Angelika Fedorczuk, założycielka pracowni Jasno, to architektka, która w swojej pracy umiejętnie łączy techniczną precyzję z wrażliwością historyka sztuki. Jej projekty wyróżniają się autentycznością oraz głębokim zrozumieniem potrzeb inwestora, tworząc przestrzenie „szyte na miarę”. W swojej codziennej praktyce udowadnia, że profesjonalizm w designie idzie w parze z asertywnością. O procesie twórczym, sile determinacji i zachwycie nad codziennością rozmawiamy z projektantką, która we wnętrzach i życiu szuka czegoś więcej niż tylko ładnych kadrów.
Ada Zoń: Ukończyłaś historię sztuki i architekturę wnętrz. Dlaczego ostatecznie to projektowanie stało się Twoją główną drogą zawodową? Jak wiedza z historii sztuki wpływa na Twoje dzisiejsze projekty?
Angelika Fedorczuk: Na początku chciałam być architektem, ale szybko poczułam, że ta cała „matematyczna” strona i sztywny system to nie do końca ja. Bardzo polubiłam się ze sztuką, więc stanęło na tym, że studiowałam dwa kierunki naraz.
Prowadziłam te dwie drogi równolegle: z jednej strony praktyki w galeriach sztuki współczesnej i myślenie o byciu kuratorem, a z drugiej – pierwsze zlecenia na wizualizacje i drobne projekty jeszcze na studiach. Projektowanie weszło mi w krew tak naturalnie, samoistnie poszło dalej.
Nie żałuję tego wyboru, bo dzięki historii sztuki mam teraz dużo większą świadomość tego, co wprowadzam do wnętrz, a moi klienci są na tę sztukę bardzo otwarci. Choć nie ukrywam, że jak jestem mocno zmęczona, to czasem myślę sobie: „A może trzeba było zostać tym historykiem sztuki, siedzieć w starej, zakurzonej bibliotece i po prostu organizować wystawy?”.
Czyli stąd ten multitasking?
A: Dokładnie tak, multitasking został mi z tamtych czasów. W momencie kulminacyjnym, na raz ciągnęłam dwa kierunki studiów i dwie prace. Razem cztery rzeczy na głowie, więc musiałam to jakoś spiąć.
I to ma swoje dobre i złe strony. Do dzisiaj mam tak, że jak mam za mało na głowie, to wydaje mi się to podejrzane. Ta cisza jest dla mnie podejrzana.
Potrafisz świadomie odpoczywać?
A: To z tym świadomym odpoczynkiem u mnie była długa i ciężka droga. Kiedyś pracowałam od rana do nocy, weekendy też miałam zajęte. Teraz pilnuję tego, żeby w soboty i niedziele nie pracować, a w piątki już od 13:00 powoli się wygaszam. Nie umawiam wtedy spotkań, po prostu zaczynam weekend. Odpoczywam raczej aktywnie, biegam, idę na jogę, na wystawę albo spotykam się ze znajomymi, ale lubię też jeden wieczór w tygodniu posiedzieć sama w domu.
Moim kluczem do wszystkiego okazała się asertywność, której uczę się od czterech lat na terapii. Kiedyś obiecywałam, że wyślę coś „jeszcze dzisiaj”, a teraz potrafię szczerze powiedzieć: „Nie, dzisiaj już nie dam rady, wyślę to jutro”. Musiałam też nauczyć się odmawiać nowych projektów. Choć piszą coraz fajniejsi ludzie z super wnętrzami i ta adrenalina kusi, to wiem, że jak wezmę za dużo, to ucierpi na tym jakość i opieka nad obecnym klientem.
Jeśli chodzi o organizację dnia, to nie pracuję regularnych 8 godzin, pracuję dużo więcej, ale po swojemu. Jestem rannym ptaszkiem, wstaję bardzo wcześnie i zdarza mi się zacząć pracę już o 5:30. Dzięki temu wieczory mam wolne. Niedzielny wieczór to jedyny moment, kiedy siadam do komputera, żeby ułożyć plan na cały tydzień i wszystko skoordynować.
Miałam przez chwilę asystentkę i pracowało nam się bardzo fajnie, ale ostatecznie postawiłam na lepszą organizację własnej pracy. Zaczęłam lepiej wyceniać swoje projekty, urealniłam ramy czasowe i zautomatyzowałam niektóre etapy. Dzięki temu mogę brać mniej zleceń, ale robić je dokładniej i nie potrzebuję już nikogo do pomocy. Po prostu wypracowałam system, który pozwala mi się ze wszystkim wyrobić.
Jaką radę dałabyś młodym osobom, które są na początku swojej drogi w świecie designu?
