Baxter Dury, ikona brytyjskiej alternatywy, w szczerej rozmowie z Krzysztofem Grabaniem opowiada o kulisach powstawania nowej płyty, współpracy z legendarnym Paulem Epworthem i o tym, dlaczego polska publiczność ma „prawdziwe serce”. Poznaj historię o tworzeniu kawałków “od zera” i dowiedz się, co Baxter sądzi o mitach na swój temat.
Krzysztof: Baxter, to wielka przyjemność móc z Tobą rozmawiać. Dużo słucham Twojej muzyki i uwielbiam to połączenie alternatywy z tanecznym groovem. Sam jestem basistą, więc niektóre Twoje utwory są dla mnie naprawdę znaczące i poruszające.
Baxter: Miło to słyszeć. Dziękuję. Mogę tylko szybko coś powiedzieć? Mam szalonego psa za ścianą. Muszę go tu wpuścić, żeby przestał. Tak to już jest. Przepraszam, stary. Pod domem kręci się mnóstwo ludzi i on zaczyna szczekać. No, jest już tutaj. Apollo, chodź tutaj. Mamy bardzo aktywny dom. Dużo ludzi na zewnątrz a on myśli, że pilnuje domu. Szczeka. To po prostu normalne życie.
Współpraca z Paulem Epworthem: Nowa płyta już powstaje!
Krzysztof: Porozmawiajmy o Twojej współpracy z Paulem Epworthem. W przeszłości opisywałeś siebie jako szefa, który starał się kontrolować wszystko. Jak to jest oddać tę kontrolę i pracować z producentem takim jak Paul?
Baxter: To czysta przyjemność, naprawdę. Paul ma tak udowodniony dorobek, że właściwie nie mogłem z nim dyskutować, prawda? To wielka, wspaniała postać, trudno się z nim kłócić, a on sam wcale nie jest konfliktowy, jest raczej skupiony na logistyce. To była przyjemność. Czułem się zaszczycony i wyróżniony, że chciał to zrobić – i możliwe, że on czuł to samo. Obaj cieszyliśmy się tym doświadczeniem.
Krzysztof: Jak wyglądał sam proces twórczy? Przynosiłeś mu szkice i riffy, czy utwory powstawały w inny sposób?
Baxter: Niby tak, ale on w bardzo grzeczny sposób ignoruje takie rzeczy i po prostu robi swoje. Myślę, że dla niego ważne było duże zaangażowanie i poczucie, że buduje coś od początku. Inaczej by go to nie interesowało. Nie chciał zarządzać czyimiś ambicjami jako producent. Chciał współtworzyć. Zaczęliśmy więc od zera, od czystej kartki. Dosłownie. Paul ma ogromną wiedzę o muzyce tanecznej. Ja podchodzę do tego w sposób bardziej naiwny, co może tworzy coś bardziej unikalnego. Nie wiem zbyt wiele o muzyce dance. Uwielbiam ją, ale nie mam tych wszystkich punktów odniesienia i nie wiem, jak ją robić.
Krzysztof: Wspomniałeś, że podobał Ci się ten sposób pracy. Czy planujesz powtórzyć to podejście przy kolejnym albumie?
Baxter: Tak. Pracujemy właśnie teraz nad nową płytą. Pracowaliśmy z Paulem cały weekend. Naprawdę znaleźliśmy wspólny język i to jest fajne. On ma piękne studio. Prawdopodobnie najlepsze studio, w jakim kiedykolwiek byłem i pewnie najlepsze w Londynie. To stary kościół. Jest piękny. Daleko ode mnie, ale piękny. Wszystko tam jest super. Bóg tam jest. Może Bóg jest dla nas łaskawy. Myślę, że Bóg ma szersze horyzonty niż nam się wydaje.

Posłuchaj na Spotify:
Koncert jako rave i „masakra w Berghain”
Krzysztof: Niektórzy twierdzą, że Twój nowy album to zwrot w stronę muzyki tanecznej, ale ja zawsze znajdowałem te elementy w Twojej twórczości, nie tylko w utworach takich jak „Miami”. Co sądzisz o tym, że teraz szufladkuje się Ciebie w nowym gatunku?
