co się robi. Zbiera się doświadczenia, potem ta praca jakoś idzie, ale po czterdziestu latach nie jest się tak samo emocjonalnym jak wcześniej. Ma to swoje dobre i złe strony. Z jednej następuje brak zbytniego rozczulania się i zwyczajna pomoc, a z drugiej jednak wiadomym jest, że wysokie świadczenia medyczne zawsze wymagają bycia empatycznym.

zdjęcie przedstawia łóżko szpitalne i korytarz

Patologia systemu

Zaczynam zauważać patologię systemu. Rozważam, jak można by było pomóc ludziom, którym teoretycznie nie da się pomóc. Przez pewien czas pracowałem w prywatnej firmie, której jednym z celów jest transportowanie ludzi do różnych ośrodków medycznych, np. przychodni. Uderzające było to, że większość korzystających miała na podjazdach parę samochodów, w ich domach były pełne rodziny, dużo dorosłych dzieci, jednak wystawiony dokument od lekarza Podstawowej Opieki Zdrowotnej, który uprawnia do darmowego transportu sanitarnego, był przez nich bardzo często (czasami nawet za często) wykorzystywany. Jednym z bardzo istotnych benefitów było również wejście do lekarza bez kolejki niezależnie od stanu zdrowia przewożonego i oczekujących w kolejce. Niesprawiedliwe. Czasami bywało, że wchodziliśmy do prawdziwego śmietniska, do ludzi, którzy rzeczywiście naszej pomocy potrzebowali, ale nie było ich wielu. To nic nie tłumaczy, jednak często zaczyna się wątpić w ludzi w ogóle.

Dzięki tej pracy mogę obserwować całe spektrum społeczeństwa. To, co mówię opieram głównie na rozmowach z innymi ratownikami, na książkach, wywiadach z osobami, które są w tym trochę dłużej niż ja. Jest to świetny sposób na zbudowanie sobie obrazu oczekiwań, czyli tego, czego można się spodziewać w przyszłości.

ratownik medyczny przewozi rannego na noszach

Jeśli wydaje ci się, że po latach spędzonych w „ratownictwie” nabyłeś bezcenną umiejętność naprawiania ludzkich organizmów to wiedz, że to tylko efekt uboczny twojej pracy. Najcenniejsza rzecz, jaką dostajemy w tym zawodzie to możliwość obserwowania ludzi i ich zachowań. Animal Planet, a w roli głównej Homo Sapiens, którego kora mózgowa nie ogarnia świata, a on sam nie ogarnia swojej kory mózgowej, w związku z czym czeka na dokładne wskazówki jak ma żyć, albo wykonuje kupę desperackich ruchów, po których i tak stwierdza, że lepiej jest być prowadzonym za rączkę.[1]

Tekst: Kamila Chyziak

[1] Nihilista, Spowiedź ratownika medycznego, http://spowiedzratownika.pl/2016/10/16/nihilista/
Komentarze
Podaj dalej

Zapisz się do Newslettera