A: To jest chyba rada, którą dałabym też samej sobie: przede wszystkim nie poddawać się. Zawsze znajdzie się ktoś – i mówię to z doświadczenia swojego i moich znajomych – kto podważy Twoją wartość czy umiejętności. Sama jako studentka usłyszałam kiedyś opinię, że nie umiem projektować, bo nie mam własnego zdania i nie potrafię do niego przekonać. Widziałam naprawdę zdolne osoby, które po takich słowach już się nie podniosły, bo w to uwierzyły.
Projektowania, tak jak rysowania, da się w dużej mierze nauczyć, ale trzeba być bardzo wytrwałym i pewnym siebie. Jeśli nie będziesz wierzyć w to, co robisz, to zostaniesz projektantem odtwórczym, który projektuje tylko pod dyktando klienta. A żeby zobaczyć realne rezultaty, w projektowanie trzeba włożyć po prostu mnóstwo ciężkiej pracy.
Moja druga rada to: szukaj doświadczenia w różnych miejscach. Ja łapałam się wszystkiego, praktyki w biurach projektowych, praca w galerii sztuki, próby z projektowaniem wystaw. To wszystko mnie ukształtowało. Żeby być dobrym, musisz mieć bagaż doświadczeń i być bardzo uważnym, ciągle się uczyć. Rysunki techniczne i cała reszta przyjdą z czasem.
I najważniejsze: nie daj sobie wmówić, że Twoja praca to tylko „narysowanie czyjejś wizji”. Na początku zawsze trafiają się klienci, którzy mówią: „Ja to sobie sam wymyśliłem, ty to tylko narysuj”. Nie wolno w to wierzyć i się poddawać. Jeśli będziesz konsekwentna w tym, co Tobie się podoba i będziesz umiała to przekazać, to prędzej czy później to po prostu wyjdzie.
Czy swój zawodowy sukces zawdzięczasz bardziej studiom, determinacji czy konsekwentnej pracy?
A: Myślę, że najwięcej jest w tym jednak determinacji. Choć zdania są podzielone, moja przyjaciółka twierdzi, że już na studiach było widać, że się wyróżniam, ale ja tak nie uważam. Na studiach bardziej skupiałam się na życiu towarzyskim, eksperymentowaniu i zbieraniu doświadczeń niż na samej nauce. Dopiero pod koniec coś „zaskoczyło” i zaczęłam się na tym mocniej skupiać.
Miałam mnóstwo momentów, w których mogłam to wszystko rzucić. Bywały chwile, kiedy inni we mnie wątpili, ja sama w siebie wątpiłam i po prostu nie miałam już siły. Ale stwierdziłam, że skoro mi to wychodzi i nie jestem w tym najgorsza, to dlaczego mam odpuszczać?
Dużo wyniosłam z domu. Moi rodzice całe życie ciężko pracowali, imali się różnych zawodów i pokazali mi, że po prostu trzeba robić swoje. Nawet jak mieli zawodowe perypetie, nigdy się nie poddawali, jak coś nie wychodziło, brali się za kolejną rzecz i dobrze na tym wychodzili. Wzorowałam się na nich. Choć prawda jest taka, że żadnej pracy się nie boję i gdybym przestała projektować, pewnie znalazłabym sobie inne zajęcie. Ale to właśnie ta determinacja sprawiła, że zostałam przy architekturze wnętrz.
Jak często podchodzisz do uwag klientów personalnie? Czy zdarza Ci się iść na kompromisy i zmieniać coś w projekcie wbrew własnej estetyce, byle pójść naprzód?
A: To nie jest tak, że projektuję „pod klienta” w sensie odtwórczym, ale zdecydowanie idę na kompromisy. Paradoksalnie, kiedyś dostałam całkowicie wolną rękę i… to było najgorsze. Mam wtedy tak dużo pomysłów, że trudno mi się zamknąć w jakichś ramach. Podobnie mam z własnym mieszkaniem, które ciągle się zmienia, bo wciąż szukam w nim tego ostatecznego stylu.
Przyzwyczaiłam się do pracy w określonym rytmie. Zaczynam od wywiadu, poznaję ludzi i często… patrzę, jak są ubrani. Ostatnio śmiałam się, że moi klienci ubierają się pod kolor swoich przyszłych wnętrz. To niesamowite, ale potem ich odwiedzam i oni dosłownie wtapiają się w to, co zaprojektowałam. Ta atmosfera bije od nich od samego początku.
Lubię to, że klienci przychodzą do mnie, bo czują mój styl, ale jednocześnie wnoszą coś swojego. Dla mnie każdy projekt to inna historia. Wychodzę z założenia, że to jest ich dom. Moim zadaniem jest wtedy stworzyć taką przestrzeń, żeby to marzenie klienta dobrze się w niej odnalazło. To jest właśnie ta fascynująca gra między moim stylem a ich potrzebami. Gdyby te projekty były tylko „moje”, nie byłyby aż tak ciekawe.
Czy na obecnym etapie kariery, z tak bogatym doświadczeniem, zdarzają Ci się jeszcze błędy projektowe lub potknięcia?