Baxter: Cieszę się po prostu, że kogoś w ogóle interesuje mówienie czegokolwiek. Nie przeszkadza mi to, dopóki nie jest zbyt negatywne. Mam to w dupie (I don’t care). To nie ma znaczenia, prawda? Tworzę muzykę, niezależnie od tego, czy jest w kategorii dance, czy nie. Ma ona uderzać w publiczność na żywo. Tak to widzę. To był temat naszych rozmów z Paulem: jak podnieść jakość koncertów? Jak naprawdę zaangażować ludzi? To ma stać się czymś w rodzaju rave’u.
Krzysztof: Wspominałeś w jednym z wywiadów, że koncerty to podróż przez różne fazy, od Wietnamu do “urynowej masakry w Berghain”. Jednak dziś niełatwo utrzymać skupienie ludzi, gdy wszyscy są rozpraszani przez telefony. Jak się przez to przebijasz?
Baxter: Oni są w rodzaju wtórnego stanu świadomości przez swoje telefony. Wiem, co masz na myśli. Ale myślę, że można się przez to przebić, rozkręcić ich. Po prostu w nich uderzasz. Atakujesz z każdego kąta. I myślę, że to robimy najlepiej. Właściwie polska publiczność zawsze to łapie. Zawsze mam niesamowite koncerty w Polsce. To dziwne, jak osobowość danego kraju w unikalny sposób reaguje na twoją muzykę.
Krzysztof: Czy łatwo jest przełożyć brzmienie studyjne na scenę? Polegacie na podkładach, czy wszystko gracie na żywo?
Baxter: Robimy kombinację. Czuję, że to ma być częściowo jak set DJ-ski. Chyba że miałbyś 15 osób na scenie, ale to zmieniałoby wszystko. Nie mam z tym problemu. Przy dzisiejszych standardach można sobie na to pozwolić. Ta muzyka została tak stworzona w studio. Chodzi więc o to, by zespół emulował, co się da, z tą muzyką, którą mają, a ja jestem tam po to, by to zakłócać. Oni są niesamowicie precyzyjni, niemal chirurgiczni. A ja zamierzam zrujnować ich całą dobrą robotę, wiesz? Jestem jak Szatan.
Kub bilet tutaj
Strumień świadomości i londyński styl życia
Krzysztof: Twoje teksty często sprawiają wrażenie bardzo spontanicznych. Czy wyłapujesz frazy z miasta – z taksówek czy autobusów – które trafiają potem do piosenek?
Baxter: Wyłapuję frazy, z książek, różne rzeczy i to wszystko trafia do wielkiej bazy danych, do strumienia świadomości. Po prostu staram się… myślę dynamicznie i narracyjnie. Nie chcę być ograniczany przez nadmierne analizowanie. Uważam, że wszystko staje się zbyt teatralne i gęste, jeśli zacznę nad tym za dużo myśleć. Lubię ten flow, kiedy nie wiem, co powiem za chwilę. Osobiście uważam, bez popadania w egotyzm, że to, co mówię bez zastanowienia, jest często lepsze niż to, nad czym większość ludzi pracuje miesiąc. Więc dopóki ja jestem zadowolony, to nie ma znaczenia.
Krzysztof: Wspomniałeś kiedyś, że są w Londynie miejsca, w których można spotkać ludzi typu “omlet z dupków”. A gdzie faktycznie lubisz bywać i jak reagujesz na sytuacje gdy ktoś z fanów chce z przybić piątkę.
Baxter: Naprawdę? Nie wiem, gadam dużo bzdur, więc przepraszam. Zignoruj to. Dzisiaj jestem inną osobą. Przepraszam. Jak ktoś mnie rozpozna, zazwyczaj okazuje się bardzo uprzejmą, miłą i konkretną osobą. Nie próbują się spoufalać. Po prostu podchodzą się przywitać i zawsze jest to bardzo miłe. Czasami dostaję tu i tam jakieś pozdrowienia. Bardzo urocze. Właściwie uwielbiam Londyn. Myślę, że ma mnóstwo zalet. Europa stara się konkurować w byciu interesującym – ludzie wkręcili się w jedzenie, kawę i te wszystkie nieco pretensjonalne zajęcia, ale to nic złego, że ludzie chcą dobrze zjeść i spędzać ze sobą czas. To miasto jest ogromne. Londyn jest genialny.
Rowery miejskie są niesamowite. Możesz lawirować po Londynie bez samochodu, pójść do stosunkowo taniej restauracji, a potem do świetnego pubu. Londyn zapewnia te wszystkie niesamowite ilości rzeczy, które można robić i zobaczyć, i f****** niesamowite muzea, które są darmowe. Z jednej strony ma kilka problemów – ogromne rozpiętości społeczne. Bogaci się bogacą, biedni biednieją, a potem biedni stają się wściekli, a bogaci ich obwiniają… całe ten s***, który się dzieje. To grube sprawy. Ale poza tym, uważam, że to niesamowite miejsce.
Dziedzictwo, AI i rockandrollowe bzdury
Krzysztof: Często pytano Cię o bycie „Nepo baby” ze względu na sławnego ojca. Teraz, gdy sam jesteś ojcem, jak patrzysz na tę narrację?
Baxter: Nie wiem, czy jest tu w ogóle coś do dodania. Robisz to, co robisz. Dla mnie to pozytywna rzecz. Nie wiem, czy to pozytywne dlatego, że byłem zmotywowany nepotyzmem – uważam, że ciężko pracowałem, moi rodzice też, i masz nadzieję, że twoje dzieci też będą. Zasadniczo dlatego jesteś w czymś dobry i tyle. Nie można ci pomóc, bo… ostatecznie to śliski temat i odpowiadam na to pytanie defensywnie, mimo że nie zadałeś go ofensywnie. Ale to trudna kwestia, bo sugeruje się, że nazwisko pomaga – i pewnie pomaga, ale gdybyś to rozłożył matematycznie na części pierwsze, pewnie okazałoby się, że nie do końca tak jest. Jestem wielkim szczęściarzem.
Krzysztof: Jak widzisz przyszłość muzyki dla młodych ludzi, zwłaszcza gdy AI zmienia całą branżę?
Baxter: Myślę, że ludzie po prostu uwielbiają szukać sobie jakiegoś wroga. To kolejny f****** wróg, na punkcie którego mają obsesję. Na pewno będzie to miało wpływ i na pewno coś się zmieni, ale dzieciaki dadzą sobie radę. Zawsze dają. Nikt nie zastąpi muzyki sztuczną inteligencją. Tego się nie da zrobić. Jakieś pół roku temu widziałem wideo AI z Ronaldo. Pomyślałem: „O mój Boże, to niesamowite”. Pół roku później, jeśli f****** zobaczę kolejne, to zbiera mi się na mdłości. I tym właśnie jest AI. To po prostu mdłe. To głupie. Wszyscy tak bardzo… przestańcie się martwić. Ludzie zawsze będą kochać grać muzykę razem z innymi ludźmi.
Krzysztof: Kiedy jesteś w trasie, jak lubisz spędzać czas po koncercie? Masz ochotę poczuć miasto, odwiedzić jakieś miejsca czy wracasz prosto do hotelu?
Baxter: Nie, nie krążę po mieście. Wracam i czytam książkę. To dla mnie sposób na przetrwanie. Muszę zachować stabilność. Kiedy koncertujemy, a ostatnio jest tego dużo, zachowuję spokój. Nie piję za dużo, dbam o kondycję – te wszystkie banały, wiesz unikam clishé. Lubię czytać. Mam w sobie tyle adrenaliny, że nie chcę jej dodatkowo pobudzać. Muszę więc trzymać stabilny poziom. Prawdopodobnie 40 minut po koncercie siedzę w hotelu i czytam albo jestem w tourbusie. Właściwie na trasie piję mniej niż w domu, bo przetrwanie trasy wymaga balansu. Jeśli jesteś zbyt szalony i do zbyt stary, to jesteś skończony.
Krzysztof: Muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz – czy Elton John naprawdę podarował Ci zestaw perkusyjny?
Baxter: Nie, pewnie gadałem bzdury (talking s***), stary. Nie wierz mi. Nie pamiętam, bym dostał perkusję. Po prostu kłamałem. To stek bzdur (lot of bollocks). Pewnie nie wiedziałem, co mówię. Ludzie kochają takie informacje, dlatego to mówię, ale to nieprawda (śmiech).
Krzysztof: Baxter, wielkie dzięki za ten wywiad. Nie mogę się doczekać Twojego występu w Warszawie.
Baxter: Dzięki wielkie, stary. Czekam na wizytę w waszym pięknym mieście. Wpadnij się przywitać po koncercie!
Rozmawiał: Krzysztof Grabań
Zdjęcia: Tom Beard (materiały prasowe PIAS)