A: Zawsze. Błędy zdarzają się absolutnie zawsze. Ostatnio znajomi śmiali się nawet ze mnie, że za często powtarzam: „Będą błędy, będą błędy!”. Ale taka jest prawda. Już na wstępie mówię klientom, że na projekt składa się praca mnóstwa osób i każdy z nas na pewnym etapie może zaliczyć wtopę.
Klient może źle zamówić towar albo za późno go rozpakować i okaże się, że coś jest pęknięte, a nie da się już zwrócić. Ja mogę zapomnieć o kinkiecie w rysunkach, nie przesunąć gniazdka albo źle policzyć płytki i to jest normalne. Wykonawca się pomyli, stolarz źle coś zmierzy. Przy tak ogromnej liczbie elementów nie ma opcji, żeby wszystko poszło idealnie.
Czasami to są małe potknięcia, z których łatwo wyjść, ale zawsze powtarzam: nieważne, jaki to będzie błąd, ważne, jak na niego zareagujesz. To nie jest operacja na otwartym sercu. Wszystko da się naprawić, to zazwyczaj tylko kwestia pieniędzy. Najważniejsze to umieć powiedzieć, „przepraszam, pomyliłem się, ale spróbuję to naprawić” i wiedzieć, jak to zrobić.
Co najbardziej motywuje Cię do działania w dniach, gdy kreatywność nie przychodzi łatwo?
A: Kiedy kreatywność nie idzie, po prostu robię przerwę. Nie ma sensu pchać niczego na siłę, bo z tego wychodzą projekty robione „na kolanie”, a ja nie chcę oddawać czegoś, co jest zlepkiem przypadkowych patentów. Każde wnętrze musi pasować do klienta, ale musi też być zgodne ze mną. Jeśli mi się coś nie podoba, to tego nie wypuszczę.
Prowadzę kilka projektów naraz, więc w takie dni po prostu uciekam w „technikalia”. Zamiast wymyślać koncepcję, siadam do rysowania elektryki albo innych rzeczy, które nie wymagają natchnienia. A jeśli naprawdę czuję ścianę, po prostu zamykam laptopa.
Nauczyłam się, że kreatywność przychodzi wtedy, gdy głowa jest wypoczęta. Dlatego wolę napisać do klienta: „Przepraszam, potrzebuję ekstra kilku dni, jeszcze nad tym kombinuję”, niż wysłać coś, pod czym bym się nie podpisała. Świadome odpuszczanie to u mnie klucz do tego, żeby jakość projektów była taka, jakiej wymagam od samej siebie.
Projektowanie, dalekie podróże, bogate życie towarzyskie… Jaki jest Twój sposób na „ogarnianie” tylu płaszczyzn jednocześnie?
A: Sen i chyba najlepszym złotym środkiem jest uświadomienie sobie, że ja jestem ważniejsza niż praca, więc coraz częstsze wybieranie siebie, a nie pracy.
Często w codziennym życiu coś Cię autentycznie zachwyca?
A: To jest niesamowite, ale ja mam tak chyba codziennie. Jestem osobą, która potrafi wejść na skończoną realizację i krzyknąć: „Wow, to wygląda jak na wizualizacji!”. Klienci się ze mnie śmieją, bo przecież sama to zaprojektowałam i wiedziałam, jaki będzie efekt, ale mnie to autentycznie zachwyca. Cieszą mnie dobrze ułożone płytki, nowe zasłony, a nawet to, że dojadę gdzieś w cztery minuty tramwajem.
Moje życie to ciągłe przejścia między zachwytem a smutkiem, rzadko bywam neutralna. Tydzień temu kupiłam lilie i codziennie rano, jak czuję ich zapach, jestem nimi zachwycona na nowo, jakbym o nich zapomniała przez noc.
Mam też w sobie taki ogromny, codzienny zachwyt tym, gdzie jestem. Zawsze marzyłam, żeby mieszkać na Starym Mokotowie. Jeszcze zanim przeprowadziłam się do Warszawy, spacerowałam tymi uliczkami i zastanawiałam się, jak to jest pić tu kawę na balkonie. I teraz, za każdym razem, gdy wychodzę na swój mały balkon w wymarzonym mieszkaniu, myślę sobie: „Kurczę, ale super, że ja tu naprawdę mieszkam”.
Oczywiście jest mnóstwo rzeczy, które chciałabym jeszcze zmienić, ale jestem w takim punkcie życia, że doceniam to, co mam. Wiele z tych spraw to rzeczy, o których kiedyś nawet nie marzyłam, a one się po prostu udały. To poczucie, że jestem we właściwym miejscu, daje mi niesamowitą energię.
Dziękuję za rozmowę.
Zobacz też: Gold and Blood: Maciej Szupica w przestrzeni Goldenmark











